<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136</id><updated>2011-04-21T17:53:04.617-07:00</updated><title type='text'>Kot i mysz</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>320</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-707828990967066012</id><published>2008-08-24T15:05:00.006-07:00</published><updated>2008-08-24T15:06:13.478-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Rośniecie w wagonie towarowym&lt;br /&gt;Jeszcze dziś mnie to boli. Dopiero co rzuciło mi głowę na po­duszki. Stawy skokowe i przeguby rąk nabrzmiewają, a ja staję się zgrzytaczem - co ma oznaczać, że Oskar musi zgrzytać zębami, żeby nie słyszeć trzeszczenia swoich własnych kości w torebkach stawo­wych. Oglądam dziesięć swoich palców i muszę sobie powiedzieć, że są opuchnięte. Ostatnia próba na moim bębenku dowodzi, że pal­ce Oskara są nie tylko trochę opuchnięte, ale chwilowo nie nadają się do tego zawodu; wypadają z nich pałeczki.&lt;br /&gt;Także wieczne pióro nie chce już podporządkować się mojemu kierownictwu. Będę musiał poprosić o zimne okłady. Potem, z dłoń­mi, stopami i kolanami owiniętymi czymś chłodnym, z ręcznikiem na czole wyposażę mojego pielęgniarza w papier i ołówek; bo wiecz­nego pióra nie lubię pożyczać. Czy Bruno zechce i potrafi uważnie mnie wysłuchać? Czyjego opowiadanie własnymi słowami odda ową podróż w wagonie towarowym, która zaczęła się 12 czerwca dzie­więćset czterdziestego piątego? Bruno siedzi przy stoliku pod akwa­relą z zawilcami. Teraz odwraca głowę, ukazuje mi tę stronę, która nazywa się twarzą, i patrzy oczyma baśniowego zwierzęcia w prawo i w lewo obok mnie. Kiedy tak przykłada ołówek do cienkich warg, można by pomyśleć, że czeka. Ale przyjmijmy, że istotnie czeka na moje słowo, na znak, by rozpocząć opowiadanie własnymi słowami - jego myśli krążą wokół węźlastych stworów. Będzie supłał sznur­ki, podczas gdy do Oskara należy rozwikłanie potokiem słów mojej zawikłanej przeszłości. Bruno pisze teraz:&lt;br /&gt;«Ja, Bruno Münsterberg z Alteny w Sauerlandzie, nieżonaty i bez­dzietny, jestem pielęgniarzem na oddziale prywatnym tutejszego za­kładu dla nerwowo chorych. Pan Matzerath, który przebywa tu od przeszło roku, jest moim pacjentem. Mam jeszcze innych pacjentów, o których nie będę tutaj mówić. Pan Matzerath jest moim najspokoj­niejszym pacjentem. Nigdy nie wpada w taką wściekłość, żebym musiał wołać innych pielęgniarzy. Pisze i bębni trochę za dużo. Żeby oszczędzić swoje przemęczone palce, prosił mnie dziś, abym za nie­go pisał i nie wyplatał węźlastych stworów. Ja jednak wsadziłem sznu­rek do kieszeni i gdy on będzie opowiadał, zacznę końcami palców figurę, którą, stosownie do opowiadania pana Matzeratha, nazwę «Uchodźcą ze wschodu». Nie będzie to pierwsza figura, którą za­czerpnąłem z opowieści mojego pacjenta. Dotychczas splotłem jego babkę, którą nazwałem «Jabłkiem w czterech szlafrokach»; odtworzyłem w sznurku jego dziadka, flisaka, nazwałem go trochę ryzy­kownie «Columbus»; dzięki mojemu sznurkowi jego biedna mama stała się «Piękną amatorką ryb»; z jego obu ojców, Matzeratha i Jana Brońskiego, uplotłem grupę, która nazywa się «Dwaj skaciarze»; utrwaliłem w sznurku również usiane bliznami plecy jego przyjacie­la Herberta Truczinskiego, nazwałem płaskorzeźbę «Wyboistym szla­kiem»; także poszczególne budowle, jak Pocztę Polską, Wieżę Wię­zienną, Teatr Miejski, pasaż Zbrojowni, Muzeum Żeglugi, piwnicę Greffa, szkolę Pestalozziego, kąpielisko w Brzeźnie, kościół Serca Jezusowego, kawiarnię «Cztery Pory Roku», fabrykę czekolady Baltic, kilka bunkrów na Wale Atlantyckim, wieżę Eiffla w Paryżu, Dworzec Szczeciński w Berlinie, katedrę w Reims, a wreszcie ka­mienicę, w której pan Matzerath przyszedł na świat, odtworzyłem węzeł po węźle, kraty i nagrobki cmentarzy na Zaspie i w Brętowie ofiarowały mojemu sznurkowi swoje ornamenty, uchwyciłem w su­pły nurt Wisły i Sekwany, fale Bałtyku, bałwany Oceanu Atlantyc­kiego rozbijające się o wybrzeże ze sznurka, zamieniłem sznurek w kaszubskie kartofliska i łąki Normandii, zaludniłem powstały w ten sposób krajobraz, który nazywam po prostu «Europą», grupa­mi figur jak: Obrońcy Poczty. Kupcy kolonialni. Ludzie na trybunie. Ludzie przed trybuną. Pierwszoklasiści z torbami pełnymi łakoci. Wy­mierający dozorcy muzeum. Młodociani przestępcy na próbie jase­łek. Polska kawaleria przed zorzą wieczorną. Mrówki tworzą histo­rię. Teatr frontowy gra dla podoficerów i szeregowych. Stojący ludzie, którzy dezynfekują leżących ludzi w obozie w Treblince. A teraz zaczynam figurę uchodźcy ze wschodu, który najprawdopodobniej zamieni się w grupę uchodźców ze wschodu.&lt;br /&gt;Pan Matzerath wyjechał z Gdańska, który w tym momencie nosił już polską nazwę, dwunastego czerwca dziewięćset czterdziestego piątego, mniej więcej o jedenastej przed południem. Towarzyszyła mu wdowa Maria Matzerath, którą mój pacjent nazywa swoją dawną ukochaną, i Kurt Matzerath, rzekomy syn mojego pacjenta. Poza tym w wagonie towarowym miały się znajdować jeszcze trzydzieści dwie inne osoby, między nimi cztery franciszkanki w habitach i młoda dziewczyna w chustce na głowie, w której pan Oskar Matzerath roz­poznał jakoby niejaką pannę Luzie Rennwand. Po kilku zapytaniach z mojej strony mój pacjent przyznał jednak, że owa dziewczyna na­zywała się Regina Raeck, ale nadal mówi o bezimiennej trójkątnej lisiej twarzy, którą potem znów raz po raz nazywa po imieniu, woła­jąc na nią Luzie; co mi nie przeszkadza wpisać tutaj ową dziewczynę jako pannę Reginę. Regina Raeck podróżowała z rodzicami, dziadkami i chorym wujem, który prócz swojej rodziny wiózł na zachód raka żołądka, dużo mówił i zaraz po odjeździe podał się za starego socjaldemokratę.&lt;br /&gt;O ile mój pacjent pamięta, jazda do Gdyni, która przez cztery i pół roku nazywała się Gotenhafen, przebiegła spokojnie. Dwie ko­biety z Oliwy, kilkoro dzieci i jeden starszy pan z Wrzeszcza płakali do samego Sopotu, podczas gdy zakonnice zajęły się modlitwą.&lt;br /&gt;W Gdyni pociąg miał pięć godzin postoju. Do wagonu wprowa­dzono jeszcze dwie kobiety z sześciorgiem dzieci. Socjaldemokrata miał przeciwko temu protestować, bo był chory i jako socjaldemo­krata sprzed wojny domagał się specjalnego traktowania. Ale polski oficer, który prowadził transport, spoliczkował go, gdy nie chciał zrobić miejsca, i oświadczył płynną niemczyzną, że nie wie, co to znaczy socjaldemokrata. W czasie wojny musiał przebywać w róż­nych miejscowościach Niemiec, ale takiego słówka nigdy nie sły­szał. Chory na żołądek socjaldemokrata nie zdążył już objaśnić pol­skiemu oficerowi sensu, istoty i historii Socjaldemokratycznej Partii Niemiec, ponieważ oficer opuścił wagon, zasunął drzwi i zaryglował od zewnątrz.&lt;br /&gt;Zapomniałem napisać, że wszyscy ludzie siedzieli albo leżeli na słomie. Gdy późnym popołudniem pociąg ruszył, parę kobiet zawo­łało: - Jedziemy z powrotem do Gdańska. - Ale to była pomyłka. Pociąg został tylko przetoczony na inny tor i pojechał potem na za­chód w kierunku Słupska. Podróż do Słupska trwała podobno cztery dni, bo pociąg raz po raz przystawał w szczerym polu zatrzymywany przez dawnych partyzantów i zgraje polskich wyrostków. Intruzi otwierali przesuwane drzwi wagonu, wpuszczali do środka trochę świeżego powietrza i wraz ze zużytym powietrzem zabierali z wago­nu część podróżnego bagażu. Zawsze ilekroć opanowywali wagon pana Matzeratha, podnosiły się cztery zakonnice i trzymały w górze swoje krzyże zawieszone na habitach. Cztery krucyfiksy robiły na chłopakach wielkie wrażenie. Żegnali się znakiem krzyża, zanim wyrzucali na nasyp plecaki i walizki podróżnych.&lt;br /&gt;Gdy socjaldemokrata podsunął chłopakom papier, na którym wła­dze polskie w Gdańsku potwierdzały, że od dziewięćset trzydzieste­go pierwszego do dziewięćset trzydziestego siódmego był opłacają­cym składki członkiem partii socjaldemokratycznej, oni się nie przeżegnali, lecz wyrwali mu papier z ręki, chwycili jego dwie wa­lizki i plecak jego żony: także ów piękny płaszcz zimowy w dużą kratę, na którym leżał socjaldemokrata, wyniesiono na świeże po­morskie powietrze.&lt;br /&gt;Mimo to pan Oskar Matzerath twierdzi, że chłopcy zrobili na nim korzystne wrażenie dzięki swemu zdyscyplinowaniu. Przypisuje to wpływowi ich przywódcy, który mimo młodego wieku był już po­dobno w siedemnastym roku życia indywidualnością, przypomina­jącą panu Matzerathowi w sposób zarazem bolesny i przyjemny przy­wódcę bandy Wyciskaczy, owego Störtebekera.&lt;br /&gt;Gdy ów tak podobny do Störtebekera młody człowiek chciał wyrwać i wyrwał w końcu plecak z rąk pani Marii Matzerath, pan Matzerath w ostatniej chwili wyciągnął z plecaka leżący szczęśliwie na wierzchu album rodzinny. Z początku szef bandy już miał się roz­gniewać. Ale gdy mój pacjent otworzył album i pokazał chłopakowi fotografię swojej babki Koljaiczkowej, tamten wypuścił z rąk plecak pani Marii, pomyślawszy pewnie o swojej własnej babce, zasaluto­wał przykładając dwa palce do czapki, powiedział w stronę rodziny Matzerathów po polsku: - Do widzenia! - i zamiast plecaka Matzerathów zabierając walizkę innych podróżnych, opuścił ze swoimi ludźmi wagon.&lt;br /&gt;W plecaku, który dzięki albumowi pozostał w posiadaniu rodzi­ny, prócz paru sztuk bielizny znajdowały się księgi handlowe i po­kwitowania podatkowe sklepu kolonialnego, książeczki oszczędno­ściowe i rubinowy naszyjnik, który należał kiedyś do matki pana Matzeratha, a który mój pacjent ukrył w paczce ze środkami dezyn­fekcyjnymi; podróż na zachód odbywała także owa księga mądrości, która składała się w połowie z fragmentów Rasputina, a w połowie z pism Goethego.&lt;br /&gt;Mój pacjent twierdzi, że przez całą drogę trzymał na kolanach przeważnie albumy z fotografiami, a niekiedy i księgę mądrości, prze­wracał kartki - i obie księgi, mimo gwałtownych bólów w kościach, dały mu wiele radosnych, ale i pełnych zadumy chwil.&lt;br /&gt;Dalej mój pacjent chciałby powiedzieć: Wstrząsy i szarpnięcia, przejeżdżanie zwrotnic i mijanek, leżenie w wyciągniętej pozycji na wibrującej bez przerwy przedniej osi wagonu towarowego przyśpie­szyły jego rośniecie. Nie rozrastał się już wszerz, jak dotąd, tylko zyskiwał na długości. Obrzmiałe, lecz nie objęte zapaleniem stawy mogły się rozluźnić. Nawet jego uszy, nos i narząd płciowy miały, jak słyszę, przy stukocie wagonu towarowego na stykach szyn świad­czyć o rośnięciu. Póki transport miał wolną drogę, pan Matzerath prawdopodobnie nie odczuwał żadnych bólów. Tylko kiedy pociąg przystawał, bo znów chcieli złożyć wizytę partyzanci albo młodocia­ni rabusie, chwytał go kłujący, rwący ból, który on, jak powiedziano, uśmierzał albumem z fotografiami.&lt;br /&gt;Prócz polskiego Störtebekera fotografiami rodzinnymi miało się zainteresować podobno jeszcze kilku innych młodocianych szabrowników, a także starszy partyzant. Leciwy wojak w mundurze bez dys­tynkcji usiadł sobie nawet, zapalił papierosa, uważnie przekartkował album, nie opuszczając żadnego czworoboku, zaczął od portretu dziadka Koljaiczka, śledził bogato ilustrowany rozwój rodziny aż po owe migawkowe zdjęcia, które pokazują panią Marię Matzerath z rocznym, dwuletnim, trzy- i czteroletnim synem Kurtem. Mój pa­cjent widział nawet, jak uśmiechał się oglądając niektóre sielanki. Zgorszył się tylko paru zbyt wyraźnie rozpoznawalnymi odznakami partyjnymi na ubraniach zmarłego pana Matzeratha, w klapie pana Ehlersa, który był ortsbauernführerem w Rębiechowie i ożenił się z wdową po obrońcy Poczty, Janie Brońskim. Na oczach krytyczne­go obserwatora i ku jego zadowoleniu mój pacjent wyskrobał koń­cem śniadaniowego noża sfotografowane odznaki partyjne.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-707828990967066012?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/707828990967066012/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=707828990967066012&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/707828990967066012'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/707828990967066012'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/roniecie-w-wagonie-towarowym-jeszcze.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-5973367409407177467</id><published>2008-08-24T15:05:00.005-07:00</published><updated>2008-08-24T15:05:43.975-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Oskara i bagaż - wolno nam było zabrać pięćdziesiąt funtów na osobę - załadowano na dwukołową przyczepę, która chodziła na gumach. Pan Fajngold pchał rower. Maria prowadziła Kurtusia za rękę i na rogu ulicy Elzy, gdy skręcaliśmy w lewo, jeszcze raz się odwróciła. Ja nie mogłem już odwrócić się w stronę Labesa, bo odwracanie się sprawiało mi ból. Głowa Oskara pozostała więc spokojnie między ramionami. Tylko oczyma, które zachowały swoją ruchliwość, pozdrawiałem ulicę Marii, potok Strzyże, park na Kuźniczkach, pod­ziemne przejście do Dworcowej, w którym po staremu kapało obrzy­dliwie, mój nie zniszczony kościół Serca Jezusowego i dworzec pod­miejski we Wrzeszczu, który nosił teraz tę niemożliwą do wymówienia nazwę.&lt;br /&gt;Musieliśmy czekać. Gdy potem podstawiono pociąg, był to po­ciąg towarowy. Tłum ludzi, mnóstwo dzieci. Bagaż kontrolowano i ważono. Żołnierze wrzucali do każdego wagonu wiązkę słomy. Nie było orkiestry. Ale deszcz też nie padał. Było zachmurzenie niewiel­kie lub umiarkowane i wiał wschodni wiatr.&lt;br /&gt;Wsiedliśmy do czwartego wagonu od końca. Pan Fajngold z rzad­kimi, rozwianymi rudawymi włosami, stał pod nami na szynach, pod­szedł bliżej, gdy wstrząs obwieścił przybycie lokomotywy, podał Marii trzy paczuszki margaryny i dwie paczuszki sztucznego miodu, a gdy polskie komendy, krzyki i płacz zapowiedziały odjazd, do prowiantu na drogę dodał jeszcze paczkę ze środkami dezynfekcyjnymi - lizol jest ważniejszy niż życie - i pojechaliśmy, zostawiliśmy za sobą pana Fajngolda, który też właściwie i przepisowo, jak się należy przy od­jeździe pociągu, z rozwianymi rudawymi włosami malał coraz bar­dziej, składał się już tylko z machania, aż całkiem zniknął.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-5973367409407177467?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/5973367409407177467/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=5973367409407177467&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/5973367409407177467'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/5973367409407177467'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/oskara-i-baga-wolno-nam-byo-zabra.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-895857413133385263</id><published>2008-08-24T15:05:00.003-07:00</published><updated>2008-08-24T15:05:32.163-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>W początku czerwca pierwsze transporty odjechały na zachód. Maria nic nie mówiła, ale zauważyłem, że i ona żegna się z meblami, ze sklepem, z kamienicą, z grobami po obu stronach Alei Hindenburga i z pagórkami na cmentarzu na Zaspie.&lt;br /&gt;Zanim schodziła z Kurtusiem do piwnicy, siadała nieraz wieczo­rem opodal mojego łóżka przy fortepianie mojej biednej mamy, w lewej ręce trzymała organki, a prawą próbowała sobie jednym pal­cem akompaniować.&lt;br /&gt;Pan Fajngold nie mógł słuchać tej muzyki, prosił Marię, żeby przestała, a gdy tylko odjęła organki od ust i chciała zamknąć wieko fortepianu, prosił, żeby jednak trochę jeszcze pograła.&lt;br /&gt;Potem oświadczył się. Oskar czuł, że to nastąpi. Pan Fajngold coraz rzadziej przywoływał swoją żonę Lube, a gdy któregoś letnie­go wieczoru pełnego much i brzęczenia przekonał się o jej nieobec­ności, oświadczył się Marii. Chciał ją wziąć z dwojgiem dzieci, także z chorym Oskarem. Ofiarował jej mieszkanie i udział w sklepie.&lt;br /&gt;Maria miała wówczas dwadzieścia dwa lata. Jej początkowa, jesz­cze jakby zdana na przypadek uroda utrwaliła się, jeśli nie stward­niała. Ostatnie miesiące wojny i pierwsze po wojnie pozbawiły ją owej trwałej ondulacji, za którą jeszcze zapłacił Matzerath. Choć nie nosiła warkoczy, jak za moich czasów, to jednak długie włosy opada­ły jej na ramiona, pozwalały widzieć w niej zbyt poważną, może na­wet zgorzkniałą dziewczynę - i ta dziewczyna powiedziała: nie, od­rzuciła oświadczyny pana Fajngolda. Maria stała na dawnym naszym dywanie, lewą ręką trzymała Kurtusia, kciukiem prawej wskazywała w stronę kaflowego pieca, a pan Fajngold i Oskar słyszeli jej słowa:&lt;br /&gt;- To niemożliwe. Tutaj wszystko przepadło. Jedziemy do Nadrenii, do mojej siostry Gusty. Ona jest zamężna za jednym starszym kelnerem z branży hotelowej. Jej mąż nazywa się Köster i przyjmie nas na tymczasem, wszystkich troje.&lt;br /&gt;Nazajutrz złożyła wnioski o wyjazd. W trzy dni później mieliśmy już swoje papiery. Pan Fajngold nie odzywał się więcej, zamknął sklep, siedział, gdy Maria się pakowała, w ciemnym sklepie na kon­tuarze i nie miał nawet ochoty na sztuczny miód. Dopiero gdy Maria chciała się z nim pożegnać, zsunął się ze swojego siedzenia, przypro­wadził rower z przyczepą i zaproponował, że odprowadzi nas na dworzec.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-895857413133385263?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/895857413133385263/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=895857413133385263&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/895857413133385263'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/895857413133385263'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/w-pocztku-czerwca-pierwsze-transporty.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-3633916966925829097</id><published>2008-08-24T15:05:00.001-07:00</published><updated>2008-08-24T15:05:18.653-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Wincenty gębę roz­tworzył i nagadał się, jak jeszcze nigdy. I teraz Jadwiga jest z Marga u nas i pomaga w polu. Ale Wincentemu tak to gadanie siły odjęło, że długo już chyba nie pociągnie. A z babcią też dobrze nie jest, serduszko ją boli i wszystko, a najgorzej głowa, odkąd taki jeden mądrala uderzył ją, bo myślał, że tak potrzeba.&lt;br /&gt;Tak skarżyła się Anna Koljaiczkowa, trzymała się za głowę, głas­kała mnie po rosnącej głowie i wygłosiła przy tym parę gorzkich myśli: - Tak to już jest z Kaszubami, Oskarku. Zawsze dostają po głowie. Ale wy teraz wyjedziecie, na zachód wyjedziecie, tam lepiej wam będzie, i tylko babcia zostanie tutaj. Bo Kaszubów nie można przenieść nigdzie, oni zawsze muszą być tutaj i nadstawiać głowy, żeby inni mogli uderzyć, bo my za mało polscy jesteśmy i za mało niemieccy, bo jak ktoś jest Kaszuba, nie wystarcza to ani Niemcom, ani Polakom. Ci zawsze dokładnie chcą wiedzieć, co jest co!&lt;br /&gt;Moja babka zaśmiała się głośno, schowała butelki z naftą, miód sztuczny i środki dezynfekcyjne pod owe cztery spódnice, które mimo najbardziej burzliwych, militarnych, politycznych i dziejowych wy­darzeń nie straciły swojej ziemniaczanej barwy.&lt;br /&gt;Gdy miała już iść i pan Fajngold prosił ją o chwilę cierpliwości, bo chciał jej jeszcze przedstawić swoją żonę Lube i resztę rodziny,&lt;br /&gt;Anna Koljaiczkowa powiedziała, kiedy pani Luba nie przyszła:&lt;br /&gt;- Widzi pan, ja też wołam ciągle: Agnieszko, córko moja, przyjdźże i pomóż starej matce wyżąć bieliznę. I ona tak samo nie przychodzi, jak nie chciała przyjść pańska Luba. A Wincenty, znaczy się mój brat, mimo choroby wychodzi w ciemną noc na przyzbę i wyrywa sąsiadów ze snu, bo przyzywa głośno syna swojego Jana, który na Poczcie był i zabity został.&lt;br /&gt;Stała już w drzwiach i zakładała chustkę, gdy ją zawołałem po polsku z łóżka: - Babka, babka! - A ona odwróciła się, uniosła już lekko spódnice, jakby chciała mnie tam wpuścić i zabrać ze sobą, potem prawdopodobnie przypomniała sobie o butelkach z naftą, sztucznym miodzie i środkach dezynfekcyjnych, które już zajmowa­ły owo miejsce - wyszła, wyszła beze mnie, wyszła bez Oskara.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-3633916966925829097?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/3633916966925829097/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=3633916966925829097&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3633916966925829097'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3633916966925829097'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/wincenty-gb-roztworzy-i-nagada-si-jak.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-4138307525583568983</id><published>2008-08-24T15:04:00.010-07:00</published><updated>2008-08-24T15:05:06.072-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Pan Fajngold zaś pocieszał Marię, opowiadał jej o ludziach, któ­rych znał, a którzy mimo garbu i wodogłowia do czegoś doszli. Mó­wił o jakimś Romanie Frydrychu, co wyemigrował ze swoim garbem do Argentyny i tam otworzył sklep z maszynami do szycia, a później ten sklep rozrósł się w wielką i znaną firmę.&lt;br /&gt;Opowieść o powodzeniu garbatego Frydrycha nie pocieszyła co prawda Marii, natchnęła jednak opowiadacza, pana Fajngolda, takim entuzjazmem, że postanowił nadać naszemu sklepowi kolonialnemu inne oblicze. W połowie maja, wkrótce po zakończeniu wojny, w sklepie pokazały się nowe artykuły. Pojawiły się pierwsze maszy­ny do szycia i części zamienne, ale artykuły żywnościowe jeszcze przez jakiś czas pozostały i pomogły przetrwać okres przejściowy. To były rajskie czasy! Nie płaciło się już gotówką. Wymieniało się metodą łańcuszkową: miód sztuczny, płatki owsiane, także ostatnie torebeczki proszku do pieczenia doktora Oetkera, cukier, mąka i mar­garyna zamieniały się w rowery, rowery i części rowerowe w motor­ki elektryczne, te w narzędzia, narzędzia w futra, a futra pan Fajn­gold zaczarowywał w maszyny do szycia. Kurtuś pomagał w tych zamiennych igraszkach, przyprowadzał klientów, pośredniczył w transakcjach, wciągnął się o wiele szybciej niż Maria w nową bran­żę. Było niemal tak jak za czasów Matzeratha. Maria stała za ladą, obsługiwała ową część dawnej klienteli, która jeszcze nie wyjechała, i starała się mozolną polszczyzną poznać życzenia nowo przybyłych klientów. Kurtuś miał dar do języków, był wszędzie. Pan Fajngold mógł na nim polegać. Kurtuś mimo swoich niespełna pięciu lat wy­specjalizował się i spośród stu kiepskich lub średnich modeli, jakie ukazywały się na czarnym rynku przy Dworcowej, wyławiał od razu doskonałe maszyny Singera i Pfaffa, a pan Fajngold potrafił docenić 'umiejętności malca. Gdy w końcu maja moja babka Anna Koljaiczkowa przyszła na piechotę z Bysewa przez Brętowo do Wrzeszcza, odwiedziła nas i ciężko dysząc rzuciła się na kozetkę, pan Fajngold I bardzo chwalił Kurtusia, a i dla Marii znalazł słowa uznania. Opowiadając babce długo i szeroko historię mojej choroby, a przy okazji i podkreślając raz po raz użyteczność swoich środków dezynfekcyj­nych, uznał, że i Oskara należy pochwalić, bo taki byłem spokojny i dzielny, przez całą chorobę nigdy nie krzyczałem.&lt;br /&gt;Moja babka przyszła po naftę, bo w Bysewie nie było już światła. Fajngold opowiedział jej o swoich doświadczeniach z naftą w obo­zie w Treblince, a także o swoich różnorodnych zadaniach obozowe­go dezynfektora, kazał Marii napełnić naftą dwie litrowe butelki, dodał do tego paczkę sztucznego miodu i cały asortyment środków dezyn­fekcyjnych i kiwając głową, a jednocześnie myślami przebywając gdzie indziej, słuchał, jak babka opowiadała ze szczegółami o wszyst­kim, co w czasie działań wojennych spaliło się w Bysewie i Bysewie-Wybudowaniach. Mogła też coś powiedzieć na temat zniszczeń w Firodze, która odzyskała dawną polską nazwę. A i Bysewo powró­ciło do przedwojennej nazwy. Ehlersa natomiast, który przecież był w Rębiechowie ortsbauernführerem i bardzo się udzielał, który oże­nił się z żoną syna jej brata, znaczy się: Jadwigą po Janie, co zginął na Poczcie, otóż tego Ehlersa robotnicy rolni powiesili przed jego biurem. I niewiele brakowało, a powiesiliby też Jadwigę, bo jako żona polskiego bohatera wzięła sobie ortsbauemführera, bo Stefan dosłużył się podporucznika w niemieckiej armii, a Marga była prze­cież w Związku Dziewcząt Niemieckich.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-4138307525583568983?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/4138307525583568983/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=4138307525583568983&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4138307525583568983'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4138307525583568983'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/pan-fajngold-za-pociesza-mari-opowiada.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-4639329923781526172</id><published>2008-08-24T15:04:00.009-07:00</published><updated>2008-08-24T15:04:55.140-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Zaczęło się to jeszcze od wszy i weszło potem w zwyczaj. Wszy znalazł najpierw u Kurtusia, potem u mnie, u Marii i u siebie. Jak pan Fajngold krzyczał, gdy znalazł wszy! Wołał swoją żonę i dzieci, po­dejrzewał całą swoją rodzinę o robactwo, w zamian za miód sztuczny i płatki owsiane zdobył masę najróżniejszych środków dezynfekcyjnych i zaczął codziennie dezynfekować siebie, całą swoją rodzinę, Kurtusia, Marię i mnie, a także moje łóżko. Nacierał nas, spryskiwał i posypywał. A gdy spryskiwał, posypywał i nacierał, kwitła moja gorączka, płynął potok jego wymowy i dowiadywałem się o wago­nach towarowych pełnych karbolu, chloru i lizolu, które on rozprys­kiwał, rozsypywał i rozlewał, gdy był jeszcze dezynfektorem w obo­zie w Treblince i jako dezynfektor Mariusz Fajngold codziennie o drugiej po południu spryskiwał roztworem lizolu obozowe ulice, baraki, łaźnie, piece krematoryjne, zawiniątka z ubraniem, czekają­cych, którzy nie byli jeszcze pod prysznicem, leżących, którzy już byli pod prysznicem, wszystko, co wychodziło z pieców, wszystko, co miało wejść do pieców. I wyliczał mi nazwiska, bo znał wszystkie nazwiska: opowiadał o Bilauerze, który jednego z najbardziej upal­nych dni sierpnia poradził dezynfektorowi, żeby spryskał obozowe ulice Treblinki nie roztworem lizolu, lecz naftą. Pan Fajngold tak zrobił. A ten Bilauer miał zapałki. A stary Lew Kurland z ŻOB ode­brał od wszystkich przysięgę. A inżynier Galewski wyłamał drzwi do magazynu broni. A Bilauer zastrzelił pana hauptsturmführera Kutnera. A Sztulbach i Waryński rzucili się na Zisenisa. A inni na ludzi z Trawnik. A jeszcze inni przecięli druty ogrodzenia i upadli. Ale Unterscharführer Schöpke, który zawsze dowcipkował prowa­dząc ludzi pod prysznic, stał w bramie obozu i strzelał. Nic to mu jednak nie pomogło, bo inni rzucili się na niego: Adek Kawę, Motel Lewit i Henoch Lerer, także Hersz Rotblat i Letek Żagiel, i Tozjasz Baran ze swoją Deborą. A Lolek Bebelmann krzyknął: „Fajngold też niech idzie, zanim samoloty przylecą”. Ale pan Fajngold czekał jesz­cze na swoją żonę Lube. Lecz ona już wtedy nie przychodziła, kiedy ją wołał. Złapali go z lewej i z prawej. Z lewej Jakub Gelernter i z prawej Mordechaj Szwarcbard. A przed nim biegł mały doktor Atlas, który już w obozie w Treblince, a później w lasach pod Wilnem zalecał jak najstaranniejsze spryskiwanie lizolem, który twierdził, że lizol jest ważniejszy niż życie. A pan Fajngold mógł tylko to potwierdzić; bo przecież miał do czynienia z trupami, nie z jednym trupem, nie, z trupami, jaką mam podać liczbę, powiem, że tych trupów, które on spryskał lizolem, było co niemiara. I sypał nazwiskami, aż to zrobiło się nudne, aż dla mnie, który pławiłem się w lizolu, pytanie o życie i śmierć stu tysięcy nazwisk mniej było ważne niż pytanie, czy życie, a jeśli nie życie, to śmierć też zdezynfekowano w porę i wystarczają­co środkami dezynfekcyjnymi pana Fajngolda.&lt;br /&gt;Potem jednak gorączka mi spadła i zrobił się kwiecień. Potem gorączka znów podskoczyła, karuzela wirowała, a pan Fajngold po­lewał lizolem martwych i żywych. Potem gorączka znów spadła i skończył się kwiecień. W początku maja szyja mi się zrobiła krótsza, klatka piersiowa poszerzyła się, podjechała w górę, tak że nie pochylając głowy mogłem potrzeć brodą obojczyk Oskara. Jeszcze raz przyszło trochę gorączki i trochę lizolu. Słyszałem też szept pła­wiących się w lizolu słów Marii: - Żeby tylko go nie pokręciło! Żeby tylko nie dostał garbu! Żeby tylko nie zrobiło się z tego wodogłowie!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-4639329923781526172?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/4639329923781526172/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=4639329923781526172&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4639329923781526172'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4639329923781526172'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/zaczo-si-to-jeszcze-od-wszy-i-weszo.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-8186564264189697611</id><published>2008-08-24T15:04:00.007-07:00</published><updated>2008-08-24T15:04:45.820-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Podobała mi się ta oszczędna w słowach lekarka, która nie wie­działa, co mi jest i nie bała się do tego przyznać. W ciągu następnych tygodni Maria i pan Fajngold zrobili mi kilkanaście zimnych okła­dów, które przynosiły mi ulgę, ale nie zapobiegały temu, że przegu­by rąk, stawy kolanowe i barkowe, a także głowa w dalszym ciągu puchły i bolały. Marię i pana Fajngolda przede wszystkim przeraziła moja rozrastająca się wszerz głowa. Ona dawała mi owe tabletki, które zbyt szybko się skończyły. On z linijką i ołówkiem w ręku za­czął szkicować wykresy gorączki, wdał się przy tym w eksperymen­ty, w śmiało zaprojektowane konstrukcje wpisywał moją gorączkę, którą mierzył pięć razy dziennie wymienionym na czarnym rynku za sztuczny miód termometrem, co potem w tabelach pana Fajngolda wyglądało jak okropnie popękane pasmo górskie - wyobrażałem sobie Alpy, łańcuch śnieżnych Andów - a tymczasem moja temperatura była o połowę mniej ekstrawagancka: rano miałem przeważnie trzy­dzieści osiem i jeden; pod wieczór dochodziłem do trzydziestu dzie­więciu; trzydzieści dziewięć i cztery to najwyższa temperatura w okresie mojego rośnięcia. W gorączce widziałem i słyszałem roz­maite rzeczy, siedziałem na karuzeli, chciałem wysiąść, ale nie mo­głem. Siedziałem z mnóstwem małych dzieci w wozach strażackich, wydrążonych łabędziach, na psach, kotach, świniach i jeleniach, je­chałem, jechałem, jechałem, jechałem, chciałem wysiąść, ale nie mogłem. Wszystkie maluchy płakały, nie chciały już jeździć na karuzeli, chciały zaraz wyjść z wozów strażackich, wydrążonych łabędzi, zsiąść z kotów, psów, jeleni i świń, ale nie mogły. Obok właściciela karuzeli stał bowiem Ojciec Niebieski i wciąż opłacał za nas jeszcze jedno okrążenie. A my modliliśmy się: „Ojcze nasz, wiemy, że masz dużo drobnych, że lubisz, jak jeździmy na karuzeli, że bawi cię pokazywanie nam okrągłości świata. Prosimy cię, schowaj portmonetkę, powiedz: stop, dość już, koniec, basta, wysiadać, szlus, stój - w głowie nam się kręci, biednym dzieciaczkom, jest nas cztery tysiące, przywieźli nas do Kieżmarku nad Wisłą, ale nie przedostaliśmy się na drugi brzeg, bo Twoja karuzela, Twoja karuzela...”&lt;br /&gt;Ale Pan Bóg, Ojciec nasz, właściciel karuzeli, uśmiechał się, jakby nigdy nic, ponownie wytrząsał monetę z portmonetki, żeby cztery tysiące maluchów, wśród nich Oskar, kręciło się w kółko w wozach strażackich i wydrążonych łabędziach, na kotach, psach, świniach li jeleniach, a za każdym razem, kiedy mój jeleń - jeszcze dziś wydaje mi się, że siedziałem na jeleniu - przemykał koło Ojca naszego i właściciela karuzeli, miał on inną twarz: był to Rasputin, który śmiejąc się próbował swoimi zębami szamana monetę na następne okrążenie; był to książę poetów Goethe, który z pięknie haftowanej sakiewki wysypywał monety, a na przedniej stronie wszystkich tych monet odciśnięty był profil Ojca naszego, i znów odurzony Rasputin, potem zrównoważony pan von Goethe. Trochę szaleństwa z Rasputinem, potem ze względów rozumowych Goethe. Ekstremiści wokół Rasputina, siły porządku wokół Goethego. Tłum, wrzenie I wokół Rasputina, kalendarzowe sentencje według Goethego... a wreszcie pochylił się - nie dlatego, że gorączka ustąpiła, lecz dlatego, że zawsze ktoś łagodząc pochyla się nad gorączką - pochylił się pan Fajngold i zatrzymał karuzelę. Usunął straż pożarną, łabędzie i jelenie, zdewaluował monety Rasputina, wysłał Goethego do ma­jtek, wyprawił cztery tysiące oszołomionych maluchów przez Kiezmark i Wisłę do Królestwa Niebieskiego - i uniósł Oskara z łoża boleści, posadził go na chmurze lizolu, co ma oznaczać, że mnie zdezynfekował.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-8186564264189697611?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/8186564264189697611/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=8186564264189697611&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8186564264189697611'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8186564264189697611'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/podobaa-mi-si-ta-oszczdna-w-sowach.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-6979525930123370486</id><published>2008-08-24T15:04:00.005-07:00</published><updated>2008-08-24T15:04:35.536-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Wróciwszy z cmentarza na Zaspie, zastaliśmy w mieszkaniu mat­ki Truczinskiej nowych lokatorów. Ośmioosobowa rodzina polska zaludniła kuchnię i oba pokoje. Ludzie byli mili, chcieli nas przyjąć, póki nie znajdziemy czegoś innego, ale pan Fajngold sprzeciwił się takiemu zagęszczeniu, chciał nam oddać z powrotem sypialnię i sa­memu zadowolić się bawialnią. Na to jednak nie chciała się zgodzić Maria. Uważała, że jej świeżemu wdowieństwu nie wypada miesz­kać pod jednym dachem z samotnym panem. Fajngold, który chwila­mi nie zdawał sobie sprawy, że nie było przy nim żadnej pani Luby i żadnej rodziny, który dość często czuł za plecami obecność ener­gicznej małżonki, zrozumiał powody Marii. Ze względu na przyzwo­itość i panią Lube nie uchodziło mieszkać razem, więc odstąpił nam piwnicę. Pomógł nam nawet urządzić się tam, nie pozwolił jednak, żebym i ja przeniósł się do piwnicy. Ponieważ byłem chory, strasznie chory, położyli mnie na prowizorycznym łóżku w bawialni koło for­tepianu mojej biednej mamy.&lt;br /&gt;Ciężko było o lekarza. Większość lekarzy zawczasu opuściła mia­sto z transportami wojskowymi, bo już w styczniu zachodniopruską Kasę Chorych przeniesiono na zachód i wskutek tego pojęcie pa­cjenta stało się dla wielu lekarzy nierealne. Po długim szukaniu pan Fajngold w szkole Heleny Lange, gdzie leżeli obok siebie ranni z Armii Czerwonej i Wehrmachtu, znalazł lekarkę z Elbląga, która przeprowadzała tam amputacje. Obiecała wpaść i przyszła też po czterech dniach, usiadła przy moim łóżku, badając mnie wypaliła jednego po drugim trzy albo cztery papierosy i zasnęła nad czwar­tym.&lt;br /&gt;Pan Fajngold nie odważył się jej zbudzić. Maria trąciła ją nie­śmiało. Ale lekarka oprzytomniała dopiero wtedy, gdy dopalającym się papierosem osmaliła sobie palec wskazujący lewej ręki. Natych­miast wstała, rozdeptała niedopałek na dywanie i powiedziała krót­ko, z rozdrażnieniem: - Musicie wybaczyć. Przez ostatnie trzy tygo­dnie nie zmrużyłam oka. Byłam w Kieżmarku na promie z transportem maluchów z Prus Wschodnich. Ale maluchy nie przyjechały. Tylko wojsko. Było ich ze cztery tysiące. Wszystkie pojechały do lali. - Potem tak samo krótko, jak opowiadała o dzieciach, które pojechały do lali, pogłaskała mnie po rosnącym dziecięcym policzku, wetknęła w usta nowego papierosa, podwinęła lewy rękaw, wyciągnęła z tecz­ki ampułkę i robiąc sobie zastrzyk pobudzający powiedziała do Ma­rii: - Pojęcia nie mam, co jest z tym chłopcem. Trzeba by go do kli­niki. Ale nie tutaj. Niech pani stara się wyjechać, na zachód. Przeguby rąk, stawy kolanowe i barkowe są opuchnięte. Z głową pewnie za­czyna się to samo. Niech pani robi zimne okłady. Zostawiam parę tabletek, gdyby miał bóle i nie mógł spać.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-6979525930123370486?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/6979525930123370486/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=6979525930123370486&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6979525930123370486'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6979525930123370486'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/wrciwszy-z-cmentarza-na-zaspie.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-1665919287110259683</id><published>2008-08-24T15:04:00.003-07:00</published><updated>2008-08-24T15:04:24.774-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>A więc Oskar tyle ma wzrostu! Jak na karła, gnoma, liliputa nie­mal za dużo. Jak wysoko moja Roswita Raguna nosiła czubek gło­wy? Jaki wzrost potrafił zachować mistrz Bebra, który był potom­kiem księcia Eugeniusza? Nawet na Kitty i Feliksa mógłbym dzisiaj patrzeć z góry. A przecież wszyscy, których tu wymieniam, zazdroś­nie i przyjaźnie patrzyli kiedyś z góry na Oskara; który do dwudzie­stego pierwszego roku życia miał dziewięćdziesiąt cztery centyme­try.&lt;br /&gt;Dopiero gdy w czasie pogrzebu Matzeratha na Zaspie kamień uderzył mnie w tył głowy, zacząłem rosnąć.&lt;br /&gt;Oskar mówi: kamień. Decyduję się więc na uzupełnienie relacji o wydarzeniach na cmentarzu.&lt;br /&gt;Skoro tylko po siódmym rzucie zorientowałem się, że nie ma już dla mnie pytania: „powinienem czy nie powinienem?”, lecz jest tyl­ko jedno stwierdzenie: „powinienem, muszę, chcę!” - zdjąłem bębe­nek z szyi, rzuciłem go razem z pałeczkami go grobu Matzeratha, zdecydowałem się na rośniecie i poczułem od razu narastający szum w uszach, a dopiero potem dostałem w tył głowy kamieniem wielko­ści włoskiego orzecha, który mój syn Kurt cisnął z cztero- i półletnią siłą. Chociaż to uderzenie nie zaskoczyło mnie - domyślałem się prze­cież, że mój syn miał wobec mnie jakieś zamiary - to jednak w ślad za swoim bębenkiem wpadłem do grobu Matzeratha. Stary Heilandt wyciągnął mnie suchym, starczym chwytem, bębenek i pałeczki zo­stawił jednak w dole, położył mnie, ponieważ krew leciała mi z nosa, karkiem na żelazie kilofa. Krwawienie, jak wiemy, szybko ustało, natomiast rośniecie robiło postępy, które co prawda były tak mini­malne, że tylko Leo Hyś zauważył je i obwieścił krzycząc głośno, trzepocząc i unosząc się jak ptak.&lt;br /&gt;Tyle tego uzupełnienia, które w gruncie rzeczy jest zbyteczne; bo wzrost zaczął się, jeszcze zanim trafił mnie kamień i zanim wpadłem do grobu Matzeratha. Dla Marii i pana Fajngolda jednak od samego początku istniała tylko jedna przyczyna mojego rośnięcia, które na­zywali chorobą: kamień w tył głowy, upadek do dołu. Maria sprała Kurtusia jeszcze na cmentarzu. Było mi go żal, bo przecież nie moż­na wykluczyć, że przeznaczył kamień dla mnie, aby mi pomóc, aby przyśpieszyć mój wzrost. Może chciał mieć wreszcie prawdziwego, dorosłego ojca, a może tylko zastępcę Matzeratha; bo ojca nigdy we mnie nie uznał i nie uszanował.&lt;br /&gt;W trakcie mojego trwającego blisko rok rośnięcia sporo było le­karzy i lekarek, którzy potwierdzali, że winien jest kamień, nieszczęś­liwy upadek, którzy zatem mówili i wpisywali do historii mojej cho­roby: Oskar Matzerath jest ułomnym Oskarem, ponieważ dostał kamieniem w tył głowy - i tak dalej, i tak dalej.&lt;br /&gt;Tutaj powinniście państwo przypomnieć sobie moje trzecie uro­dziny. Cóż potrafili dorośli powiedzieć o początku mojej właściwej historii: W wieku trzech lat Oskar Matzerath spadł ze schodów piw­nicznych na betonową posadzkę. Przez ten upadek został zahamo­wany wzrost, i tak dalej, i tak dalej...&lt;br /&gt;Można w tych wyjaśnieniach dostrzec zrozumiałe pragnienie czło­wieka, który chciałby każdy cud racjonalnie wytłumaczyć. Oskar musi przyznać, że i on jak najdokładniej bada każde dziwo, zanim odrzuci je jako niewiarygodną bujdę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-1665919287110259683?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/1665919287110259683/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=1665919287110259683&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1665919287110259683'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1665919287110259683'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/wic-oskar-tyle-ma-wzrostu-jak-na-kara.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-6967875607158342156</id><published>2008-08-24T15:04:00.001-07:00</published><updated>2008-08-24T15:04:12.754-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Środki dezynfekcyjne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatniej nocy nawiedziły mnie prędko zmieniające się sny. Działo się podobnie jak w dni odwiedzin, kiedy przychodzą przyjaciele. Jedne sny ustępowały miejsca drugim, gdy tylko opowiedziały mi to, co sny uważają za godne opowiedzenia: niedorzeczne historyjki pełne powtórzeń, monologi, których niestety nie sposób ignorować, bo wypowiadane są dość natarczywie z gestykulacją kiepskich aktorów. Gdy przy śniadaniu próbowałem opowiedzieć te historyjki mojemu pielęgniarzowi, nic z tego nie wyszło, bo wszystko zapomniałem; Oskar nie ma talentu do snów.&lt;br /&gt;Podczas gdy Bruno sprzątał ze stołu, spytałem mimochodem: - Drogi Bruno, ile ja właściwie mam wzrostu?&lt;br /&gt;Bruno postawił talerzyk z marmoladą na filiżance po kawie i za­troskał się: - Ależ, panie Matzerath, znów pan nie ruszył marmolady.&lt;br /&gt;Ano, znam ten zarzut. Zawsze go słyszę po śniadaniu. Mimo to Bruno przynosi mi każdego ranka tę kupkę poziomkowej marmola­dy, a ja od razu przykrywam ją papierem, gazetą, którą zginam w daszek. Nie znoszę ani widoku, ani smaku marmolady, toteż na zarzut Bruna odparłem spokojnie i zdecydowanie: - Doskonale wiesz, Bruno, co myślę o marmoladzie, powiedz mi lepiej, ile mam wzrostu.&lt;br /&gt;Bruno ma oczy wymarłego dinozaura. Ilekroć musi się zastano­wić, wlepia to prehistoryczne spojrzenie w sufit pokoju, mówi naj­częściej w tym kierunku, więc i dziś rano powiedział do sufitu: - Ale to przecież poziomkowa marmolada! - Dopiero gdy po dłuższej pau­zie - bo moje milczenie podtrzymywało pytanie o wzrost Oskara - jego spojrzenie wróciło z sufitu i uczepiło się prętów w kracie moje­go łóżka, usłyszałem, że mam metr dwadzieścia jeden wzrostu.&lt;br /&gt;- Nie chciałbyś, drogi Bruno, dla porządku zmierzyć mnie jesz­cze raz?&lt;br /&gt;Spoglądając nieruchomo, Bruno z kieszeni na tyłku wyciągnął calówkę, niemal brutalnie zdarł ze mnie kołdrę, obciągnął mi zadartą koszulę i okrył moją nagość, rozłożył jaskrawożółtą miarkę ułamaną na sto siedemdziesiątym ósmym centymetrze, przyłożył do mojego ciała, przesuwał, sprawdzał, rękami robił to gruntownie, oczyma na­tomiast przebywał w epoce jaszczurów, i w końcu, udając, że odczy­tuje rezultat, zastygł z calówką w bezruchu: - Nadal metr dwadzie­ścia jeden.&lt;br /&gt;Dlaczego składając calówkę, zbierając naczynia po śniadaniu musiał tak hałasować? Nie podoba mu się moja miara?&lt;br /&gt;Gdy Bruno opuścił pokój z tacą śniadaniową, z jaskrawożółtą calówką obok oburzająco naturalnej w kolorze poziomkowej marmo­lady, na korytarzu jeszcze raz przywarł okiem do judasza w drzwiach - czułem, jak pod jego spojrzeniem przenoszę się w czasy prehisto­ryczne, zanim wreszcie zostawił mnie sam na sam z moim metrem i dwudziestu jeden centymetrami.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-6967875607158342156?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/6967875607158342156/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=6967875607158342156&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6967875607158342156'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6967875607158342156'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/rodki-dezynfekcyjne-ostatniej-nocy.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-6434691629920817640</id><published>2008-08-24T15:03:00.010-07:00</published><updated>2008-08-24T15:04:01.737-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Z piachu na asfaltową szosę. Na wraku czołgu siedział Leon Hyś. Wysoko w górze samoloty wracające z Helu, lecące na Hel. Leo uważał, żeby nie pobrudzić rękawiczek o wypalony T 34. Słońce, które już całkiem wessało swoje chmurki, padało na Bocianie Gniaz­do pod Sopotem. Leo zsunął się z czołgu i wyprostował.&lt;br /&gt;Starego Heilandta widok Hysia rozweselił: - Kto by pomyślał! Świat się kończy, tylko na Leo Hysia siły nie ma. - Dobrodusznie poklepał wolną ręką czarny surdut i objaśnił pana Fajngolda: - To jest nasz Leo Hyś. Chce nam wyrazić współczucie i uścisnąć prawicę.&lt;br /&gt;I tak też było. Leo zatrzepotał rękawiczkami, śliniąc się po swo­jemu złożył kondolencje wszystkim obecnym i zapytał: - Widzieli­ście Pana, widzieliście Pana? - Nikt go nie widział. Maria, nie wiem czemu, podarowała Hysiowi klatkę z papużką.&lt;br /&gt;Gdy Leo podszedł do Oskara, którego stary Heilandt położył na ręcznym wózku, zmienił się na twarzy, podmuchy wiatru wzdęły mu ubranie, nogi zerwały się do tańca. - Pan, Pan! - krzyczał i potrząsał papużką w klatce. - Patrzcie na Pana, jak rośnie. Patrzcie tylko, jak rośnie!&lt;br /&gt;Nagle rzuciło go wraz z klatką w powietrze, i biegł, leciał, tań­czył, zataczał się, przewracał, wzlatywał ze skrzeczącym ptakiem, sam ptak, nareszcie opierzony, pofrunął na przełaj ku nawadnianym polom. I poprzez głosy obu pistoletów maszynowych słychać było, jak krzyczał: - On rośnie, rośnie! - I gdy obaj młodzi Rosjanie mu­sieli załadować ponownie, on wciąż krzyczał: - On rośnie! - i nawet gdy pistolety maszynowe znów się odezwały, gdy Oskar spadał już ze schodów bez stopni w rosnące, wszystko przyjmujące omdlenie, słyszałem jeszcze ptaka, głos kruka - Leo oznajmiał: - On rośnie, rośnie, rośnie...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-6434691629920817640?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/6434691629920817640/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=6434691629920817640&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6434691629920817640'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6434691629920817640'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/z-piachu-na-asfaltow-szos.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-5394588362026265018</id><published>2008-08-24T15:03:00.009-07:00</published><updated>2008-08-24T15:03:52.909-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Maria płakała i nadal modliła się prawdziwie i po katolicku. Pan Fajngold przebywał w Galicji albo rozwiązywał zawiłe rachunki. Kurtuś zmęczył się, ale niestrudzenie wywijał łopatą. Na cmentar­nym murze siedzieli gawędząc młodzi Rosjanie. Stary Heilandt z ponurą regularnością przysypywał piaskiem cmentarza na Zaspie deski ze skrzynki po margarynie. Oskar mógł jeszcze odczytać trzy litery słowa Vitello, gdy zdjął blachę z szyi, nie mówił już: „powinienem czy nie powinienem?”, powiedział: „tak musi być!” i rzucił bę­benek tam, gdzie na trumnie dość już było piasku, żeby nie narobić hałasu. Do tego dodałem też pałeczki. Utkwiły w piasku. Był to mój bębenek z czasów Wyciskaczy. Pochodził z zapasów teatru fronto­wego. Bebra podarował mi blachy. Jak mistrz oceniłby moje postę­powanie? Jezus bębnił na tej blasze i zwalisty, dziobaty Rosjanin. Niewiele była już warta. Ale gdy na jej powierzchnię rzucono trochę piasku, blacha zadźwięczała, i przy drugim rzucie zadźwięczała tro­chę. A przy trzecim już nie zadźwięczała, ukazywała już tylko trochę białego lakieru, aż piasek i to wyrównał z innym piaskiem, z coraz większą ilością piasku, pomnażał się piasek na moim bębenku, pię­trzył się, rósł - a i ja zacząłem rosnąć, czego zapowiedzią było gwał­towne krwawienie z nosa.&lt;br /&gt;Kurtuś pierwszy spostrzegł krew. - On krwawi, krwawi! - krzyk­nął i odwołał pana Fajngolda z Galicji, wyrwał Marię z modlitwy, zmusił nawet obu młodych Rosjan, którzy w dalszym ciągu siedzieli na murze i gawędzili zwróceni w stronę Brzeźna, do krótkiego, lękli­wego podniesienia wzroku.&lt;br /&gt;Stary Heilandt zostawił łopatę w piasku, wziął kilof i wsunął mi pod kark niebieskoczarne żelazo. Chłód poskutkował. Krwawienie z nosa trochę osłabło. Stary Heilandt znów chwycił za łopatę i miał już niewiele piasku obok grobu, gdy krwawienie całkiem ustało, ale pozostało rośniecie i objawiało się wewnętrznym skrzypieniem, szumem i trzaskaniem.&lt;br /&gt;Gdy stary Heilandt uporał się z grobem, wyciągnął z innego grobu zmurszały drewniany krzyż bez napisu i wetknął w świeży pagó­rek mniej więcej pomiędzy głową Matzeratha a moim pogrzebanym bębenkiem. - Gotowe! - powiedział i wziął Oskara, który nie mógł iść, na ręce, niósł go, pociągnął za sobą innych, także młodych Ro­sjan z pistoletami maszynowymi, z cmentarza, przez zburzony mur, po śladach czołgów do ręcznego wózka na szynach tramwajowych, gdzie w poprzek ustawił się czołg. Popatrzyłem przez ramię w tył, w stronę cmentarza na Zaspie. Maria niosła klatkę z papużką, pan Fajngold niósł narzędzia, Kurtuś nie niósł nic. Obaj Rosjanie w za małych furażerkach nieśli za duże pistolety maszynowe, sosny nad­morskie wyginały się.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-5394588362026265018?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/5394588362026265018/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=5394588362026265018&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/5394588362026265018'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/5394588362026265018'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/maria-pakaa-i-nadal-modlia-si.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2532529383186652770</id><published>2008-08-24T15:03:00.007-07:00</published><updated>2008-08-24T15:03:42.244-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Dręczyła mnie ta niepewność. To przecież mój syn zdecydował się na coś albo przeciw czemuś. Czy zdecydował się w końcu uznać we mnie i pokochać jedynie prawdziwego ojca? Czy teraz, kiedy było już za późno, zdecydował się na blaszany bębenek? A może jego decyzja brzmiała: śmierć mojemu domniemanemu ojcu Oska­rowi, który mojego domniemanego ojca Matzeratha tylko dlatego zabił odznaką partyjną, że miał już dość ojców? Czy i on tej dziecię­cej sympatii, tak pożądanej między ojcami a synami, nie mógł wyra­zić inaczej, jak tylko zabijając?&lt;br /&gt;Podczas gdy stary Heilandt zrzucił raczej niż spuścił do grobu skrzynię z Matzerathem i odznaką partyjną w tchawicy Matzeratha, a amunicją rosyjskiej pepeszy w brzuchu Matzeratha, Oskar przy­znał się przed sobą samym, że umyślnie zabił Matzeratha, bo według wszelkiego prawdopodobieństwa był to jego nie tylko domniemany, lecz i rzeczywisty ojciec; zabił go jeszcze dlatego, że sprzykrzyło mu się przez całe życie wlec za sobą ojca.&lt;br /&gt;To nieprawda, że szpilka odznaki partyjnej była już otwarta, kie­dy zgarnąłem karmelek z betonowej posadzki. Otworzyła się dopie­ro w mojej zaciśniętej dłoni. Oddałem Matzerathowi lepki karmelek, ostry i kłujący, żeby znaleźli przy nim odznakę, żeby położył sobie partię na języku, żeby się udusił - partią, mną, swoim synem; bo trzeba było z tym skończyć!&lt;br /&gt;Stary Heilandt zaczął zgarniać ziemię. Kurtuś pomagał mu nie­zdarnie, ale gorliwie. Nigdy nie kochałem Matzeratha. Czasem go lubiłem. Dbał o mnie bardziej jak kucharz niż jak ojciec. Był dobrym kucharzem. Jeśli dzisiaj odczuwam nieraz brak Matzeratha, to brak mi jego zrazów królewieckich, jego cynaderek na ostro, jego karpia z rzodkwią i ze śmietaną, takich jego potraw jak zupa węgorzowa z zieleniną, żeberka po kasselsku z kiszoną kapustą i te wszystkie niezapomniane pieczenie niedzielne, których smak wciąż jeszcze mam na języku i w zębach. Uczucia swoje wyrażał w zupach, a zapomnia­no mu włożyć chochli do trumny. Zapomniano mu włożyć do trumny talii kart do skata. Matzerath lepiej gotował, niż grał w skata. Mimo to grał lepiej niż Jan Broński i prawie tak dobrze jak moja biedna mama. To była siła, to był jego tragizm. Marii nigdy nie mogłem mu wybaczyć, chociaż traktował ją dobrze, nie uderzył ani razu i najczę­ściej ustępował, gdy wszczynała kłótnię. Nie wydał mnie też Mini­sterstwu Zdrowia i podpisał dokument dopiero wtedy, gdy już nie roznoszono poczty. W chwilę po moim urodzeniu pod żarówkami przeznaczył mnie do objęcia sklepu. Żeby nie mieć nic do czynienia ze sklepem, Oskar przez siedemnaście lat miał do czynienia z blisko setką biało-czerwono lakierowanych blaszanych bębenków. Teraz Matzerath leżał już w trumnie. Stary Heilandt zakopywał go w ziemi i palił przy tym papierosy Matzeratha - Derby. Oskar powinien był teraz objąć sklep. Ale tymczasem sklep objął pan Fajngold ze swoją liczną niewidzialną rodziną. Reszta przypadła mnie: Maria, Kurtuś i odpowiedzialność za tych dwoje.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2532529383186652770?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2532529383186652770/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2532529383186652770&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2532529383186652770'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2532529383186652770'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/drczya-mnie-ta-niepewno.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-8712192835278708646</id><published>2008-08-24T15:03:00.005-07:00</published><updated>2008-08-24T15:03:32.260-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Wykopali dół mniej więcej na metr głęboki, a Oskar stał bez­czynnie i bezradnie między starym granitem, między kalekimi so­snami, między wdową po Matzeracie a Kurtusiem, który rzucał ka­mieniami do papużki.&lt;br /&gt;Powinienem czy nie powinienem? Masz dwudziesty pierwszy rok życia, Oskarze. Powinieneś czy nie powinieneś? Jesteś sierotą. Po­winieneś wreszcie. Odkąd nie ma już twojej biednej mamy, jesteś półsierotą. Już wtedy powinieneś był się zdecydować. Potem zako­pali tuż pod ziemią twojego domniemanego ojca Jana Brońskiego. Byłeś domniemanym sierotą, stałeś tutaj, na tym piachu, który nazy­wa się Zaspa, i trzymałeś lekko oksydowaną łuskę naboju. Padał deszcz i Ju 52 podchodził do lądowania. Czy już wtedy, jeśli nie w szumie deszczu, to w huczeniu lądującej maszyny transportowej, nie usłyszałeś wyraźnie tego „powinienem, nie powinienem”? Po­wiedziałeś sobie, że to deszcz, że to huk motorów; tego rodzaju mo­notonii można przypisać każdy tekst. Chciałeś usłyszeć to jeszcze wyraźniej, nie tylko domniemywać.&lt;br /&gt;Powinienem czy nie powinienem? Kopią teraz dół dla Matzera­tha, twojego drugiego domniemanego ojca. Więcej domniemanych ojców, o ile wiesz, nie ma. Dlaczego mimo to żonglujesz dwiema zielonymi butelkami: powinienem, nie powinienem? Kogo chcesz jeszcze zapytać? Kalekich sosen, które są niepewne samych siebie?&lt;br /&gt;Wtedy spostrzegłem ubogi żeliwny krzyż z kruchymi esami-floresami i zaskorupiałymi literami: Mathilde Kunkel - albo Runkel. Wtedy spostrzegłem - powinienem czy nie powinienem - w piasku wśród mikołajków nadmorskich i piaskownic zwyczajnych - powi­nienem - trzy albo cztery - nie powinienem - przeżarte rdzą metalo­we wieńce wielkości talerza, które dawniej - powinienem - przed­stawiały pewnie liście dębu albo wawrzynu - chyba nie powinienem - zważyłem je w dłoni - chyba jednak powinienem – wycelowałem - powinienem - w wystający wierzchołek krzyża - albo nie - miał może cztery centymetry średnicy - nie powinienem - wyznaczyłem sobie odległość dwóch metrów - powinienem - i rzuciłem - nie po­winienem - chybiając celu - powinienem - jeszcze raz? - zbyt krzy­wo stał żelazny krzyż - powinienem - Mathilde Kunkel, a może Runkel - powinienem: Runkel, powinienem: Kunkel - to był szósty rzut, a przyznałem sobie siedem rzutów, sześć razy wyszło, że nie powinienem, i rzuciłem siódmy raz - powinienem - zarzuciłem wie­niec - powinienem - uwieńczyłem Mathilde - powinienem - waw­rzyn dla panny Kunkel - czy powinienem? pytałem młodą panią Runkel - tak, powiedziała Mathilde; umarła bardzo młodo, w dwu­dziestym siódmym roku życia, a urodziła się w osiemset sześćdzie­siątym ósmym. Ja natomiast miałem dwudziesty pierwszy rok życia, gdy za siódmym razem wyszedł mi rzut, gdy owo „powinienem, nie powinienem” uprościłem i zamieniłem w dowiedzione, uwieńczone, wycelowane, zwycięskie „powinienem!”.&lt;br /&gt;I gdy Oskar z tym nowym „powinienem!” na końcu języka i w sercu podążał do grabarzy, nagle zaskrzeczała papużka, bo Kurtuś ją trafił i straciła trochę niebiesko-żółtych piór. Zastanawiałem się, jakie to pytanie skłoniło mojego syna, żeby tak długo rzucać kamykami do papużki, aż ostatni celny rzut przyniósł mu odpowiedź.&lt;br /&gt;Tamci przysunęli skrzynię do grobu, który był chyba na metr dwadzieścia głęboki. Staremu Heilandtowi bardzo się śpieszyło, musiał jednak czekać, bo Maria modliła się po katolicku, bo pan Fajngold trzymał cylinder na piersi i oczyma przebywał w Galicji. Toteż także Kurtuś podszedł teraz bliżej. Prawdopodobnie po swoim cel­nym rzucie podjął jakąś decyzję i z tych czy innych powodów, ale równie zdecydowany jak Oskar, zbliżył się do grobu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-8712192835278708646?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/8712192835278708646/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=8712192835278708646&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8712192835278708646'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8712192835278708646'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/wykopali-d-mniej-wicej-na-metr-gboki.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-963707020584168669</id><published>2008-08-24T15:03:00.003-07:00</published><updated>2008-08-24T15:03:20.052-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Pogoda i warkot samolotów nastroiły mnie smutno. Nie ma nic nudniejszego, nic bardziej odpychającego niż bezchmurne marcowe niebo pełne samolotów, których warkot to wzmaga się, to cichnie. W dodatku obaj młodzi Rosjanie przez całą drogę na próżno starali się utrzymać równy krok.&lt;br /&gt;Może w czasie jazdy po kocich łbach, potem po usianym wyboja­mi asfalcie obluzowało się parę desek w skleconej naprędce skrzyni, poza tym jechaliśmy pod wiatr; w każdym razie cuchnęło nieżywym Matzerathem i Oskar był rad, gdy dotarliśmy do cmentarza na Za­spie.&lt;br /&gt;Nie mogliśmy podjechać na wysokość kutej kraty, bo przed sa­mym cmentarzem zablokował jezdnię stojący w poprzek, wypalony T 34. Inne czołgi w marszu na Nowy Port musiały nadłożyć drogi, pozostawiły ślady na piasku z lewej strony szosy i zburzyły kawał cmentarnego muru. Pan Fajngold poprosił starego Heilandta, żeby szedł z tyłu. Nieśli trumnę, która na środku wygięła się lekko, po śladach czołgów, potem z trudem przez rumowisko cmentarnego muru i ostatkiem sił kawałek między zrujnowanymi lub bliskimi ruiny na­grobkami. Stary Heilandt łapczywie ssał papierosa i wydmuchiwał dym na koniec trumny. Ja niosłem klatkę z papużką na drążku. Maria ciągnęła za sobą dwie łopaty. Kurtuś niósł kilof, to znaczy wymachi­wał nim dokoła siebie, a na cmentarzu, narażając się na niebezpie­czeństwo, walił w szary granit, aż Maria odebrała mu kilof, żeby - była przecież silna - pomóc obu mężczyznom w kopaniu.&lt;br /&gt;Jak to dobrze, że ziemia jest tutaj piaszczysta i nie zmarznięta, stwierdziłem i wybrałem się za północny mur, żeby odszukać grób Jana Brońskiego. Mógł być tu albo tam. Nic bliższego nie dało się ustalić, bo za sprawą zmieniających się pór roku dawne zdradziecko świeże pobielenie stało się szare i kruche jak wszystkie mury na Zaspie.&lt;br /&gt;Wróciłem przez tylną okratowaną furtkę, popatrzyłem w górę nad kalekimi sosnami i żeby nie myśleć o czymś bez znaczenia, pomy­ślałem: teraz chowają i Matzeratha. Szukałem też i częściowo znala­złem pewien sens w okoliczności, że tutaj, w tej samej piaszczystej ziemi, mieli leżeć, choć bez mojej biednej mamy, obaj partnerzy do skata: Broński i Matzerath.&lt;br /&gt;Pogrzeby przypominają zawsze o innych pogrzebach!&lt;br /&gt;Piaszczysta ziemia stawiała opór, wymagała chyba bardziej wprawnych grabarzy. Maria zrobiła pauzę, dysząc ciężko oparła się o kilof i znów zaczęła płakać, gdy zobaczyła Kurtusia, jak z daleka rzucał kamieniami do papużki w klatce. Nie trafiał, rzucał za daleko, Maria płakała głośno i prawdziwie, bo straciła Matzeratha, bo wi­działa w Matzeracie coś, czym moim zdaniem nigdy nie był, a co dla niej miało odtąd pozostać oczywiste i godne miłości. Spiesząc ze słowami pociechy pan Fajngold skorzystał z okazji, żeby odsapnąć, gdyż kopanie dało mu się we znaki. Można by pomyśleć, że stary Heilandt szukał złota, tak bowiem równomiernie wywijał łopatą, rzu­cał za siebie wykopaną ziemię, a i dym papierosa wydmuchiwał w regularnych odstępach. Obaj młodzi Rosjanie siedzieli nieco dalej na cmentarnym murze i gawędzili pod wiatr. Poza tym samoloty i słońce, które coraz bardziej dojrzewało.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-963707020584168669?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/963707020584168669/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=963707020584168669&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/963707020584168669'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/963707020584168669'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/pogoda-i-warkot-samolotw-nastroiy-mnie.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-251111325699713325</id><published>2008-08-24T15:03:00.001-07:00</published><updated>2008-08-24T15:03:10.044-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Stary Heilandt nie chciał ciągnąć wózka na cmentarz miejski. Powiedział, że ma jeszcze kamasze do podzelowania i musi szybko się uwinąć. Z placu Maksa Halbego, którego ruiny wciąż jeszcze dymiły, skręcił na lewo w Brzeźnieńską i domyśliłem się, że jedzie­my na Zaspę. Rosjanie siedzieli przed domami w nikłym lutowym słońcu, sortowali zegarki naręczne i kieszonkowe, czyścili piaskiem srebrne łyżki, używali biustonoszy jako nauszników, ćwiczyli jazdę figurową na rowerach, urządzali sobie tor przeszkód z obrazów olej­nych, zegarów stojących, wanien, aparatów radiowych i stojaków na ubrania, demonstrowali wśród tych rupieci ósemki, ślimaki, spirale, wymijali przytomnie różne przedmioty, jak wózki dziecięce i wiszą­ce lampy, które rzucano z okien, i za swoją zręczność byli nagradza­ni oklaskami. Gdziekolwiek przejeżdżaliśmy, zabawa na parę chwil ustawała. Kilku w damskiej bieliźnie wciągniętej na mundury pomo­gło nam pchać, chciało się też dobrać do Marii, ale pan Fajngold, który mówił po rosyjsku i miał legitymację, przywołał ich do porząd­ku. Jakiś żołnierz w damskim kapeluszu podarował nam klatkę z żywą papużką na drążku, Kurtuś podskakujący obok wózka chciał od razu powyrywać jej kolorowe piórka. Maria, która nie śmiała odmówić przyjęcia prezentu, podała mi klatkę na wózek, gdzie Kurtuś nie mógł już sięgnąć. Dla Oskara papużka była zbyt kolorowa, postawił więc klatkę z ptakiem na powiększoną skrzynkę margaryny z Matzerathem w środku. Siedziałem z tyłu, zwiesiłem nogi i przyglądałem się twarzy pana Fajngolda - pomarszczona, zamyślona i markotna, spra­wiała wrażenie, jakby ów pan sprawdzał w myślach jakiś skompliko­wany rachunek, który nie chciał się zgodzić.&lt;br /&gt;Postukałem trochę w moją blachę, wybrałem coś wesołego, chcia­łem rozproszyć ponure myśli pana Fajngolda. Ale on marszczył się nadal i przebywał wzrokiem nie wiadomo gdzie, może w dalekiej Galicji; tylko mojego bębenka nie widział. Wtedy Oskar zrezygno­wał, dopuszczając do głosu koła ręcznego wózka i płacz Marii.&lt;br /&gt;Jaka łagodna zima, pomyślałem, gdy zostawiliśmy za sobą ostat­nie domy Wrzeszcza, przyglądałem się też chwilę papużce, która na widok owego popołudniowego słońca stojącego nad lotniskiem na­stroszyła pióra.&lt;br /&gt;Lotnisko było obstawione wojskiem, a szosa do Brzeźna zamknię­ta. Jakiś oficer gadał z panem Fajngoldem, który w trakcie rozmowy trzymał cylinder w rozcapierzonych palcach i ukazywał rzadkie roz­wiane włosy. Opukując krótko, jakby dla sprawdzenia, skrzynię z Matzerathem, drażniąc palcem papużkę, oficer kazał nas przepu­ścić, dał nam jednak dwóch najwyżej szesnastoletnich chłopaków w za małych furażerkach i z za dużymi pistoletami maszynowymi jako straż czy eskortę.&lt;br /&gt;Stary Heilandt ciągnął, ani razu nie oglądając się za siebie. Umiał też w ruchu, nie zatrzymując wózka, jedną ręką zapalić papierosa. W powietrzu wisiały samoloty. Motory słyszało się wyraźnie, bo to był koniec lutego, początek marca. Tylko wokół słońca zebrało się parę chmurek, które coraz bardziej blakły. Bombowce leciały na Hel albo wracały z Helu, bo tam walczyły jeszcze resztki drugiej armii.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-251111325699713325?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/251111325699713325/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=251111325699713325&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/251111325699713325'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/251111325699713325'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/stary-heilandt-nie-chcia-cign-wzka-na.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-935574026164630664</id><published>2008-08-24T15:02:00.009-07:00</published><updated>2008-08-24T15:02:59.255-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Dziwnym sposobem tym razem po Rosjanach nie przyszli Prusa­cy, Szwedzi, Sasowie czy Francuzi; przyszli Polacy.&lt;br /&gt;Z całym dobytkiem przyszli Polacy z Wilna, Białegostoku i Lwo­wa i szukali sobie mieszkań. Do nas przyszedł pan, który nazywał się Fajngold, był samotny, ale stale zachowywał się tak, jakby otaczała go liczna rodzina, której musiał wydawać polecenia. Pan Fajngold od razu objął sklep kolonialny, pokazywał swojej żonie Lubię, która jednak w dalszym ciągu pozostawała niewidzialna i nie udzielała odpowiedzi, wagę dziesiętną, bak na naftę, mosiężny drąg na kiełba­sy, pustą kasę i, wielce ucieszony, zapasy w piwnicy. Maria, którą przyjął natychmiast na ekspedientkę i potokiem słów przedstawił swojej nierealnej żonie, pokazała panu Fajngoldowi naszego Matzeratha, który już od trzech dni leżał pod plandeką w piwnicy, bo ze względu na wielu Rosjan, którzy wszędzie na ulicach wypróbowywali rowery, maszyny do szycia i kobiety, nie mogliśmy go pocho­wać.&lt;br /&gt;Gdy pan Fajngold zobaczył zwłoki, które przekręciliśmy na ple­cy, załamał ręce w taki sam ekspresyjny sposób, jaki Oskar zaobser­wował przed laty u swojego zabawkarza Sigismunda Markusa. Całą swoją rodzinę, nie tylko panią Lube, zawołał do piwnicy i z pewno­ścią zobaczył, że przyszli wszyscy, bo nazywał ich po imieniu, mó­wił: Luba, Lew, Jakub, Berek, Leon, Mendel i Sonia, wyjaśnił we­zwanym, kto tu leży, a następnie wyjaśnił nam, że wszyscy, których dopiero co zawołał, też tak leżeli, zanim poszli do pieców w Treblince, nie tylko oni, bo jeszcze jego szwagierka i szwagier szwagierki, który miał pięcioro dzieciaków, i wszyscy leżeli, tylko on, pan Fajn­gold, nie leżał, bo musiał rozsypywać chlor.&lt;br /&gt;Potem pomógł nam wnieść Matzeratha po schodkach do sklepu, znów miał wokół siebie całą rodzinę, prosił swoją żonę Lube, żeby pomogła Marii umyć zwłoki. Ona jednak nie pomogła, na co pan Fajngold już nie zwrócił uwagi, bo przenosił zapasy z piwnicy do sklepu. Także Greffowa, która przecież umyła matkę Truczinską, tym razem nie przyszła pomóc, bo w mieszkaniu miała pełno Rosjan; sły­chać było, jak śpiewała.&lt;br /&gt;Stary Heilandt, który już w pierwszych dniach po zajęciu Gdań­ska miał pełno roboty żelując rosyjskie buty zdarte w zwycięskim marszu, nie chciał z początku zgodzić się na trumniarza. Lecz gdy pan Fajngold ubił z nim interes i za motorek elektryczny z szopy starego ofiarował papierosy Derby z naszych zapasów, Heilandt odło­żył kamasze, wziął inne narzędzia i ostatnie deski ze skrzynek.&lt;br /&gt;Mieszkaliśmy wtedy, zanim wyrzucono nas również stamtąd i pan Fajngold odstąpił nam piwnicę, w mieszkaniu matki Truczinskiej, doszczętnie ogołoconym przez sąsiadów i przyjezdnych. Stary Hei­landt zdjął z zawiasów drzwi z kuchni do bawialni, bo drzwi z bawialni do sypialni poszły na trumnę matki Truczinskiej. Na dole, w podwórzu, palił Derby i zbijał pudło. My zostaliśmy na górze, ja wziąłem sobie jedyne krzesło, jakie uchowało się w mieszkaniu, otwo­rzyłem na rościerz wybite okna i złościłem się na starego, który kle­cił trumnę byle jak, nie nadając jej przepisowego zwężenia.&lt;br /&gt;Oskar nie zobaczył już Matzeratha, bo gdy pudło załadowano na płaski wózek wdowy Greff, wieko ze skrzynki po margarynie Vitello było już przybite, chociaż Matzerath za życia nie tylko nie jadał mar­garyny, ale brzydził się nawet używać jej do potraw.&lt;br /&gt;Maria prosiła pana Fajngolda, by jej towarzyszył, bo bała się ro­syjskich żołnierzy na ulicach. Fajngold, który siedział z podwinięty­mi nogami na kontuarze i wyjadał łyżeczką sztuczny miód z tekturo­wego kubka, miał najpierw skrupuły, obawiał się podejrzliwości swojej żony Luby, potem dostał chyba od małżonki pozwolenie, żeby pójść, bo zsunął się z kontuaru, dał mi sztuczny miód, ja oddałem go Kurtusiowi, który zaraz wszystko spałaszował, a tymczasem pan Fajngold z pomocą Marii włożył długie czarne palto z szarym króli­czym kołnierzem. Zanim zamknął sklep i poprosił żonę, żeby niko­mu nie otwierała, przymierzył za mały na niego cylinder, w którym dawniej Matzerath chodził na różne pogrzeby i wesela.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-935574026164630664?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/935574026164630664/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=935574026164630664&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/935574026164630664'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/935574026164630664'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/dziwnym-sposobem-tym-razem-po-rosjanach.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-1340052030954170337</id><published>2008-08-24T15:02:00.007-07:00</published><updated>2008-08-24T15:02:49.071-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Pokój Oliwski. Jak to ładnie i pokojowo brzmi. Wielkie mocar­stwa spostrzegły wtedy po raz pierwszy, że kraj Polaków cudownie nadaje się do podziału. Szwedzi, Szwedzi, jeszcze raz Szwedzi - szwedzki półmisek, szwedzkie pijaństwo, szwedzka gimnastyka. Potem przyszli Rosjanie i Sasi, bo w mieście schronił się nieszczęsny król polski Stanisław Leszczyński. Z powodu jednego jedynego kró­la zniszczono tysiąc osiemset domów, a gdy nieszczęsny Leszczyń­ski uciekł do Francji, bo tam mieszkał jego zięć Ludwik, obywatele miasta musieli wybulić milion.&lt;br /&gt;Potem Polska została trzykrotnie podzielona. Prusacy przyszli nie wołani i na wszystkich bramach miejskich polskiego orła królew­skiego zamalowali swoim ptakiem. Ledwie bakałarz Falk zdążył na­pisać kolędę O, radosna..., przyszli Francuzi. Generał napoleoński nazywał się Raap i po uciążliwym oblężeniu wydusił z gdańszczan dwadzieścia milionów franków. Że czasy francuskie były straszne, tego nie należy podawać w wątpliwość. Ale trwały tylko siedem lat. Potem przyszli Rosjanie i Prusacy i bombardowaniem artyleryjskim podpalili Wyspę Spichrzów. Skończyło się wolne miasto, które wy­myślił sobie Napoleon. Prusacy ponownie znaleźli okazję, żeby wszystkie bramy miejskie zapaćkać swoim ptakiem, zajęli się też tym gorliwie i na sposób pruski ulokowali w mieście 4 pułk grenadierów, 1 brygadę artylerii, 1 batalion saperów i 1 pułk huzarów przybocz­nych. Tylko przejściowo stały w Gdańsku 30 pułk piechoty, 18 pułk piechoty, 3 pułk gwardii pieszej, 44 pułk piechoty i 33 pułk fizylierów. Natomiast ów słynny 128 pułk piechoty odszedł dopiero w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym. Żeby niczego nie pominąć, trzeba jeszcze dodać, że w czasach pruskich 1 brygada artylerii została roz­budowana i przekształcona w 1 dywizjon forteczny i 2 dywizjon po­lowy 1 wschodniopruskiego pułku artylerii. Do tego dochodził jesz­cze pomorski pułk artylerii ciężkiej, który później został zastąpiony 16 zachodniopruskim pułkiem artylerii ciężkiej. Miejsce 1 pułku huzarów przybocznych zajął 2 pułk huzarów przybocznych. Nato­miast 8 pułk ułanów tylko przez krótki czas przebywał w murach miasta. Za to poza murami, na przedmieściu Wrzeszcz, skoszarowa­no 17 zachodniopruski batalion taborów.&lt;br /&gt;Za czasów Burckhardta, Rauschninga i Greisera w Wolnym Mie­ście była tylko zielona policja. Zmieniło się to za Forstera w dziewięćset trzydziestym dziewiątym. Wtedy wszystkie koszary z wypa­lanej cegły znów zapełniły się roześmianymi mężczyznami w mun­durach, którzy żonglowali wszystkimi rodzajami broni. Teraz można by wyliczać, jak nazywały się te wszystkie jednostki, które od dzie­więćset trzydziestego dziewiątego do dziewięćset czterdziestego pią­tego stacjonowały w Gdańsku i okolicach albo zostały w Gdańsku zaokrętowane i wysłane na front białomorski. Oskar jednak da temu spokój i powie po prostu: potem, jak się dowiedzieliśmy, przyszedł marszałek Rokossowski. Ten na widok nietkniętego miasta przypo­mniał sobie o swoich wielkich międzynarodowych poprzednikach i z miejsca podpalił wszystko bombardowaniem artyleryjskim, żeby ci, co przyszli po nim, mogli wyszaleć się w odbudowie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-1340052030954170337?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/1340052030954170337/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=1340052030954170337&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1340052030954170337'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1340052030954170337'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/pokj-oliwski.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-4728074729413607935</id><published>2008-08-24T15:02:00.005-07:00</published><updated>2008-08-24T15:02:33.734-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Powinienem czy nie powinienem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najpierw przyszli Rugiowie, potem Goci i Gepidowie, następnie Kaszubi, od których w prostej linii pochodzi Oskar, wkrótce później Polacy wysłali Wojciecha z Pragi. Ten przyszedł z krzyżem i padł od topora Kaszubów albo Prusów. Stało się to w wiosce rybackiej, a wioska nazywała się Gyddanyzc. Z Gyddanyzc zrobiono Danczik, z Dancziku powstał Dantzig, który później zamienił się w Danzig; a dzisiaj Danzig nazywa się Gdańsk.&lt;br /&gt;Zanim jednak przyjęła się ta pisownia, po Kaszubach przyszli do Gyddanyzc książęta Pomorzan. Nosili takie imiona jak Subisław, Sambor, Mestwin i Swiętopełk. Z wioski powstało miasteczko. Po­tem przyszli dzicy Prusowie i zniszczyli trochę miasta. Potem przy­szli z daleka Brandenburczycy i również zniszczyli trochę miasta. Także Bolesław z Polski chciał trochę zniszczyć, a i zakon krzyżacki dbał o to, żeby szkody dopiero co naprawione ukazały się znów pod krzyżackimi mieczami.&lt;br /&gt;Zabawiając się w niszczenie i budowanie zmieniali się teraz ko­lejno przez kilkaset lat książęta Pomorzan, wielcy mistrzowie krzy­żaccy, królowie i antykrólowie Polski, margrabiowie brandenburscy i biskupi Włocławka. Budowniczowie i burzyciele nazywali się: Otto i Waldemar, Bogusza, Heinrich von Plotzke - i Dietrich von Alten­berg, który wzniósł zamek zakonny tam, gdzie w dwudziestym wie­ku przy placu Heweliusza broniono Poczty Polskiej.&lt;br /&gt;Przyszli husyci, tu i ówdzie podłożyli ogieniek i odeszli. Potem wyrzucono Krzyżaków z miasta, zburzono zamek, bo nie chciano w mieście mieć żadnego zamku. Stało się polskie i nieźle na tym wychodziło. Król, który to osiągnął, nazywał się Kazimierz, otrzy­mał przydomek Wielki i był synem Władysława I. Potem przyszedł Ludwik, a po Ludwiku Jadwiga. Ta wyszła za mąż za Jagiełłę z Li­twy i zaczęły się czasy Jagiellonów. Po Władysławie II wstąpił na tron Władysław III, potem znów Kazimierz, który właściwie nie miał chęci, a mimo to przez trzynaście lat trwonił ciężkie pieniądze kup­ców gdańskich w wojnie z Zakonem. Jan Olbracht miał za to więcej do czynienia z Turkami. Po Aleksandrze panował Zygmunt Stary. Po rozdziale o Zygmuncie Auguście następuje w podręczniku historii rozdział o owym Stefanie Batorym, którego imieniem Polacy chętnie nazywają swoje transatlantyki. Ten przez dłuższy czas - jak można o tym przeczytać - oblegał i ostrzeliwał miasto, ale nie zdołał go zdobyć. Potem przyszli Szwedzi i zachowali się tak samo. Obleganie miasta sprawiło im taką przyjemność, że niebawem powtórzyli to kilka razy. Także Holendrom, Duńczykom i Anglikom Zatoka Gdań­ska tak się spodobała, że kilku cudzoziemskim kapitanom krążącym na gdańskiej redzie udało się zostać morskimi bohaterami.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-4728074729413607935?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/4728074729413607935/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=4728074729413607935&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4728074729413607935'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4728074729413607935'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/powinienem-czy-nie-powinienem-najpierw.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-1757746203501605810</id><published>2008-08-24T15:02:00.003-07:00</published><updated>2008-08-24T15:02:19.382-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Gdyby przedtem zamknął chociaż trzema palcami szpilkę partyj­nej odznaki. Teraz dławił się ostrym karmelkiem, poczerwieniał, oczy wyszły mu na wierzch, kaszlał, płakał, śmiał się i przez te wszystkie równoczesne wzruszenia nie mógł utrzymać rąk w górze. Tego jed­nak Ruscy nie mogli tolerować. Krzyczeli i chcieli, żeby znów poka­zał swoje dłonie. Ale Matzerath nastawił się wyłącznie na swoje dro­gi oddechowe. Nie mógł już nawet porządnie kaszleć, zaczął tańczyć i wymachiwać rękami, strącił z półki parę blaszanych puszek mie­szanki jarzynowej i sprawił, że mój Kałmuk, który dotąd przyglądał się spokojnie lekko skośnymi oczyma, odstawił mnie ostrożnie, sięg­nął za siebie, przyłożył coś do biodra i strzelił, strzelił całą serią, strzelił, zanim Matzerath zdążył się udusić.&lt;br /&gt;Czegóż to człowiek nie robi, gdy na scenę wkracza przeznacze­nie! Podczas gdy mój domniemany ojciec połknął partię i umarł, ja, bezwiednie czy mimowolnie, zgniotłem w palcach wesz, którą na krótko przedtem złapałem na Kałmuku. Matzerath upadł w poprzek mrówczego szlaku. Ruscy opuścili piwnicę przez sklep i zabrali po drodze parę paczek sztucznego miodu. Mój Kałmuk wyszedł ostatni, nie wziął jednak sztucznego miodu, bo musiał założyć nowy maga­zynek do swojej pepeszy. Wdowa Greff leżała wyczerpana między skrzynkami margaryny. Maria tuliła do siebie Kurtusia, jakby chcia­ła go udusić. Mnie chodziło po głowie zdanie, które wyczytałem u Goethego. Mrówki zastały zmienioną sytuację, nie wahały się jed­nak nadłożyć drogi, skierowały swój wojskowy szlak wokół skulo­nego Matzeratha, bo ów cukier sypiący się z rozprutego worka pod­czas zajmowania Gdańska przez armię marszałka Rokossowskiego nie stracił nic ze swojej słodyczy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-1757746203501605810?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/1757746203501605810/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=1757746203501605810&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1757746203501605810'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1757746203501605810'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/gdyby-przedtem-zamkn-chocia-trzema.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-8972975133947531219</id><published>2008-08-24T15:02:00.001-07:00</published><updated>2008-08-24T15:02:10.132-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Oskar zaś, który nie umiał przestawić się tak szybko, zajął się, szukając namiastki swoich mrówek, obserwacją płaskich szarobrązowych zwierząt, które spacerowały po kołnierzu mojego Kałmuka. Chętnie bym złapał i zbadał taką wesz, bo i w mojej lekturze, rza­dziej u Goethego, tym częściej u Rasputina, była mowa o wszach. Ponieważ jednak jedną ręką trudno mi było poradzić sobie z wszą, starałem się pozbyć partyjnej odznaki. I żeby wytłumaczyć moje po­stępowanie. Oskar mówi: Ponieważ Kałmuk miał już na piersi kilka odznaczeń, w zaciśniętej dłoni podałem ów karmelek, który kłuł mnie i przeszkadzał w złapaniu wszy, stojącemu obok Matzerathowi.&lt;br /&gt;Można teraz powiedzieć, że nie powinienem był tego robić. Moż­na też jednak powiedzieć: Matzerath nie powinien był brać.&lt;br /&gt;Ale wziął. Ja pozbyłem się karmelka, Matzerath drętwiał z prze­rażenia coraz bardziej i bardziej, gdy czuł w palcach znaczek swojej partii. Mając teraz wolne ręce nie chciałem patrzeć, co zrobi z kar­melkiem. Zbyt rozproszony, żeby zająć się wszami, Oskar zamierzał ponownie skupić się na mrówkach, dostrzegł jednak szybki ruch ręki Matzeratha, mówi teraz, ponieważ nie pamięta, co wówczas pomy­ślał: Byłoby rozsądniej zatrzymać kolorową okrągłą rzecz w zaciś­niętej dłoni.&lt;br /&gt;On jednak chciał się jej pozbyć i mimo swej fantazji, wypróbo­wanej często przy gotowaniu i dekorowaniu wystawy sklepu kolo­nialnego, nie znalazł innej kryjówki niż jama ustna.&lt;br /&gt;Jak ważny może być taki krótki ruch ręki! Z dłoni do ust, to wy­starczyło, żeby obu Ruskich, którzy siedzieli spokojnie po obu stronach Marii, przestraszyć i wypłoszyć z przeciwlotniczego łóżka. Z pistoletami maszynowymi stanęli przed brzuchem Matzeratha i każ­dy widział, że Matzerath próbuje coś połknąć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-8972975133947531219?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/8972975133947531219/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=8972975133947531219&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8972975133947531219'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8972975133947531219'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/oskar-za-ktry-nie-umia-przestawi-si-tak.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-3555789780058130039</id><published>2008-08-24T15:01:00.009-07:00</published><updated>2008-08-24T15:01:58.831-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Kiedy unieśli klapę w podłodze, szpilka odznaki wciąż jeszcze mnie kłuła. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko przykucnąć u drżących kolan Marii i obserwować mrówki na betonowej posadz­ce, których wojskowy szlak prowadził ukosem od ziemniaków do worka z cukrem. Bodaj sześciu całkiem normalnych, chyba lekko mieszanych Rosjan tłoczyło się na piwnicznych schodkach i sponad pepesz wytrzeszczało oczy. W ogólnym hałasie uspokajająco działał fakt, że mrówki nie przejęły się ani trochę wkroczeniem rosyjskiej armii. Myślały tylko o ziemniakach i o cukrze, podczas gdy tamci z pistoletami maszynowymi dążyli na razie do innych zdobyczy. Że dorośli trzymali ręce w górze, to wydawało mi się normalne. Znało się ten widok z kronik filmowych, podobnie też było po zakończeniu obrony Poczty Polskiej. Czemu jednak Kurtuś małpował dorosłych, tego nie umiałem sobie wytłumaczyć. Powinien był brać przykład ze mnie, swego ojca - a jeśli nie z ojca, to z mrówek. Ponieważ trzy z czworokątnych mundurów zapaliły się z miejsca do wdowy Greff, zaczęło się coś ruszać w zdrętwiałym towarzystwie, Greffowa, która po długim wdowieństwie i poprzedzającym je poście wcale nie spo­dziewała się tak licznego naporu, początkowo jeszcze krzyczała ze zdziwienia, potem jednak szybko oswoiła się z ową prawie przez nią zapomnianą sytuacją.&lt;br /&gt;Już u Rasputina czytałem, że Rosjanie lubią dzieci. W naszej piw­nicy miałem się o tym przekonać na własnej skórze. Maria drżała bez powodu i nie mogła pojąć, dlaczego ci czterej, którzy nie dobierali się do Greffowej, zostawili Kurtusia na jej kolanach, sami się tam nie pchali i nie stawali w kolejce, lecz gładzili Kurtusia, mówili do niego da-da-da, głaskali po policzkach i jego, i Marię.&lt;br /&gt;Mnie i mój bębenek wziął ktoś z betonu na ręce i w ten sposób przeszkodził mi w dalszej obserwacji mrówek, przeprowadzaniu po­równań i mierzeniu ich pilnością aktualnych wydarzeń. Blacha wi­siała mi na brzuchu i krępy, dziobaty żołnierz wystukał grubymi pal­cami, jak na dorosłego nawet dość zręcznie, parę taktów, pod które można by było zatańczyć. Oskar chętnie by się zrewanżował, poka­zał parę sztuczek na blasze, ale nie mógł, bo odznaka partyjna Matzeratha wciąż jeszcze kłuła go w lewą dłoń.&lt;br /&gt;W naszej piwnicy zrobiło się niemal spokojnie i familijnie. Greffowa leżała, cichnąc coraz bardziej, pod trzema na zmianę żołnierzami, a gdy jeden z nich miał dość, mój utalentowany bębnista przekazał Oskara spoconemu, z lekka skośnookiemu, powiedzmy: Kałmukowi. Kałmuk trzymał już mnie lewą ręką, a prawą zapinał spodnie i nie zgorszył się wcale, że jego poprzednik, mój bębnista, zrobił coś przeciwnego. Matzerath jednak nie mógł doczekać się odmiany. Na­dal stał przy półkach z blaszanymi puszkami mieszanki jarzynowej, ręce trzymał w górze, ukazywał wszystkie linie dłoni; ale nikt nie chciał czytać mu z ręki. Natomiast pojętność kobiet okazała się za­skakująca: Maria nauczyła się pierwszych słów po rosyjsku, kolana już jej nie drżały, śmiała się nawet i mogłaby zagrać na organkach, gdyby drumla znalazła się pod ręką.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-3555789780058130039?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/3555789780058130039/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=3555789780058130039&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3555789780058130039'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3555789780058130039'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/kiedy-unieli-klap-w-pododze-szpilka.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-4777383163922556730</id><published>2008-08-24T15:01:00.007-07:00</published><updated>2008-08-24T15:01:46.552-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Gdy granaty wybuchły w pobliżu, opuściliśmy strych. Później Matzerath chciał jeszcze raz iść na górę, ale Maria mu nie pozwoliła. Usłuchał, a kiedy długo i szeroko opisywał pożar wdowie Greff, która nie ruszała się z piwnicy, płakał. Zaszedł jeszcze raz do mieszkania, nastawił radio, ale radio milczało. Nie było słychać nawet trzaskania ognia w płonącej rozgłośni, nie mówiąc już o jakimś komunikacie nadzwyczaj nym.&lt;br /&gt;Speszony niemal jak dziecko, które nie wie, czy ma nadal wie­rzyć w świętego Mikołaja, stał Matzerath pośrodku piwnicy, szarpał szelki, po raz pierwszy wyraził zwątpienie w ostateczne zwycięstwo i za radą wdowy Greff wyjął odznakę partyjną z klapy marynarki, nie wiedział jednak, co z nią zrobić; piwnica miała bowiem betonową posadzkę, Greffowa nie chciała od niego wziąć odznaki, Maria uwa­żała, że powinien zagrzebać ją w ziemniaki, ale ziemniaki nie były dla Matzeratha wystarczająco bezpieczne, a na górę nie odważył się pójść, bo tamci lada chwila przyjdą, jeśli już nie przyszli, byli w dro­dze, bili się przecież już pod Brętowem i Oliwą kiedy on był jeszcze na strychu, i ubolewał raz po raz, że nie zostawił tego karmelka na górze w piasku przeciwlotniczym, bo jeśli znajdą go tutaj z karmel­kiem w garści... Upuścił go na beton, chciał rozdeptać i zabawić się w dzikusa, ale obaj z Kurtusiem rzuciliśmy się tam jednocześnie, ja pierwszy chwyciłem, nadal go trzymałem, kiedy malec uderzył, jak uderzał zawsze, ilekroć chciał coś mieć, ale ja nie dałem synowi od­znaki partyjnej, nie chciałem go narażać; bo z Rosjanami nie ma żar­tów. Oskar wiedział o tym już z lektury Rasputina, i gdy Kurtuś bił mnie, a Maria próbowała nas rozdzielić, zastanawiałem się, czy to Białorusini, czy Rosjanie, Kozacy czy Gruzini, Kałmucy czy Tatarzy krymscy, Rusini czy Ukraińcy, czy może Kirgizi znaleźliby u Kurtusia odznakę partyjną Matzeratha, gdyby Oskar ugiął się pod ciosami swego syna.&lt;br /&gt;Gdy Maria rozdzieliła nas z pomocą wdowy Greff, trzymałem karmelek zwycięsko w lewej pięści. Matzerath był rad, że pozbył się odznaki. Maria musiała uspokajać rozbeczanego Kurtusia. Otwarta szpilka ukłuła mnie w dłoń. Tak jak i dawniej - nie gustowałem w tej rzeczy. Ale gdy chciałem z powrotem przylepić Matzerathowi jego karmelek do marynarki, tym razem z tyłu — cóż mnie w końcu obcho­dzi jego partia - tamci byli już w sklepie nad nami i najprawdopo­dobniej, sądząc po kobiecych piskach, również w sąsiednich piwni­cach.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-4777383163922556730?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/4777383163922556730/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=4777383163922556730&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4777383163922556730'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4777383163922556730'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/gdy-granaty-wybuchy-w-pobliu-opucilimy.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-4588741045937257732</id><published>2008-08-24T15:01:00.005-07:00</published><updated>2008-08-24T15:01:35.563-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Ziemia była zmarznięta. Podczas gdy Matzerath i stary Heilandt na zmianę pracowali kilofem, a Maria usiłowała wykopać bluszcz koło kamiennych ławek, Oskar oddalił się i niebawem znalazł się wśród drzew Alei Hindenburga. Jaki tam był ruch! Czołgi wycofane z Wyżyny Gdańskiej i Żuław holowały się wzajemnie. Na drzewach - jeśli dobrze pamiętam, były to lipy - wisieli volksszturmisci i żoł­nierze. Tekturowe tabliczki przy ich mundurach były dość czytelne i oznajmiały, że na drzewach albo lipach wiszą zdrajcy. Zajrzałem kilku powieszonym w wytężone twarze, dokonywałem ogólnych i szczególnych porównań z wisielcem Greffem. Widziałem też garść dyndających młodych chłopaków w zbyt obszernych mundurach, parę razy wydawało mi się, że poznaję Störtebekera — ale wszystkie dyn­dające chłopaki wyglądają jednakowo - i mimo to powiedziałem so­bie: teraz powiesili Störtebekera, czy Luzie Rennwand też zadynda­ła?&lt;br /&gt;Ta myśl uskrzydliła Oskara. Przepatrywałem drzewa z lewej i z pra­wej w poszukiwaniu chudej wiszącej dziewczyny, odważyłem się przejść między czołgami na drugą stronę Alei, lecz i tam znalazłem tylko piechurów, starych volksszturmistow i chłopców podobnych do Störtebekera. Rozczarowany poczłapałem Aleją w górę aż do na pół zniszczonej kawiarni „Cztery Pory Roku”, zawróciłem z dużymi oporami i jeszcze stojąc nad grobem matki Truczinskiej i wraz z Marią rzucając na pagórek bluszcz i liście, miałem przed oczyma wyraźny i dokładny obraz wiszącej Luzie.&lt;br /&gt;Nie odprowadziliśmy już płaskiego wózka wdowy Greff do skle­pu warzywnego. Matzerath i stary Heilandt rozebrali go, ustawili poszczególne części przed kontuarem, a kupiec kolonialny powie­dział do starego człowieka, któremu wetknął trzy paczki papierosów Derby: - Wózek może nam jeszcze być potrzebny. Tu jest jako tako bezpieczny.&lt;br /&gt;Stary Heilandt nic nie odpowiedział, tylko wziął sobie kilka pu­dełek makaronu i dwie torebki cukru z niemal pustych półek. Potem w filcowych pantoflach, które miał na sobie podczas pogrzebu przez całą drogę tam i z powrotem, poczłapał ze sklepu zostawiając Matzerathowi przeniesienie żałosnych resztek towaru z półek do piwnicy.&lt;br /&gt;Nie wychodziliśmy teraz prawie wcale z podziemi. Mówiono, że Rosjanie są już w Suchaninie, Pieckach i pod Siedlcami. W każdym razie siedzieli na wzgórzach, bo strzelali wprost na miasto. Główne Miasto, Stare Miasto, Korzenne Miasto, Stare Przedmieście, Młode Miasto, Nowe Miasto i Dolne Miasto, budowane łącznie ponad sie­demset lat, spłonęły w trzy dni. Nie był to pierwszy pożar Gdańska. Pomorzanie, Brandenburczycy, Krzyżacy, Polacy, Szwedzi i znów Szwedzi, Francuzi, Prusacy i Rosjanie, także Sasi już przedtem, two­rząc historię, co parę dziesiątków lat uznawali, że trzeba to miasto spalić - a teraz Rosjanie, Polacy, Niemcy i Anglicy wspólnie wypa­lali po raz setny cegły gotyckich budowli, nie uzyskując jednak w ten sposób sucharów. Płonęła Straganiarska, Długa, Szeroka, Tkacka i Wełniarska, płonęła Ogarną, Tobiasza, Podwale Staromiejskie, Pod­wale Przedmiejskie, płonęły Wały i Długie Pobrzeże. Żuraw był z drzewa i płonął szczególnie pięknie. Na ulicy Spodniarzy ogień kazał sobie wziąć miarę na wiele par uderzająco jaskrawych spodni. Kościół Najświętszej Marii Panny płonął od środka i przez ostrołukowe okna ukazywał uroczyste oświetlenie. Pozostałe, nie ewaku­owane jeszcze dzwony Świętej Katarzyny, Świętego Jana, Świętej Brygidy, Barbary, Elżbiety, Piotra i Pawła, Świętej Trójcy i Bożego Ciała stapiały się w dzwonnicach i skapywały bez szmeru. W Wiel­kim Młynie mielono czerwoną pszenicę. Na Rzeźnickiej pachniało przypaloną niedzielną pieczenia. W Teatrze Miejskim dawano pra­premierę Snów Podpalacza, dwuznacznej jednoaktówki. Na Ratu­szu Głównego Miasta postanowiono podwyższyć po pożarze, z waż­nością wstecz, pensje strażaków. Ulica Świętego Ducha płonęła w imię Świętego Ducha. Radośnie płonął klasztor franciszkanów w imię Świętego Franciszka, który przecież kochał i opiewał ogień. Ulica Mariacka płonęła równocześnie w imię Ojca i Syna. Że spłonął Targ Drzewny, Targ Węglowy, Targ Sienny, to samo przez się zrozu­miałe. Na Chlebnickiej chlebki już nie wyszły z pieca. Na Stągiewnej kipiało w stągwiach. Tylko budynek Zachodniopruskiego Towa­rzystwa Ubezpieczeń od Ognia z czysto symbolicznych względów nie chciał spłonąć.&lt;br /&gt;Oskar nigdy sobie wiele nie robił z pożarów. Toteż zostałbym w piwnicy, kiedy Matzerath popędził po schodach na górę, żeby ze strychu popatrzeć na płonący Gdańsk, gdybym lekkomyślnie na tym właśnie strychu nie przechowywał swojego skromnego, łatwopalne­go dobytku. Należało ratować mój ostatni bębenek z zapasów teatru frontowego, mojego Goethego i Rasputina. Pomiędzy kartkami książki przechowywałem też cieniusieńki, pastelowo pomalowany wachlarz, którym moja Roswita Raguna umiała za życia poruszać z takim wdzię­kiem. Maria została w piwnicy. Kurtuś natomiast chciał ze mną i z Matzerathem iść na górę i zobaczyć ogień. Z jednej strony gnie­wała mnie nie kontrolowana zapalczywość mojego syna, z drugiej zaś Oskar powiedział sobie: Chłopak wdał się w swojego pradziadka a mojego dziadka, podpalacza Koljaiczka. Maria zatrzymała Kurtusia na dole, mnie pozwolono pójść z Matzerathem na górę, wziąłem swoje manatki, rzuciłem okiem z okna strychu i zdumiałem się try­skającą siłą żywotną, na jaką zdobyło się szacowne miasto.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-4588741045937257732?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/4588741045937257732/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=4588741045937257732&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4588741045937257732'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4588741045937257732'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/ziemia-bya-zmarznita.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-407122392697266926</id><published>2008-08-24T15:01:00.003-07:00</published><updated>2008-08-24T15:01:22.965-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Ponieważ jednak w czasie bombardowania mysz zastygła skur­czona na krześle i nie chciała leżeć w trumnie inaczej niż z podciąg­niętymi w górę kolanami, stary Heilandt, gdy Maria z Kurtusiem na ręku wyszła na parę minut z pokoju, musiał złamać jej obie nogi, żeby można było trumnę zabić gwoździami.&lt;br /&gt;Mieliśmy niestety tylko żółtą farbę i ani na lekarstwo czarnej. Matkę Truczinską wyniesiono więc z mieszkania i po schodach na podwórze w nie pomalowanym, ale zwężonym u stóp pudle. Oskar szedł z tyłu ze swoim bębenkiem i spoglądał na wieko trumny czyta­jąc: margaryna Vitello - margaryna Vitello - margaryna Vitello. Ten napis powtarzał się tam trzykrotnie w regularnych odstępach i po­twierdzał pośmiertnie gust matki Truczinskiej. Za życia wolała ona dobrą margarynę Vitello z czystych tłuszczów roślinnych od najlep­szego masła; bo margaryna jest zdrowa, odświeżająca, pożywna, bo margaryna rozwesela.&lt;br /&gt;Stary Heilandt ciągnął trumnę na płaskim wózku ze sklepu wa­rzywnego Greffów ulicami Luizy, Marii, Antona Möllera - płonęły tam dwa domy - w stronę kliniki położniczej. Kurtuś został z wdową Greff w naszej piwnicy, Maria i Matzerath pchali, Oskar siedział na wózku, chętnie wdrapałby się na trumnę, ale mu nie pozwolono. Uli­ce były zapchane uciekinierami z Prus Wschodnich i Żuław. Przez tunel pod torami kolejowymi koło hali sportowej nie dało się przejść. Matzerath zaproponował, żeby wykopać dół w ogrodzie szkolnym&lt;br /&gt;Conradinum. Maria była przeciwna. Stary Heilandt, który był z mat­ką Truczinską w jednym wieku, machnął ręką z dezaprobatą. Ja też byłem przeciwko ogrodowi szkolnemu. Z cmentarza miejskiego musieliśmy oczywiście zrezygnować, bo od hali sportowej poczyna­jąc Aleja Hindenburga była otwarta tylko dla pojazdów wojskowych. Nie mogliśmy więc pochować myszy obok jej syna Herberta, ale wybraliśmy jej miejsce w parku Steffensa, który leżał naprzeciwko cmentarza miejskiego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-407122392697266926?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/407122392697266926/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=407122392697266926&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/407122392697266926'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/407122392697266926'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/poniewa-jednak-w-czasie-bombardowania.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-8428574019135373689</id><published>2008-08-24T15:01:00.001-07:00</published><updated>2008-08-24T15:01:09.515-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Zaletą naszej piwnicy było drugie wejście, które jak również wszy­scy wiemy, składało się z klapy w podłodze sklepu za kontuarem. Dzięki temu nikt nie mógł zobaczyć, co Matzerath do piwnicy zano­sił, co z piwnicy wynosił. Bo też nikt nie patrzyłby życzliwym okiem na zapasy, jakie Matzerath potrafił zgromadzić przez lata wojny. Su­che i ciepłe pomieszczenie wypełnione było różnymi artykułami spo­żywczymi: fasolą i grochem, makaronem, cukrem, miodem sztucz­nym, mąką pszenną i margaryną. Skrzynki sucharów z razowego chleba spoczywały na skrzynkach Palminu. Konserwy z mieszanką jarzynową piętrzyły się obok puszek mirabeli, zielonego groszku i śliwek na półkach, które zapobiegliwy Matzerath sam wykonał i kołkami przymocował do ścian. Kilka belek, mniej więcej w poło­wie wojny zaklinowanych na polecenie Greffa między sklepienie a betonową posadzkę, miało składowi żywności zapewnić bezpie­czeństwo przepisowego schronu. Kilkakrotnie Matzerath chciał usu­nąć belki, ponieważ Gdańsk prócz nalotów nękających nie przeżył większego bombardowania. Teraz jednak, gdy nie upominał już ko­mendant schronu Greff, Maria prosiła go o pozostawienie wspierają­cych belek. Domagała się bezpieczeństwa dla Kurtusia, a niekiedy i dla mnie.&lt;br /&gt;Podczas pierwszych nalotów w końcu stycznia stary Heilandt i Matzerath znosili jeszcze wspólnymi siłami krzesło z matką Truczinską do naszej piwnicy. Potem, może na jej życzenie, a może dla zaoszczędzenia sobie trudu, zostawiono ją w mieszkaniu, przy oknie. Po wielkim nalocie na śródmieście Maria i Matzerath znaleźli staruszkę ze zwisającą dolną szczęką i tak wywróconymi białkami, jak gdyby do oka wpadła jej mała lepka mucha.&lt;br /&gt;Zdjęto więc z zawiasów drzwi do sypialni. Stary Heilandt przy­niósł ze swojej szopy narzędzia i parę cienkich desek. Paląc papiero­sy Derby, które dostał od Matzeratha, wziął miarę. Oskar pomagał mu w pracy. Inni schowali się w piwnicy, bo znowu zaczął się ostrzał artylerii ze wzgórz.&lt;br /&gt;Heilandt chciał uwinąć się szybko i zbić prostą, nie zwężoną skrzy­nię. Oskar natomiast opowiadał się za trumną w tradycyjnej formie, nie ustępował, tak stanowczo podsuwał mu deski pod piłę, że stary zdecydował się ostatecznie na owo zwężenie u stóp, którego ma pra­wo domagać się każde ludzkie ciało.&lt;br /&gt;W rezultacie trumna wyglądała pierwszorzędnie. Greffowa umy­ła matkę Truczinską, wyjęła z szafy świeżo wypraną nocną koszulę, obcięła jej paznokcie, ułożyła jej kok, z trzech drutów zrobiła mu konieczną podporę, krótko mówiąc, zadbała o to, żeby matka Truczinska również po śmierci przypominała szarą mysz, która za życia lubiła popijać kawę słodową i zajadać placki ziemniaczane.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-8428574019135373689?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/8428574019135373689/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=8428574019135373689&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8428574019135373689'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8428574019135373689'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/zalet-naszej-piwnicy-byo-drugie-wejcie.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-3785407345814633954</id><published>2008-08-24T15:00:00.009-07:00</published><updated>2008-08-24T15:00:59.667-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Matzerath zastanawiał się przez dziesięć dni, czy ma podpisać dokument i wysłać do Ministerstwa Zdrowia. Gdy jedenastego dnia&lt;br /&gt;podpisał i wysłał, miasto znajdowało się już pod ostrzałem artylerii i było rzeczą wątpliwą, czy poczta będzie jeszcze miała okazję prze­kazać list dalej. Szpice pancerne armii marszałka Rokossowskiego dotarły do Elbląga. Druga armia, armia Weissa, zajęła stanowiska na wzgórzach wokół Gdańska. Zaczęło się życie w piwnicy.&lt;br /&gt;Jak wszyscy wiemy, nasza piwnica znajdowała się pod sklepem. Można było do niej dostać się przez wejście piwniczne w sieni, na­przeciwko ustępu, po osiemnastu schodkach w dół, mijając piwnice Heilandta i Katerowej, nie dochodząc do piwnicy Schlagerów. Stary Heilandt pozostał w kamienicy, natomiast pani Kater, a także zegar­mistrz Laubschad, Eykowie i Schlagerowie uciekli z paru tobołkami. Mówiono później o nich, również o Gretchen i Aleksandrze Schefflerach, że w ostatnim momencie dostali się na pokład dawnego stat­ku wycieczkowego i odpłynęli do Szczecina czy Lubeki, a może wpadli na minę i wylecieli w powietrze; w każdym razie z górą poło­wa mieszkań i piwnic była pusta.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-3785407345814633954?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/3785407345814633954/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=3785407345814633954&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3785407345814633954'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3785407345814633954'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/matzerath-zastanawia-si-przez-dziesi.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-5716973282005007683</id><published>2008-08-24T15:00:00.007-07:00</published><updated>2008-08-24T15:00:51.184-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Nie skoczyłem i nigdy nie będę skakał z wieży. Nie był to ostatni proces Oskara. Kilka razy, i to jeszcze całkiem niedawno, próbowa­no skusić mnie do skoku. Podobnie jak na procesie Wyciskaczy, tak i na procesie o palec serdeczny - który nazwę lepiej trzecim proce­sem Jezusa - nie brakowało widzów na brzegu wyłożonego lazuro­wymi płytami basenu bez wody. Siedzieli na ławkach dla świadków, dzięki mojemu procesowi chcieli żyć dalej.&lt;br /&gt;Ja jednak zrobiłem w tył zwrot, zdusiłem opierzone jaskółki pod moimi pachami, zdeptałem jeże urządzające sobie gody pod moimi podeszwami, zamorzyłem głodem szare kociaki pod moimi kolana­mi - i nieugięcie, gardząc wzniosłymi uczuciami, jakich dostarcza skok, podszedłem do poręczy, znalazłem się na drabinie, zszedłem na dół, a każdy szczebel utwierdzał mnie w przekonaniu, że można nie tylko wspiąć się na wieżę, ale i opuścić ją bez skoku.&lt;br /&gt;Na dole oczekiwali mnie Maria i Matzerath. Proboszcz Wiehnke pobłogosławił mnie nie proszony. Gretchen Scheffler przyniosła mi płasz­czyk zimowy, ponadto ciastka. Kurtuś podrósł i nie chciał mnie uznać ani za ojca, ani za przyrodniego brata. Babka Koljaiczkowa trzymała pod rękę swojego brata Wincentego. Ten znał świat i gadał bez związku.&lt;br /&gt;Gdy opuszczaliśmy gmach sądu, podszedł do Matzeratha urzęd­nik po cywilnemu, wręczył mu jakieś pismo i powiedział: — Napraw­dę powinien pan to jeszcze raz rozważyć, panie Matzerath. Dziecko nie może włóczyć się po ulicach. Sam pan widzi, co za elementy wykorzystują takie bezbronne stworzenie.&lt;br /&gt;Maria płakała i zawiesiła mi na szyi bębenek, który w czasie pro­cesu znajdował się w rękach proboszcza Wiehnke. Ruszyliśmy na przystanek tramwajowy przy Dworcu Głównym. Ostatni kawałek drogi Matzerath niósł mnie na rękach. Ponad jego ramieniem ogląda­łem się w tył, szukałem w tłumie trójkątnej twarzy, byłem ciekaw, czy i ona musiała wspiąć się na wieżę, czy skoczyła za Störtebekerem i Moorkähnem, czy też jak ja skorzystała z drugiej możliwości, z możliwości zejścia w dół po drabinie.&lt;br /&gt;Do dzisiejszego dnia nie zdołałem odzwyczaić się od rozglądania się na ulicach i placach za chudym, ani ładnym, ani brzydkim, jed­nakże niewzruszenie mordującym mężczyzn podlotkiem. Nawet w łóżku mojego zakładu dla nerwowo chorych ogarnia mnie strach, ilekroć Bruno zapowiada mi nieznanego gościa. Mój strach mówi wtedy: teraz przyjdzie Luzie Renn wand i jako postrach dzieci, Czar­na Kucharka, ostatni raz wezwie cię do skoku.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-5716973282005007683?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/5716973282005007683/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=5716973282005007683&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/5716973282005007683'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/5716973282005007683'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/nie-skoczyem-i-nigdy-nie-bd-skaka-z.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2401891308154368336</id><published>2008-08-24T15:00:00.005-07:00</published><updated>2008-08-24T15:00:40.761-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Wbrew historii najpierw skoczyli Belizariusz i Narses, potem Totila i Teja.&lt;br /&gt;Skoczył Sinobrody, skoczył Lwie Serce, skoczyli szeregowi ban­dy Wyciskaczy: Kulfon, Buszmen, Oliwa, Gwizdek, Pyskacz, Jatagan i Bednarz.&lt;br /&gt;Gdy skoczył Stuchel, niesamowicie zezowaty uczniak z szóstej gimnazjalnej, który właściwie tylko w połowie, i to przypadkiem, należał do bandy Wyciskaczy, na trampolinie pozostał jedynie Jezus; sędziowie chórem wzywali go do skoku jako Oskara Matzeratha, ale Jezus nie usłuchał tego wezwania. A gdy z ławki dla świadków pod­niosła się surowa Luzie z cienkim mozartowskim warkoczem między łopatkami, rozłożyła ręce w rękawach wełnianego blezera i nie poruszając zaciśniętymi ustami szepnęła: - Skacz, słodki Jezusie, skacz! - wtedy pojąłem kuszącą naturę dziesięciometrowej trampo­liny, wtedy małe szare kociaki baraszkowały mi pod kolanami, wte­dy jeże parzyły mi się pod podeszwami, wtedy jaskółki opierzały mi się pod pachami, wtedy cały świat leżał u moich stóp, nie tylko Euro­pa. Oto Amerykanie i Japończycy tańczyli taniec z pochodniami na wyspie Luzon. Oto skośnoocy i okrągłoocy gubili guziki od swoich mundurów. Oto był w Sztokholmie pewien krawiec, który w tym sa­mym momencie przyszywał guziki do wieczorowego ubrania w dyskretne prążki. Oto Mountbatten faszerował birmańskie słonie pociskami wszelkiego kalibru. Oto równocześnie pewna wdowa w Limie uczyła swoją papugę wymawiać słówko „caramba”. Oto na samym środku Pacyfiku płynęły ku sobie dwa potężne lotniskowce, strojne niczym gotyckie katedry, wysłały swoje samoloty i zatopiły się nawzajem. Samoloty zaś nie miały już gdzie wylądować, wisiały w powietrzu bezradnie i wręcz alegorycznie niby aniołowie, i brzę­cząc zużywały paliwo. W niczym to jednak nie przeszkodziło kon­duktorowi tramwajowemu w Haparandzie, który właśnie wrócił z pracy. Rozbił jajka na patelni, dwa dla siebie, dwa dla narzeczonej, na której przyjście czekał uśmiechając się i wszystko przewidując. Oczywiście można też było przewidzieć, że armie Koniewa i Żukowa znowu się ruszą, podczas gdy w Irlandii padał deszcz, przełamały one front na Wiśle, zdobyły Warszawę za późno, Królewiec za wcześ­nie, nie mogły jednak przeszkodzić temu, że pewnej kobiecie z Pana­my, która miała pięcioro dzieci i jednego męża, przypaliło się mleko na gazowej kuchence. Nie obeszło się więc bez tego, że z nici aktual­nych wydarzeń, która z przodu była jeszcze głodna, zastawiała pu­łapki i tworzyła historię, z tyłu tkano już anegdotę. Spostrzegłem też, że takie czynności jak: kręcenie młynka palcami, marszczenie czoła, schylanie głowy, ściskanie rąk, robienie dzieci, fałszowanie pienię­dzy, gaszenie światła, mycie zębów, zabijanie i zmienianie pieluch podejmowane były wszędzie, choć niejednakowo zręcznie. Speszyły mnie te liczne konsekwentne działania. Dlatego ponownie poświęci­łem uwagę procesowi, który na moją cześć urządzono u stóp wieży. - Skacz, słodki Jezusie, skacz! - szeptała z ławki dla świadków przed­wcześnie dojrzała Luzie Rennwand. Siedziała na kolanach szatana, co jeszcze podkreślało jej dziewictwo. Szatan zrobił jej przyjemność, wręczając kanapkę z kiełbasą. Luzie ugryzła, a mimo to pozostała czysta. - Skacz, słodki Jezusie! - wzywała żując i ofiarowywała mi swój nietknięty trójkąt.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2401891308154368336?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2401891308154368336/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2401891308154368336&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2401891308154368336'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2401891308154368336'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/wbrew-historii-najpierw-skoczyli.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2938109830366479340</id><published>2008-08-24T15:00:00.003-07:00</published><updated>2008-08-24T15:00:31.042-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Oto Störtebeker wszedł na uginającą się deskę bez poręczy.&lt;br /&gt;- Skacz! - zawołał chór sędziów.&lt;br /&gt;Ale Störtebeker nie skoczył.&lt;br /&gt;Wtedy z ławek dla świadków podniosła się szczupła dziewczęca postać w wełnianym blezerze i szarej plisowanej spódniczce. Unio­sła białą, ale nie zamazaną twarz - o której twierdzę po dziś dzień, że tworzyła trójkąt - niby błyszcząco oznaczony cel, i Luzie Rennwand nie zawołała, lecz szepnęła: - Skacz, Störtebeker, skacz!&lt;br /&gt;I Störtebeker skoczył, a Luzie usiadła z powrotem na drewnianej ławce dla świadków, obciągnęła rękawy wełnianego blezera kryjąc w nich pięści.&lt;br /&gt;Moorkähne pokuśtykał na deskę trampoliny. Sędziowie wezwali go do skoku. Ale Moorkähne nie chciał, uśmiechnął się z zakłopota­niem patrząc na swoje paznokcie, czekał, aż Luzie podwinęła ręka­wy, wydobyła z wełny pięści i ukazała mu czarno obramowany trójkąt ze szparkami oczu. Wtedy skoczył z furią na trójkąt, ale chybił celu.&lt;br /&gt;Psuj i Putto, którzy już w czasie wspinaczki mieli ze sobą na pień­ku, pokłócili się na trampolinie. Putto dostał wyciskanie i nawet przy skoku Psuj nie wypuścił Putta.&lt;br /&gt;Cykoria, który miał długie jedwabiste rzęsy, zamknął przed sko­kiem swoje bezgranicznie smutne sarnie oczy.&lt;br /&gt;Chłopcy ze służby pomocniczej lotnictwa, zanim skoczyli, mu­sieli zdjąć mundury.&lt;br /&gt;Także bracia Rennwand nie mogli skoczyć z trampoliny do nieba jako ministranci; Luzie, ich siostrzyczka, która w nędznej wojennej wełnie siedziała na ławce dla świadków i zachęcała do skoków, ni­gdy by do tego nie dopuściła.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2938109830366479340?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2938109830366479340/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2938109830366479340&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2938109830366479340'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2938109830366479340'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/oto-strtebeker-wszed-na-uginajc-si-desk.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-8684241981043464857</id><published>2008-08-24T15:00:00.001-07:00</published><updated>2008-08-24T15:00:18.872-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Proszę sobie wyobrazić basen pływacki wyłożony lazurowymi kamiennymi płytami, w basenie pływają opaleni, sportowo usposo­bieni ludzie. Na brzegu basenu siedzą przed kabinami kąpielowymi podobnie opaleni, podobnie usposobieni mężczyźni i kobiety. Być może muzyka z nastawionego cicho głośnika. Zdrowa nuda, lekka i nieobowiązująca erotyka, co napręża kąpielowe stroje. Płyty są gład­kie, ale nikt się nie ześlizguje, zaledwie parę tablic z zakazami; lecz i te są zbyteczne, bo kąpiący się przychodzą tylko na dwie godziny i wszystko, co zakazane, robią gdzie indziej. Co jakiś czas skacze ktoś z trzymetrowej trampoliny, ale to jednak nie wystarcza, żeby ściągnąć na siebie uwagę pływaków, żeby oderwać oczy leżących plażowiczów od ilustrowanych pism. Nagle wietrzyk! Nie, to nie wie­trzyk. To raczej młody człowiek, który powoli, konsekwentnie, szcze­bel po szczeblu, wspina się po drabinie na dziesięciometrową wieżę. Opadają już pisma z reportażami z Europy i zza oceanu, oczy wspi­nają się razem z nim, wydłużają się leżące ciała, młoda kobieta przy­kłada dłoń do czoła, ktoś zapomina o czym myślał, jakieś słowo po­zostaje nie wypowiedziane, jakiś flirt, dopiero co rozpoczęty, kończy się przedwcześnie, w połowie zdania - bo on, dobrze zbudowany i sprawny, staje teraz na samej górze, podskakuje, opiera się o łagod­nie wygiętą poręcz ze stalowych rurek, spogląda jakby znudzony w dół, eleganckim ruchem miednicy odrywa się od poręczy, odważa się wejść na wystającą, uginającą się przy każdym kroku deskę tram­poliny, spogląda w dół, wpatruje się w lazurowy, przerażająco mały basen, w którym czepki pływaczek roją się jak w kalejdoskopie czer­wono, żółto, zielono, biało, czerwono, żółto, zielono, biało, czerwo­no, żółto. Tam chyba siedzą znajome, Doris i Erika Schüler, także Jutta Daniels ze swoim przyjacielem, który wcale do niej nie pasuje. One machają do niego, Jutta też. On, starając się nie stracić równo­wagi, macha do nich. One wołają. Czego znowu chcą? No to już, wołają, skacz, woła Jutta. Ale przecież on wcale nie miał zamiaru. Chciał tylko zobaczyć, jak to jest na górze, a potem powoli, szczebel po szczeblu, zejść na dół. A one wołają teraz, tak że wszyscy mogą słyszeć, wołają głośno: - skacz! No, skacz już! Skacz!&lt;br /&gt;Musicie państwo przyznać, że choćby wieża była nie wiem jak blisko nieba, jest to piekielna sytuacja. Podobnie, tylko nie w sezonie kąpielowym, a w styczniu dziewięćset czterdziestego piątego było z członkami bandy Wyciskaczy i ze mną. Odważyliśmy się wspiąć wysoko na górę, popychaliśmy się teraz na szczycie wieży, a w dole, tworząc uroczystą podkowę wokół bezwodnego basenu, siedzieli sędziowie, ławnicy, świadkowie i woźni sądowi.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-8684241981043464857?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/8684241981043464857/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=8684241981043464857&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8684241981043464857'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8684241981043464857'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/prosz-sobie-wyobrazi-basen-pywacki.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7041189633432693127</id><published>2008-08-24T14:59:00.002-07:00</published><updated>2008-08-24T15:00:05.456-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Tylko policjanci wrzeszczeli. Chłopców wyprowadzono. Pro­boszcz Wiehnke postawił mnie na kamiennych płytach, ponieważ zrobiło mu się słabo i musiał usiąść na najbliższej ławce. Stałem koło naszych narzędzi, a za dłutami i młotkami spostrzegłem ów koszyk pełen kanapek z kiełbasą, które Cykoria przygotował przed wymar­szem.&lt;br /&gt;Wziąłem koszyk, podszedłem do chudej, dygocącej z zimna w cienkim płaszczu Luzie i ofiarowałem jej kanapki. Ona podniosła mnie, trzymała mnie prawą ręką, przez lewą przewiesiła koszyk, miała już kanapkę w palcach, za chwilę w zębach, a ja obserwowałem jej płonącą, zbitą, ściśniętą twarz: niespokojne oczy za dwiema czarny­mi szparkami, skóra jak wyklepana młotkiem, żujący trójkąt, lalka, Czarna Kucharka, która żre kiełbasę razem ze skórką, która żrąc sta­je się jeszcze cieńsza, głodniejsza, bardziej trójkątna, bardziej lalkowata - widok, który pozostawił we mnie niezatarte piętno. Któż zdej­mie mi z czoła ów trójkąt? Czy długo jeszcze będzie on przeżuwał we mnie - kiełbasę, skórkę, ludzi - i uśmiechał się, jak potrafi się uśmiechać tylko trójkąt i damy na dywanach, które hodują sobie jed­norożce?&lt;br /&gt;Gdy Störtebeker, wyprowadzany przez dwóch funkcjonariuszy, zwrócił ku Luzie i Oskarowi swoją zakrwawioną twarz, unikałem jego wzroku, odtąd już go nie poznając, i między pięciu czy sześciu policjantami, na ręku żrącej kanapkę Luzie opuściłem kościół w ślad za swoją dawną bandą Wyciskaczy.&lt;br /&gt;Cóż pozostało? Pozostał proboszcz Wiehnke z obiema naszymi latarkami wojskowymi, które w dalszym ciągu nastawione były na czerwone światło, między porzuconymi w pośpiechu strojami mini­strantów i kapłańskim ornatem. Kielich i monstrancja pozostały na stopniach ołtarza. Odpiłowany Jan i odpiłowany Jezus pozostali przy Najświętszej Pannie, która w naszej piwnicy w willi Puttkamerów miała stanowić przeciwwagę dla dywanu z damą i jednorożcem.&lt;br /&gt;Oskara natomiast oczekiwał proces, który jeszcze dziś nazywam drugim procesem Jezusa, a który zakończył się moim, a więc i Jezu­sa, uniewinnieniem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7041189633432693127?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7041189633432693127/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7041189633432693127&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7041189633432693127'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7041189633432693127'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/tylko-policjanci-wrzeszczeli.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-4409000150021171682</id><published>2008-08-24T14:59:00.001-07:00</published><updated>2008-08-24T14:59:55.158-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Störtebeker chciał mnie zdjąć z uda Najświętszej Panny. Ja od­mówiłem. On zrozumiał Oskara, kiwnął głową, zmusił bandę, żeby pozostała na klęczkach, żeby klęcząc czekała na policję, i chłopaki klęczały, drżały co prawda, niejeden ukląkł na obydwa kolana, wszy­scy jednak czekali bez słowa, aż tamci - przez lewą nawę, przez środ­kową nawę i z zakrystii - doszli do nas, obstawili lewy boczny oł­tarz.&lt;br /&gt;Dużo rażących, nie nastawionych na czerwone światło latarek. Störtebeker wstał, zrobił znak krzyża, ukazał się latarkom, oddał welurowy kapelusz wciąż jeszcze klęczącemu Psujowi i podszedł w swoim nieprzemakalnym płaszczu do nabrzmiałego cienia bez la­tarki, do proboszcza Wiehnke, wyciągnął zza cienia na światło coś cienkiego, szamoczącego się, Luzie Rennwand, i tak długo walił w wykrzywioną, trójkątną twarz dziewczyny pod baskijskim bere­tem, aż cios jednego z policjantów rzucił go między kościelne ławki.&lt;br /&gt;- Rany, Jeschke - usłyszałem z wysokości mojej Najświętszej Panny okrzyk innego policjanta - przecież to syn szefa!&lt;br /&gt;W ten sposób Oskar z lekką satysfakcją dowiedział się, że jego dzielnym podkomendnym był syn prezydenta policji i bez oporu, grając rolę chlipiącego, uprowadzonego przez wyrostków trzylatka, oddał się pod opiekę: proboszcz Wiehnke wziął mnie na ręce.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-4409000150021171682?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/4409000150021171682/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=4409000150021171682&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4409000150021171682'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4409000150021171682'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/strtebeker-chcia-mnie-zdj-z-uda.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-1177453095547668295</id><published>2008-08-13T11:34:00.003-07:00</published><updated>2008-08-13T11:34:31.920-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Nie musiał więc długo myśleć, prędko skapował mój plan, a na­wet jeszcze prześcignął. Obydwie latarki wojskowe, które podczas demontażu obsługiwali Narses i Belizariusz, polecił skierować wprost na mnie i Najświętszą Pannę, a ponieważ blask mnie oślepił, kazał nastawić czerwone światło, przywołał do siebie braci Rennwand, szeptał coś z nimi, oni nie chcieli, czego on chciał, do grupy, nie&lt;br /&gt;czekając na znak Störtebekera, zbliżył się Psuj, pokazał swoje kłyk­cie gotowe już do wyciskania; wtedy bracia ulegli i odprowadzeni przez Psują i Mistera z służby pomocniczej lotnictwa zniknęli w za­krystii. Oskar czekał spokojnie, poprawił sobie bębenek i nie zdziwił się wcale, gdy wrócili przebrani. Długi Mister w szatach kapłańskich, obaj Rennwandowie w biało-czerwonych strojach ministrantów. Psuj, w połowie ubrany jak wikary, przyniósł wszystko, czego potrzeba do mszy, zwalił to na chmurę i ulotnił się. Starszy Rennwand trzymał kociołek z kadzidłem, młodszy dzwonki. Mister, mimo że szaty pro­boszcza Wiehnke były na niego o wiele za obszerne, radził sobie całkiem nieźle, zaczął wprawdzie z uczniowskim cynizmem, ale po­tem dał się porwać tekstowi i świętym czynnościom, ofiarował nam wszystkim, zwłaszcza jednak mnie, nie błazeńską parodię, lecz mszę, którą później, przed sądem, nazywano zawsze mszą, choćby nawet czarną. Trzech chłopaków zaczęło od modlitwy u stóp ołtarza: banda w ławkach i na kamiennej posadzce przyklękła, przeżegnała się, a Mister, panując jako tako nad tekstem, wspierany rutyną ministran­tów, zaczął odprawiać mszę. Ja podczas introitu ostrożnie stukałem pałeczkami w blachę. Przy Kyrie wzmogłem akompaniament. Glo­ria in excelsis Deo, wychwalałem na swojej blasze, wzywałem do modlitwy, zamiast lekcji z codziennej mszy dałem dłuższą partię bęb­nienia. Szczególnie pięknie wyszedł mi werset Alleluja. Przy Credo spostrzegłem, jak mocno chłopaki wierzyły we mnie, przy ofiarowa­niu nieco wyciszyłem blachę, pozwoliłem Misterowi złożyć chleb w ofierze, zmieszać wino z wodą, pozwoliłem okadzić kielich i sie­bie, przyglądałem się, jak Mister zachowywał się przy umyciu rąk. Orate, fratres, bębniłem w czerwonym blasku latarek, przeszedłem do przeistoczenia: Oto ciało moje. Oremus, śpiewał Mister, upomniany przez święty porządek - chłopaki w ławkach zaprezentowały mi dwie wersje Ojcze nasz, lecz Mister potrafił zjednoczyć protestantów i katolików w komunii. Jeszcze gdy jedli i pili, wybębniłem im Confiteor, Najświętsza Panna wskazywała palcem na Oskara bębnistę. Rozpocząłem naśladowanie Chrystusa. Msza przebiegała jak po ma­śle. Głos Mistera wznosił się i opadał. Jak pięknie wywiódł błogosła­wieństwo: przebaczenie, rozgrzeszenie i odpuszczenie, a gdy powie­rzył kościołowi końcowe słowa Ite, missa est - idźcie, jesteście wolni, nastąpiło rzeczywiście duchowe wyzwolenie, a świeckie pojmanie mogło dotknąć tylko utwierdzoną w wierze, umocnioną imieniem Oskara i Jezusa bandę Wyciskaczy.&lt;br /&gt;Usłyszałem samochody już podczas mszy. Także Störtebeker od­wrócił głowę. Toteż tylko my dwaj nie byliśmy zaskoczeni, gdy przy głównym wejściu, w zakrystii, ponadto przy prawym bocznym wej­ściu rozległy się głosy, a na kościelnej posadzce zadudniły ciężkie obcasy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-1177453095547668295?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/1177453095547668295/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=1177453095547668295&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1177453095547668295'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1177453095547668295'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/nie-musia-wic-dugo-myle-prdko-skapowa.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7834314078564670942</id><published>2008-08-13T11:34:00.001-07:00</published><updated>2008-08-13T11:34:19.687-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Odpiłowanie małego Jezusa, który całym siedzeniem dotykał le­wego uda Najświętszej Panny, było bardziej czasochłonne. Pełne czterdzieści minut potrzebowali na to Cykoria, starszy Rennwand i Lwie Serce. Dlaczego właściwie nie było jeszcze Moorkähnego? Miał przyjść ze swoimi ludźmi wprost z Nowego Portu i spotkać się z nami w kościele, żeby gromadny marsz nie rzucał się zbytnio w oczy. Störtebeker był w złym nastroju, wydał mi się podenerwo­wany. Kilka razy pytał braci Rennwand o Moorkähnego. Gdy w koń­cu, jak tego spodziewaliśmy się wszyscy, padło słówko: Luzie, Störtebeker nie pytał już więcej, wyrwał piłkę do metalu z niezgrabnych rąk Lwiego Serca i pracując zaciekle wykończył małego Jezusa.&lt;br /&gt;Przy obalaniu figury odłamała się aureola. Störtebeker przeprosił mnie. Z dużym trudem stłumiłem rozdrażnienie, które teraz i mnie się udzieliło, i kazałem pozbierać do dwóch czapek odłamki pozłaca­nego gipsowego talerza. Psuj był zdania, że klejem da się szkodę naprawić. Odpiłowanego Jezusa obłożono poduszkami, potem zawi­nięto w dwa koce.&lt;br /&gt;Nasz plan przewidywał przepiłowanie Najświętszej Panny po­wyżej miednicy i zrobienie drugiego przecięcia między stopami a chmurą. Chmurę chcieliśmy zostawić w kościele, a tylko obie czę­ści Najświętszej Panny, oczywiście Jezusa i w miarę możliwości&lt;br /&gt;małego Chrzciciela przetransportować do naszej piwnicy w willi Puttkamerów. Wbrew oczekiwaniom gipsowe bryły okazały się lżejsze, niż myśleliśmy. Cała grupa była w środku pusta, ścianki miały najwy­żej dwa palce grubości i tylko żelazne rusztowanie przysparzało trudu.&lt;br /&gt;Chłopaki, zwłaszcza Psuj i Lwie Serce, zmachali się porządnie. Trzeba było zarządzić przerwę na odpoczynek, bo pozostali, także bracia Rennwand, nie umieli piłować. Banda rozsiadła się w kościel­nych ławkach i marzła. Störtebeker stał i miętosił swój welurowy kapelusz, który zdjął po wejściu do kościoła. Nie podobał mi się ogól­ny nastrój. Musiałem coś zrobić. Chłopaki czuły się źle nocą w pu­stej świątyni. Ponadto nieobecność Moorkähnego wytworzyła pew­ne napięcie. Bracia Rennwand, jak się zdawało, mieli stracha przed Störtebekerem, trzymali się na uboczu i szeptali, aż Störtebeker na­kazał spokój.&lt;br /&gt;Pomału, bodaj z westchnieniem, wstałem z klęcznika i podsze­dłem do opuszczonej Najświętszej Panny. Jej spojrzenie, które było przeznaczone dla Jana, padało teraz na stopnie ołtarza pełne gipso­wego pyłu. Palec prawej ręki, który przedtem wskazywał na Jezusa, wymierzony był w pustkę, a raczej w mroczną lewą nawę. Pokona­łem stopnie ołtarza, jeden po drugim, potem obejrzałem się, szuka­łem głęboko osadzonych oczu Störtebekera; były nieobecne, dopiero Psuj szturchnął go i zwrócił uwagę na moje wezwanie. Störtebeker popatrzył na mnie niepewny, jakim go jeszcze nie widziałem, nie zrozumiał, potem zrozumiał wreszcie, ale chyba nie całkiem, ruszył wolno, o wiele za wolno, stopnie ołtarza przeskoczył jednak jednym susem i podsadził mnie na ową białą, trochę nierówną, świadczącą o źle prowadzonej pile płaszczyznę przekroju na lewym udzie Naj­świętszej Panny, na której odznaczało się mniej więcej odbicie sie­dzenia małego Jezusa.&lt;br /&gt;Störtebeker od razu zawrócił, jednym krokiem był na kamien­nych płytach, chciał już ponownie zapaść w swoje zamyślenie, po­tem obejrzał się jednak, zmrużył blisko osadzone oczy, aż pozostały tylko migocące światełka kontrolne - tak jak na całej bandzie, wy­warł na nim głębokie wrażenie mój widok, kiedy siedziałem na miej­scu Jezusa taki naturalny i godzien uwielbienia.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7834314078564670942?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7834314078564670942/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7834314078564670942&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7834314078564670942'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7834314078564670942'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/odpiowanie-maego-jezusa-ktry-caym.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7948112983432058126</id><published>2008-08-13T11:09:00.007-07:00</published><updated>2008-08-13T11:09:51.831-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Störtebeker udzielił właściwej odpowiedzi, zgodnej z moimi za­miarami. Polityka nas nie interesowała, a odkąd zastraszona służba patrolowa Hitlerjugend prawie nie wysadzała nosa ze swoich lokali i co najwyżej sprawdzała na Dworcu Głównym dokumenty młodych, lekko prowadzących się dziewcząt, zaczęliśmy przenosić się ze swo­ją działalnością do kościołów i według słów ultralewicowego mon­tera szykować jasełka.&lt;br /&gt;Najpierw należało znaleźć kogoś na miejsce odbitych nam, a tak dzielnych terminatorów od Schichaua. W końcu października Störte­beker zaprzysiągł dwóch ministrantów z kościoła Serca Jezusowego, braci Feliksa i Paula Rennwandów. Störtebeker wciągnął tych dwóch przez ich siostrę Luzie. Ta niespełna siedemnastoletnia dziewczyna mimo moich protestów była obecna przy zaprzysiężeniu. Bracia Ren­nwand musieli położyć lewą rękę na moim bębenku, w którym chło­paki z właściwą sobie nieraz przesadą widziały coś w rodzaju sym­bolu, i powtórzyć formułę Wyciskaczy: tekst, tak niedorzeczny i pełen rozmaitych hokus-pokus, że już go nie odtworzę.&lt;br /&gt;Oskar obserwował Luzie podczas zaprzysiężenia. Ramiona unio­sła w górę, w lewej ręce trzymała drżącą lekko kanapkę z kiełbasą, przygryzła dolną wargę, ukazywała trójkątną, nieruchomą lisią twarz,&lt;br /&gt;wpatrywała się płonącym wzrokiem w plecy Störtebekera, a mnie ogarnął niepokój o przyszłość Wyciskaczy.&lt;br /&gt;Zabraliśmy się do przemeblowania pomieszczeń w naszej piwni­cy. Z mieszkania matki Truczinskiej, korzystając z pomocy ministran­tów, kierowałem akcją gromadzenia rzeczy. Od Świętej Katarzyny wzięliśmy niewielką, jak się później okazało, autentyczną figurę św. Józefa, parę świeczników, trochę naczyń liturgicznych i chorągiew na Boże Ciało. Nocna wizyta w kościele Świętej Trójcy przyniosła nam drewnianego, lecz nieciekawego artystycznie anioła z trąbą i barwny dywan figuralny, który nadawał się na ścianę. Kopia wzo­rowana na dawniejszym pierwowzorze przedstawiała krygującą się damę z uległym jej baśniowym zwierzęciem, zwanym jednorożcem. Chociaż Störtebeker stwierdził nie bez racji, że utkany uśmiech dziew­czyny dominuje na dywanie z równie okrutnym rozbawieniem jak uśmiech na lisiej twarzy Luzie, miałem jednak nadzieję, że mój pod­władny nie jest gotów do uległości jak ów baśniowy jednorożec. Gdy dywan znalazł się na czołowej ścianie piwnicy, gdzie przedtem wy­malowane były rozmaite bzdury, jak „Czarna Ręka” i „Trupia czasz­ka”, gdy motyw jednorożca wywierał w końcu przemożny wpływ na wszystkie nasze obrady, zadawałem sobie pytanie: czemu, Oskarze, czemu udzielasz gościny - skoro już Luzie przychodzi tu, kiedy chce, i chichocze za twoimi plecami - czemu udzielasz gościny jeszcze tej drugiej, utkanej Luzie, która twoich podwładnych zmienia w jedno­rożców, która i żywa, i utkana w gruncie rzeczy ciebie sobie upatrzy­ła, bo tylko ty, Oskarze, jesteś prawdziwie baśniowy, jesteś osobli­wym zwierzęciem o przesadnie pokręconym rogu.&lt;br /&gt;Jak to dobrze, że przyszedł adwent, że mogłem niebawem naiw­nie rzeźbionymi, naturalnej wielkości figurami z szopki, które ściąg­nęliśmy z okolicznych kościołów, tak szczelnie zastawić dywan, że baśń nie kusiła już zbyt natarczywie do naśladowania. W połowie grudnia Rundstedt rozpoczął ofensywę w Ardenach, a i my uporaliśmy się z przygotowaniami do naszego wielkiego skoku.&lt;br /&gt;Przez kilka niedziel z rzędu trzymając się ręki Marii, która ku stra­pieniu Matzeratha całkiem już przesiąkła katolicyzmem, chodziłem na mszę o dziesiątej rano, wymogłem też chodzenie do kościoła na całej bandzie Wyciskaczy, a potem, w nocy z osiemnastego na dziewiętna­stego grudnia, wystarczająco obeznani z terenem, wobec czego Oskar nie musiał rozśpiewywać szkła, z pomocą ministrantów Feliksa i Pau­la Rennwandów włamaliśmy się do kościoła Serca Jezusowego.&lt;br /&gt;Spadł śnieg, który nie poleżał długo. Odstawiliśmy trzy ręczne wózki na tyłach zakrystii. Młodszy Rennwand miał klucz od głównego wejścia. Oskar poszedł przodem, zaprowadził chłopaków, jednego po dru­gim, do kropielnicy, kazał uklęknąć w środkowej nawie przed wielkim ołtarzem. Potem na moje polecenie zasłonił posąg Serca Jezusowego kocem Służby Pracy, żeby niebieskie spojrzenie nie przeszkadzało nam zbytnio w robocie. Cykoria i Mister przenieśli narzędzia przed boczny ołtarz w lewej nawie. Najpierw trzeba było opróżnić stajenkę w środ­kowej nawie pełną szopkowych figur i jedliny. W pasterzy, aniołów, owce, osły i krowy byliśmy obficie zaopatrzeni. Nasza piwnica miała pod dostatkiem statystów; tylko głównych wykonawców jeszcze bra­kowało. Belizanusz usunął kwiaty ze stołu ołtarzowego. Totila i Teja zwinęli dywan. Psuj rozpakował narzędzia. Oskar natomiast klęczał przy dziecięcym klęczniku i nadzorował demontaż.&lt;br /&gt;Najpierw został odpiłowany mały Chrzciciel w czekoladowobrązowej kudłatej skórze. Jak to dobrze, że wzięliśmy piłkę do metalu. W środku gipsu grube na palec metalowe pręty spajały Chrzciciela z chmurą. Psuj piłował. Robił to jak gimnazjalista, a więc niezręcz­nie. Znów brakowało nam terminatorów ze stoczni Schichaua. Störtebeker zluzował Psują. Poszło teraz nieco lepiej i po pół godzinie ha­łasu mogliśmy obalić małego Chrzciciela, zawinąć go w koc i poddać się działaniu ciszy kościoła o północy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7948112983432058126?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7948112983432058126/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7948112983432058126&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7948112983432058126'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7948112983432058126'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/strtebeker-udzieli-waciwej-odpowiedzi.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-1546884891042717414</id><published>2008-08-13T11:09:00.005-07:00</published><updated>2008-08-13T11:09:39.806-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Od tych imprez, które oznaczały tylko przygrywkę i nie zdradza­ły jeszcze niczego z moich właściwych planów, i tak trzymałem się z dala, toteż nie mogę zaręczyć, czy to właśnie Wyciskacze we wrze­śniu dziewięćset czterdziestego czwartego spętali dwóch wyższych funkcjonariuszy służby patrolowej, wśród nich znienawidzonego Helmuta Neitberga, i utopili w Motławie powyżej Krowiego Mostu.&lt;br /&gt;Temu, jakoby istniały - jak później mówiono — powiązania mię­dzy bandą Wyciskaczy a Piratami Spod Znaku Szarotki z Kolonii nad Renem, jakoby mieli na nas wpływ, a nawet kierowali naszymi akcjami polscy partyzanci z Borów Tucholskich, ja, który podwój­nie, jako Oskar i jako Jezus, przewodziłem bandzie, muszę zaprze­czyć i włożyć to między bajki.&lt;br /&gt;Na procesie pomawiano nas także o kontakty z zamachowcami i spiskowcami z dwudziestego lipca, ponieważ ojciec Putta, August von Puttkamer, był bliskim przyjacielem marszałka Rommla i popeł­nił samobójstwo. Putto, który przez całą wojnę widział ojca może cztery albo pięć razy, przelotnie i z coraz to innymi dystynkcjami, dopiero na naszym procesie dowiedział się o tej w gruncie rzeczy obojętnej nam oficerskiej historii i płakał tak żałośnie i bezwstydnie, że Psuj, jego sąsiad, na oczach sędziów musiał zrobić mu wyciska­nie.&lt;br /&gt;Tylko raz w ciągu naszej działalności nawiązali z nami kontakt dorośli. Robotnicy stoczniowi - jak się od razu domyśliłem, o za­barwieniu komunistycznym - próbowali przez naszych terminato­rów zdobyć wpływy i wciągnąć nas do czerwonego podziemia. Ter­minatorzy byli nawet nie od tego. Gimnazjaliści natomiast odrzucali wszelkie tendencje polityczne. Mister ze służby pomocniczej lot­nictwa, cynik i teoretyk bandy Wyciskaczy, na jednym z zebrań bandy sformułował swój pogląd w tej sprawie: - Nie mamy nic wspólne­go z żadnymi partiami, walczymy przeciwko naszym rodzicom i wszystkim innym dorosłym; obojętne, za czym są albo przeciw czemu.&lt;br /&gt;Choć Mister wyraził się z grubą przesadą, zgodzili się z nim wszy­scy gimnazjaliści; doszło do rozbicia bandy. Terminatorzy od Schi­chaua - czego bardzo żałowałem, bo chłopcy byli naprawdę dzielni - założyli własny związek, nadal jednak, wbrew sprzeciwom Störtebekera i Moorkähnego, uważali się za bandę Wyciskaczy. Na proce­sie - bo ich szajka wpadła równocześnie z naszą - oskarżano ich o podpalenie na terenie stoczni bazy okrętów podwodnych. Ponad stu mechaników okrętowych i podchorążych marynarki, którzy znaj­dowali się na przeszkoleniu, zginęło wtedy w okropny sposób. Pożar wybuchł na pokładzie i uniemożliwił śpiącym pod pokładem mary­narzom opuszczenie pomieszczeń dla załogi, a gdy zaledwie osiem­nastoletni podchorążowie chcieli skakać przez iluminatory do wody, która obiecywała ratunek, uwieźli w nich biodrami, od tyłu ogarnął ich szybko rozprzestrzeniający się ogień i trzeba ich było powystrze­lać z motorowych barkasów, bo za głośno i za długo krzyczeli.&lt;br /&gt;Myśmy nie podłożyli ognia. Może zrobili to terminatorzy ze stocz­ni Schichaua, a może też ludzie z grupy Westerland. Wyciskacze nie byli podpalaczami, chociaż ja, ich duchowy opiekun, mógłbym odzie­dziczyć po dziadku piromańskie skłonności.&lt;br /&gt;Dobrze pamiętam montera, który został przeniesiony z Zakładów Niemieckich w Kilonii do stoczni Schichaua i odwiedził nas na krót­ko przed rozbiciem bandy Wyciskaczy. Erich i Horst Pietzgerowie, synowie sztauera, przyprowadzili go do naszej piwnicy w willi Puttkamerów. Monter uważnie obejrzał nasz magazyn, zauważył brak użytecznej broni, zdobył się na powściągliwą pochwałę, a gdy zapy­tał o szefa bandy i Störtebeker natychmiast, Moorkähne z ociąganiem wskazali na mnie, wybuchnął nie milknącym i tak aroganckim śmiechem, że niewiele brakowało, a na życzenie Oskara Wyciskacze daliby mu za swoje.&lt;br /&gt;- Co to za karzeł? - powiedział do Moorkähnego i przez ramię wskazał palcem na mnie.&lt;br /&gt;Zanim Moorkähne, który uśmiechał się z pewnym zakłopotaniem, zdążył odpowiedzieć, Störtebeker oświadczył zatrważająco spokoj­nie: - To jest nasz Jezus.&lt;br /&gt;Monter, który nazywał się Walter, nie mógł strawić tego słówka i pozwolił sobie w naszej siedzibie na wybuch gniewu: - Powiedz­cie, czy u was politycznie wszystko gra, czy też jesteście ministranci i szykujecie jasełka na Boże Narodzenie?&lt;br /&gt;Störtebeker otworzył drzwi piwnicy, dał znak Psuj owi, wystrzelił z rękawa ostrzem spadochroniarskiego noża i powiedział raczej do bandy niż do montera: - Jesteśmy ministranci i szykujemy jasełka na Boże Narodzenie.&lt;br /&gt;Panu monterowi nie stało się jednak nic złego. Zawiązano mu oczy i wyprowadzono z willi. Wkrótce potem zostaliśmy sami, bo terminatorzy ze stoczni Schichaua odbili się od nas, założyli pod kie­runkiem montera własny związek i jestem pewien, że to oni podpalili bazę okrętów podwodnych.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-1546884891042717414?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/1546884891042717414/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=1546884891042717414&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1546884891042717414'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1546884891042717414'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/od-tych-imprez-ktre-oznaczay-tylko.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-974885061535552925</id><published>2008-08-13T11:09:00.003-07:00</published><updated>2008-08-13T11:09:28.486-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Dużo wtedy mówiono o cudownych broniach i ostatecznym zwy­cięstwie. My, Wyciskacze, nie mówiliśmy ani o jednym, ani o dru­gim, mieliśmy jednak cudowną broń.&lt;br /&gt;Gdy Oskar objął kierownictwo bandy liczącej trzydziestu do czter­dziestu członków, kazałem najpierw Störtebekerowi przedstawić so­bie szefa grupy Nowy Port. Moorkähne, kulejący siedemnastolatek, syn wyższego urzędnika kapitanatu portu, z racji swojego kalectwa - prawą nogę miał o dwa centymetry krótszą od lewej - nie został po­wołany ani do służby pomocniczej lotnictwa, ani do wojska. Chociaż Moorkähne świadomie i ostentacyjnie obnosił swoje kalectwo, był nieśmiały i mówił cicho. Młody człowiek uśmiechający się zawsze z pewnym zakłopotaniem uchodził za najlepszego ucznia ostatniej klasy Conradinum i miał - pod warunkiem, że armia rosyjska nie wniesie sprzeciwu - wszelkie szansę, by zdać maturę z odznacze­niem; Moorkähne chciał studiować filozofię.&lt;br /&gt;Podobnie jak Störtebeker, tak i kulas bez zastrzeżeń uznał we mnie Jezusa, który prowadził Wyciskaczy. Na samym początku Oskar pole­cił obydwu pokazać sobie magazyn i kasę, bo obie grupy gromadziły plony swoich łupieskich wypraw w tej samej piwnicy. Znajdowała się ona, sucha i obszerna, w zacisznej, wytwornej wrzeszczańskiej willi w Jaśkowej Dolinie. Rodzice Putta, którzy nazywali się von Puttkamer, zamieszkiwali obrośniętą rozmaitymi pnączami posia­dłość, oddzieloną od ulicy łagodnie wznoszącą się łąką - to znaczy, pan von Puttkamer, pomorsko-polsko-pruskiego pochodzenia, prze­bywał w pięknej Francji, dowodził dywizją, był kawalerem Krzyża Rycerskiego; pani Elisabeth von Puttkamer była chorowita, już od miesięcy bawiła w Górnej Bawarii; tam miała wrócić do zdrowia. Wolfgang von Puttkamer, na którego Wyciskacze wołali Putto, za­władnął willą; bo owej starej, przygłuchej służącej, która w położo­nych wyżej pomieszczeniach troszczyła się o młodego pana, nie wi­dzieliśmy nigdy, gdyż do piwnicy wchodziliśmy przez pralnię.&lt;br /&gt;W magazynie piętrzyły się puszki konserw, wyroby tytoniowe i liczne bele spadochronowego jedwabiu. Na jednej z półek wisiały dwa tuziny zegarów służbowych Wehrmachtu, które Putto na rozkaz Störtebekera musiał stale nakręcać i regulować. Musiał też czyścić dwa pistolety maszynowe, karabin automatyczny i zwykłe spluwy. Pokazano mi pancerzownicę, amunicję do kaemu i dwadzieścia pięć ręcznych granatów. Wszystko to wraz z pokaźną liczbą kanistrów benzyny przeznaczone było na zdobycie szturmem urzędu gospo­darczego. Toteż pierwszy rozkaz Oskara, który wydałem jako Jezus, brzmiał: - Broń i benzynę zakopać w ogrodzie. Iglice oddać Jezuso­wi. Nasza broń jest innego rodzaju!&lt;br /&gt;Gdy pokazali mi skrzynkę po cygarach pełną zrabowanych orde­rów i medali, pozwoliłem im z uśmiechem zatrzymać odznaczenia. Powinienem był jednak odebrać chłopakom spadochroniarskie noże. Użyli później tego żelaza, które przecież samo lgnęło do ręki i aż prosiło się, by go użyć.&lt;br /&gt;Potem przynieśli mi kasę. Oskar kazał przeliczyć, sam też przeli­czył dla sprawdzenia i polecił zanotować stan kasy: dwa tysiące czte­rysta dwadzieścia marek. Było to w początkach września dziewięć­set czterdziestego czwartego. A gdy w połowie stycznia dziewięćset czterdziestego piątego Koniew i Żuków przerwali front na Wiśle, poczuliśmy się zmuszeni poświęcić naszą kasę w piwnicznym maga­zynie. Putto złożył zeznanie, a na stole sądu okręgowego znalazło się w banknotach i w bilonie trzydzieści sześć tysięcy marek.&lt;br /&gt;Zgodnie z moją naturą w czasie akcji Oskar trzymał się w cieniu. Za dnia najczęściej sam, a jeśli w towarzystwie, to tylko ze Störtebekerem, wyszukiwałem korzystny cel dla nocnego przedsięwzięcia, pozostawiałem potem organizację Störtebekerowi albo Moorkähne­mu i nie ruszając się z mieszkania matki Truczinskiej, z okna sypial­ni, o późnej godzinie, rozśpiewywałem - teraz wymieniam tę naszą cudowną broń - dalekosiężniej niż kiedykolwiek przedtem, partero­we okna wielu biur partyjnych, wychodzące na podwórze okna dru­karni, w której drukowano kartki żywnościowe, a raz, wbrew sobie ulegając prośbom, kuchenne okna prywatnego mieszkania pewnego profesora, na którym chłopaki chciały się zemścić.&lt;br /&gt;Było to już w listopadzie. V1 i V2 latały na Anglię, a ja śpiewając przez cały Wrzeszcz, podążając zadrzewioną Aleją Hindenburga, przeskakując Dworzec Główny, Stare i Główne Miasto, odnalazłem ulicę Rzeźnicką i muzeum, kazałem chłopakom włamać się i odszu­kać Niobe, drewnianą rzeźbę dziobową.&lt;br /&gt;Nie znaleźli jej. W pokoju obok siedziała nieruchomo na krześle matka Truczinska i potrząsała głową, miała ze mną coś niecoś wspól­nego; bo gdy Oskar śpiewał dalekosiężnie, ona dalekosiężnie myśla­ła, szukała na niebie swojego syna Herberta, na środkowym odcinku frontu swojego syna Fritza. Także swojej najstarszej córki Gusty, która w początku dziewięćset czterdziestego czwartego wyszła za mąż i wyjechała do Nadrenii, musiała szukać w dalekim Düsseldorfie, gdyż tam miał mieszkanie starszy kelner Köster, przebywał jednak w Kurlandii; Guście wolno było zatrzymać go i poznawać zaledwie przez czternaście dni urlopu.&lt;br /&gt;Były to spokojne wieczory. Oskar siedział u stóp matki Truczinskiej, improwizował trochę na swoim bębenku, brał sobie z piecyka pieczone jabłko, z pomarszczonym owocem starych kobiet i małych dzieci znikał w ciemnej sypialni, podnosił papier zaciemnienia, uchylał okna, wpuszczał do środka trochę mrozu i nocy i wysyłał swój wy­mierzony, dalekosiężny śpiew, nie opiewał jednak żadnej z drżących gwiazd, nie miał czego szukać na Mlecznej Drodze, brał na cel Plac Zimowy, tam jednak chodziło mu nie o gmach radia, tylko o budynek naprzeciwko, w którym ciągnął się długi szereg drzwi prowadzących do lokali biurowych okręgowego kierownictwa Hitlerjugend.&lt;br /&gt;Moja praca przy dobrej pogodzie nie trwała nawet minuty. Przez ten czas pieczone jabłko stygło nieco przy otwartym oknie. Żując wracałem do matki Truczinskiej i bębenka, kładłem się niebawem do łóżka i mogłem być pewien, że gdy Oskar spał, Wyciskacze w imię Jezusa rabowali kasy partyjne, kartki żywnościowe i, co było waż­niejsze, urzędowe pieczątki, drukowane formularze albo listę człon­ków służby patrolowej Hitlerjugend.&lt;br /&gt;Pobłażliwie pozwalałem Störtebekerowi i Moorkähnemu wypra­wiać różne głupstwa ze sfałszowanymi legitymacjami. Największym wrogiem bandy była służba patrolowa. Zostawiłem im więc wolną rękę, mogli łapać swoich przeciwników, urządzać im wyciskanie, a nawet - jak to nazywał i robił Psuj - polerowanie jaj.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-974885061535552925?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/974885061535552925/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=974885061535552925&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/974885061535552925'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/974885061535552925'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/duo-wtedy-mwiono-o-cudownych-broniach-i.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7977731980266484756</id><published>2008-08-13T11:09:00.001-07:00</published><updated>2008-08-13T11:09:10.665-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Potem znów był już na niebie tylko księżyc i gwiezdna drobnica. Nocne myśliwce wylądowały. Z bardzo daleka odezwała się straż pożarna. Wtedy Störtebeker odwrócił się, pokazał mi swoje zawsze pogardliwie wydęte usta, zrobił ów ruch, jakby chciał uderzyć sier­powym, po którym spod przydługiego rękawa nieprzemakalnego płaszcza wyjrzał zegarek, zdjął zegarek, wręczył mi bez słowa, ale ciężko dysząc, chciał coś powiedzieć, musiał jednak przeczekać za­jęte odwoływaniem alarmu syreny, zanim przy aplauzie swoich ludzi mógł mi oświadczyć: dobrze, Jezusie. Jak chcesz, to cię przyjmiemy i będziesz jednym z nas. Jesteśmy Wyciskacze, jeśli to ci coś mówi.&lt;br /&gt;Oskar zważył zegarek w dłoni, podarował dość wyszukaną rzecz ze świecącymi wskazówkami i godziną zero dwadzieścia trzy temu szczeniakowi Psujowi. Ten spojrzał pytająco na swojego szefa. Störtebeker przyzwolił skinieniem głowy. A Oskar, szykując bębenek na drogę do domu, powiedział: - Jezus was poprowadzi. Pójdźcie ze mną!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7977731980266484756?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7977731980266484756/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7977731980266484756&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7977731980266484756'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7977731980266484756'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/potem-znw-by-ju-na-niebie-tylko-ksiyc-i.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7723836444628713611</id><published>2008-08-13T11:08:00.008-07:00</published><updated>2008-08-13T11:09:02.252-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Nieprawda, nic nie wiedzieli. Co najwyżej zaobserwowali ten czy ów sukces mojego głosu. Oskar nakazał sobie pobłażliwość dla tych wyrostków, których w dzisiejszych czasach nazwano by krótko i wezłowato chuliganami. Starałem się usprawiedliwić ich bezpośred­nie i po części niezręczne dążenie do celu, zdobyłem się na łagodny obiektywizm. A więc to byli osławieni Wyciskacze, o których od kilku tygodni mówiło całe miasto; banda młodzieżowa, za którą uga­niała się policja kryminalna i liczne jednostki służby patrolowej Hi­tlerjugend. Jak wyszło później na jaw: gimnazjaliści z Conradinum, ze szkół Świętego Piotra i Horsta Wessela. Była też druga grupa ban­dy Wyciskaczy w Nowym Porcie, która, choć kierowana przez gim­nazjalistów, w dwóch trzecich składała się z terminatorów ze stoczni Schichaua i fabryki wagonów. Obie grupy rzadko podejmowały wspólne akcje, właściwie tylko wtedy, gdy wyruszając z ulicy Schi­chaua przeczesywały park Steffensa i nocną Aleję Hindenburga urzą­dzając łapanki na aktywistki Związku Dziewcząt Niemieckich, które po wieczornym szkoleniu wracały ze schroniska młodzieżowego na Biskupiej Górce. Unikano zatargów między grupami, rozgraniczono dokładnie tereny działania i Störtebeker widział w przywódcy z No­wego Portu raczej przyjaciela niż rywala. Wyciskacze walczyli przeciwko wszystkim. Plądrowali biura Hitlerjugend, polowali na odzna­czenia i dystynkcje urlopowiczów z frontu, którzy zabawiali się w parkach ze swoimi dziewczynami, kradli broń, amunicję i benzynę przy pomocy swoich chłopaków z baterii przeciwlotniczych i od sa­mego początku planowali wielki napad na urząd gospodarczy.&lt;br /&gt;Nic jeszcze nie wiedząc o organizacji i planach Wyciskaczy, Oskar, któremu wtedy dokuczała bardzo samotność i opuszczenie, w gronie wyrostków poczuł się swojsko i bezpiecznie. W duchu sprzymierzy­łem się już z tymi chłopakami, nie przejmowałem się zbyt dużą róż­nicą wieku - ja zbliżałem się do dwudziestki - i mówiłem sobie: czemu nie miałbyś im zademonstrować próbki swojego kunsztu? Chłopcy są zawsze żądni wiedzy. Ty też miałeś kiedyś piętnaście i szesnaście lat. Daj im przykład, pokaż im coś. Będą cię podziwiali, może od tej chwili będą cię słuchali. Z niejednego pieca jadłeś chleb i możesz to wykorzystać, pójdź już teraz za swoim powołaniem, zbierz uczniów i rozpocznij naśladowanie Chrystusa.&lt;br /&gt;Störtebeker wyczuł chyba, że moje zamyślenie jest w pełni uza­sadnione. Nie przynaglał mnie i byłem mu za to wdzięczny. Koniec sierpnia. Księżycowa noc, niebo lekko zachmurzone. Alarm lotni­czy. Dwa, trzy reflektory na wybrzeżu. Prawdopodobnie samolot roz­poznawczy. W tych dniach został ewakuowany Paryż. Naprzeciwko mnie wielookienny gmach fabryki czekolady Baltic. Po długim mar­szu grupa armii „Środek” zatrzymała się na Wiśle. Zapewne Baltic nie pracował już dla handlu detalicznego, tylko produkował czekola­dę dla lotnictwa. Oskar musiał więc też oswoić się z wyobrażeniem, że żołnierze generała Pattona przechadzali się teraz w swoich amery­kańskich mundurach pod wieżą Eiffla. Było to dla mnie bolesne - i Oskar uniósł pałeczkę. Tyle godzin spędzonych z Roswitą. Störte­beker dostrzegł mój gest i za pałeczką skierował wzrok ku fabryce czekolady. Podczas gdy na Pacyfiku w biały dzień oczyszczano ja­kąś wysepkę z Japończyków, tutaj światło księżyca kładło się we wszystkich oknach fabryki naraz. I Oskar powiedział do wszystkich, którzy chcieli tego słuchać: - Jezus rozśpiewa teraz szkło.&lt;br /&gt;Jeszcze zanim załatwiłem pierwsze trzy szyby, wysoko nad gło­wą pochwyciłem brzęczenie muchy. Podczas gdy dwie dalsze szyby pozbywały się księżycowego światła, pomyślałem: to umierająca mucha brzęczy tak głośno. Potem zamalowałem swoim głosem na czarno pozostałe wnęki okienne najwyższego piętra fabryki i prze­konałem się o anemii licznych reflektorów, zanim z wielu okien fa­brycznych środkowego i najniższego piętra usunąłem odblask świa­teł, które pochodziły chyba z baterii koło obozu „Narvik”. Najpierw odezwały się baterie nadbrzeżne, potem ja wykończyłem środkowe piętro. Po chwili zezwolenie na prowadzenie ognia otrzymały bate­rie ze Starych Szkotów, Polanek i Młynisk. Poszły trzy okna na par­terze - i płasko nad fabryką poszły trzy nocne myśliwce, które wy­startowały z lotniska. Nie uporałem się jeszcze z parterem, gdy zamilkła artyleria przeciwlotnicza pozostawiając nocnym myśliwcom zestrzelenie czteromotorowego bombowca dalekiego zasięgu, który nad Oliwą został uczczony jednocześnie przez trzy reflektory.&lt;br /&gt;Z początku Oskar żywił jeszcze obawy, że równoczesność jego popisów z efektownymi wysiłkami artylerii przeciwlotniczej mogła­by rozproszyć, a może nawet odciągnąć uwagę chłopaków od fabry­ki i skierować ku nocnemu niebu.&lt;br /&gt;Tym bardziej byłem zdumiony, gdy po zakończeniu dzieła cała banda w dalszym ciągu wpatrywała się w ogołoconą z szyb fabrykę czekolady. Nawet gdy z niedalekiej Dobromierskiej doleciały okrzy­ki radości i brawa jak w teatrze, bo bombowiec dostał, bo płonąc, dając ludziom uciechę, nie tyle wylądował, co spadł na Jaśkowy Las, jedynie paru członków bandy, wśród nich Putto, oderwało się od powybijanych okien fabryki. Lecz ani Störtebeker, ani Psuj, o któ­rych mi właśnie chodziło, nie zwrócili najmniejszej uwagi na zestrze­lony samolot.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7723836444628713611?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7723836444628713611/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7723836444628713611&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7723836444628713611'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7723836444628713611'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/nieprawda-nic-nie-wiedzieli.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7432068340775764285</id><published>2008-08-13T11:08:00.007-07:00</published><updated>2008-08-13T11:08:51.188-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Oskar błądził jeszcze oczyma wokół księżyca, myślami wokół bocznego ołtarza w lewej nawie, nie wstał, a Psuj, na znak Störtebekera wykopnął mi bębenek spod siedzenia.&lt;br /&gt;Gdy wstałem, wziąłem blachę i żeby ją lepiej zabezpieczyć przed dalszymi uszkodzeniami, schowałem pod bluzę.&lt;br /&gt;Ładny chłopak ten Störtebeker, pomyślał Oskar. Oczy osadzone trochę za głęboko i za blisko siebie, ale usta inteligentne i żywe.&lt;br /&gt;- Skąd idziesz?&lt;br /&gt;Oho, zacznie się wypytywanie, powiedziałem sobie, a ponieważ nie spodobało mi się to przywitanie, ponownie uchwyciłem się tar­czy księżyca, wyobraziłem sobie księżyc - on przecież wszystko zniesie - jako bębenek i uśmiechnąłem się ze swojej nie zobowiązu­jącej manii wielkości.&lt;br /&gt;- Drań zęby szczerzy, Störtebeker.&lt;br /&gt;Psuj przypatrzył mi się, zaproponował swojemu szefowi czyn­ność, którą nazwał „wyciskaniem”. Pozostali w tyle, pryszczaty Lwie Serce, Mister, Cykoria i Putto, też byli za wyciskaniem.&lt;br /&gt;Błądząc w dalszym ciągu wokół księżyca, przeliterowałem wycis­kanie. Jakie to ładne słówko, ale z pewnością nic przyjemnego.&lt;br /&gt;- O wyciskaniu ja tu decyduję! - przerwał Störtebeker mamrota­nie swojej bandy, potem znów zwrócił się do mnie: - Widzieliśmy cię nieraz na Dworcowej. Coś tam robił? Skąd idziesz?&lt;br /&gt;Dwa pytania równocześnie. Przynajmniej na jedno musiał Oskar jednak odpowiedzieć, jeśli chciał pozostać panem sytuacji. Toteż oderwałem wzrok od księżyca, spojrzałem na Störtebekera niebie­skimi, wymownymi oczami i powiedziałem spokojnie: - Idę z ko­ścioła.&lt;br /&gt;Trochę mamrotania za plecami Störtebekera w nieprzemakalnym płaszczu. Uzupełniali moją odpowiedź. Psuj wyjaśnił, że miałem na myśli kościół Serca Jezusowego.&lt;br /&gt;- Jak się nazywasz?&lt;br /&gt;To pytanie musiało paść. Tkwiło w samej naturze spotkania. Stawianie tego pytania zajmuje istotne miejsce w ludzkiej konwersacji. Z odpowiadania na to pytanie żyją dłuższe i krótsze sztuki teatralne, I także opery - patrz Lohengrin.&lt;br /&gt;Zaczekałem na światło księżyca między dwiema chmurami, chciałem, żeby ów blask w moich niebieskich oczach podziałał na Störte­bekera choćby przez tyle czasu, ile zajęłoby przełknięcie trzech ły­żek zupy, i powiedziałem potem, nazwałem się, byłem zazdrosny o działanie tego słowa - bo imię Oskar skwitowaliby co najwyżej śmiechem — i Oskar powiedział: - Nazywam się Jezus.&lt;br /&gt;Po tym przyznaniu się zapadła dłuższa cisza, aż Psuj wyseplenił:&lt;br /&gt;- Trzeba mu jednak zrobić wyciskanie, szefie.&lt;br /&gt;Nie tylko Psuj był za wyciskaniem. Störtebeker pstrykając palcami zezwolił na tę operację, a Psuj złapał mnie, wcisnął mi swoje kłyk­cie w prawe ramię, poruszał nimi sucho, szybko, gorąco i boleśnie, póki Störtebeker ponownie, tym razem nakazując przerwać, nie pstryknął palcami - a więc to było wyciskanie!&lt;br /&gt;- No, więc jak się nazywasz? - Szef w welurowym kapeluszu udawał znudzenie, zrobił prawą ręką taki ruch, jakby chciał uderzyć (sierpowym - przy czym zsunął mu się przydługi rękaw nieprzema­kalnego płaszcza - ukazał w świetle księżyca swój zegarek i szepnął nie patrząc na mnie:&lt;br /&gt;- Minuta do namysłu. Potem Störtebeker powie: fajerant. &lt;br /&gt;Bądź co bądź przez minutę Oskar mógł bezkarnie przyglądać się księżycowi, szukać wybiegów w jego kraterach i podawać w wątpli­wość podjętą kiedyś decyzję naśladowania Chrystusa. Ponieważ nie I podobało mi się słówko „fajerant”, a ponadto w żadnym wypadku I nie chciałem dopuścić, żeby chłopaki dyrygowali mną z zegarkiem w ręku, po mniej więcej trzydziestu pięciu sekundach Oskar powie­dział: - Jestem Jezus.&lt;br /&gt;Nastąpiła teraz rzecz efektowna, choć bynajmniej nie zainscenizowana przeze mnie. Tuż po moim powtórnym przyznaniu się do naśladowania Chrystusa, zanim Störtebeker zdążył pstryknąć palca­mi, a Psuj wziąć się za wyciskanie - ogłoszono alarm lotniczy.&lt;br /&gt;Oskar powiedział: „Jezus”, zaczerpnął tchu, a na potwierdzenie moich słów zawyły jedna po drugiej syreny pobliskiego lotniska, syrena na głównym budynku koszar piechoty w Strzyży Górnej, syrena z dachu stojącej pod wrzeszczańskim lasem szkoły Horsta Wessela, syrena na domu towarowym Sternfelda i z bardzo daleka, od strony Alei Hindenburga, syrena Wyższej Szkoły Technicznej. Trze­ba było czasu, żeby wszystkie syreny przedmieścia wyjąc długo i natarczywie podchwyciły niczym archaniołowie obwieszczoną prze­ze mnie dobrą nowinę, żeby sprawiły, iż noc wezbrała i opadła, iż zamigotały i zerwały się sny, żeby wpełzły w ucho śpiochów i na­piętnowały księżyc, który świecił niewzruszenie, jako ciało niebie­skie uchylające się od zaciemnienia.&lt;br /&gt;Podczas gdy Oskar powitał alarm lotniczy jak sojusznika, Störtebekera syreny wytrąciły z równowagi. Dla części jego bandy alarm był bezpośrednim i służbowym wezwaniem. Toteż musiał czterech chłopaków ze służby pomocniczej odesłać przez płot do ich baterii, na pozycje osiemdziesiątek ósemek między zajezdnią tramwajową a lotniskiem. Trzej jego ludzie, wśród nich Belizariusz, mieli dyżur przeciwlotniczy w Conradinum, więc też musieli natychmiast odejść. Resztę, może piętnastu chłopaków, zatrzymał przy sobie, a ponieważ na niebie nic się nie działo, podjął na nowo przesłuchanie: - A za­tem, jeśli dobrześmy zrozumieli, jesteś Jezus. Mniejsza z tym. Inne pytanie: Jak ty to robisz z latarniami i szybami? Tylko bez wykrętów, wiemy wszystko!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7432068340775764285?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7432068340775764285/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7432068340775764285&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7432068340775764285'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7432068340775764285'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/oskar-bdzi-jeszcze-oczyma-wok-ksiyca.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7944372299417016031</id><published>2008-08-13T11:08:00.005-07:00</published><updated>2008-08-13T11:08:37.614-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Chciałem już odłożyć wizytę w fabryce czekolady, zejść chłopa­kom z oczu i nadkładając drogi przez most kolejowy, wzdłuż lotniska, przez ogródki działkowe, przemknąć się do browaru przy Kuźniczkach, gdy i z mostu Oskar usłyszał ich zestrojone, porozumiewaw­cze gwizdy. Nie było już wątpliwości: koncentracja dotyczyła mnie.&lt;br /&gt;W takich sytuacjach, w tak krótkim czasie, gdy rozpoznało się prześladowców, ale nagonka jeszcze się nie rozpoczęła, człowiek szeroko i smakowicie wylicza ostatnie możliwości ratunku: Oskar mógłby głośnym krzykiem wołać mamusię i tatusia. W ten sposób ściągnąłbym jeśli nie wszystkich, to przynajmniej jakiegoś policjan­ta. Przy mojej posturze dorośli na pewno wzięliby mnie w obronę, ja jednak - z konsekwencją, na jaką Oskar umiał niekiedy się zdobyć - odrzuciłem pomoc wyrośniętych przechodniów, interwencję policjan­ta, dręczony ciekawością i pewnością siebie, chciałem zaryzykować, zrobiłem rzecz najgłupszą: szukałem dziury w wysmarowanym smołą płocie okalającym teren fabryki, nie znalazłem, widziałem, jak wy­rostki wychodzą z budki na przystanku, z cienia drzew szosy sopockiej, Oskar podążał dalej wzdłuż płotu, teraz i oni zeszli z mostu, a w płocie z desek w dalszym ciągu nie było dziury, nie szli szybko, raczej spacerkiem, pojedynczo, Oskar mógł jeszcze chwilę szukać, dali mi akurat tyle czasu, ile potrzeba, żeby znaleźć dziurę w płocie, ale gdy w końcu w jednym miejscu brakowało deski i ja. rozdziera­jąc gdzieś ubranie, przecisnąłem się przez szczelinę, po drugiej stro­nie płotu stanęło naprzeciw mnie czterech chłopaków w wiatrów­kach, z łapami w kieszeniach narciarskich spodni.&lt;br /&gt;Ponieważ natychmiast zrozumiałem bezwyjściowość mojej sytu­acji, poszukałem najpierw owego miejsca, które rozdarłem sobie prze­ciskając się przez dziurę w płocie. Znajdowało się w spodniach, z prawej strony. Dwoma rozstawionymi palcami zmierzyłem rozdar­cie, przekonałem się, że jest irytująco duże, ale udałem obojętność i wreszcie spojrzałem w górę czekając, aż wszystkie chłopaki z przy­stanku, z szosy i z mostu przelazły przez płot; bo dziura była dla nich za mała.&lt;br /&gt;Wydarzyło się to w ostatnich dniach sierpnia. Księżyc co pewien czas chował się za chmurą. Naliczyłem około dwudziestu chłopa­ków. Najmłodsi po czternaście, najstarsi po szesnaście, prawie sie­demnaście lat. W dziewięćset czterdziestym czwartym mieliśmy cie­płe, suche lato. Czterech spośród większych łobuziaków nosiło mundury służby pomocniczej lotnictwa. Pamiętam, że w dziewięćset czterdziestym czwartym mieliśmy urodzaj na wiśnie. Stali grupkami wokół Oskara, rozmawiali półgłosem, posługiwali się żargonem, któ­rego nie starałem się wcale zrozumieć. Nosili też dziwaczne prze­zwiska, których tylko mniejszą część zapamiętałem. I tak może pięt­nastoletni pętak o lekko przesłoniętych sarnich oczach nazywał się Cykoria, a czasem Galareta. Na jego sąsiada wołali Putto. Najmniej­szego, ale na pewno nie najmłodszego łobuziaka, który seplenił i miał wysuniętą górną wargę, nazywali Psujem. Na jednego ze służby po­mocniczej mówili Mister, na innego bardzo trafnie Wymoczek, były też imiona historyczne: Lwie Serce, jakiś gołowąs nazywał się Sinobrody, słyszałem dobrze mi znane imiona jak Totila i Tej a, a nawet, co już było zuchwalstwem, Belizariusz i Narses; Störtebekerowi, który chodził w prawdziwym, mocno sfatygowanym welurowym kapeluszu i przydługim nieprzemakalnym płaszczu, przyjrzałem się uważnie: mimo swoich szesnastu latek był przywódcą całej kom­panii.&lt;br /&gt;Nie zwracali na Oskara uwagi, chcieli pewnie, żeby skruszał, więc na pół rozbawiony, na pół rozeźlony na siebie, że dałem się wciągnąć w tę oczywistą szczeniacką romantykę, usiadłem, bo nogi mnie boląły, na bębenku, patrzyłem na księżyc niemal już w pełni i próbowa­łem wysłać część swoich myśli do kościoła Serca Jezusowego.&lt;br /&gt;Może by dzisiaj zabębnił, może by powiedział słówko. A ja sie­działem na podwórzu fabryki czekolady Baltic, zabawiałem się z chłopakami w rycerzy i zbójców. Może czekał na mnie, może miał zamiar po krótkim intermezzo na bębenku ponownie otworzyć usta, żeby wytłumaczyć mi naśladowanie Chrystusa, był teraz rozczaro­wany, że nie przyszedłem, na pewno butnie uniósł brwi. Co Jezus pomyślałby o tych chłopakach? Co Oskar, jego sobowtór, sukcesor i namiestnik, miał począć z tą zgrają? Czy słowami Jezusa: „Pozwól­cie dziatkom przyjść do mnie!” mógł się zwrócić do wyrostków, któ­rzy nazywali się Putto, Cykoria, Sinobrody, Psuj i Störtebeker? Störtebeker zbliżył się. Przy nim Psuj, jego prawa ręka. Störtebeker: - Wstawaj!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7944372299417016031?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7944372299417016031/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7944372299417016031&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7944372299417016031'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7944372299417016031'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/chciaem-ju-odoy-wizyt-w-fabryce.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-8911047759327580184</id><published>2008-08-13T11:08:00.003-07:00</published><updated>2008-08-13T11:08:24.146-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Czy Matzerath zaczerpnął siły z portretu Beethovena, który na­dal wisiał nad fortepianem i ponuro mierzył wzrokiem ponurego Hi­tlera?&lt;br /&gt;- Nie! - krzyknął. - Nigdy! - I uderzył pięścią w stół, w wilgotne, klejące się arkusze, wziął od Marii list dyrekcji zakładu, przeczytał raz, drugi, trzeci, potem podarł list i cisnął skrawki między kupony na chleb, na tłuszcz, na artykuły spożywcze, kupony podróżne, ku­pony dla ciężko pracujących, dla najciężej pracujących i między ku­pony dla przyszłych i dla karmiących matek. Chociaż Oskar dzięki Matzerathowi nie dostał się w ręce owych lekarzy, widział odtąd i widzi nawet jeszcze dziś, ilekroć odwiedza go Maria, wspaniałą, położoną w najlepszej górskiej okolicy klinikę, w tej klinice lśniącą, nowocześnie przyjemną salę operacyjną, widzi, jak przed jej grubo obitymi drzwiami onieśmielona, lecz umie uśmiechnięta Maria od­daje mnie pierwszorzędnym lekarzom, którzy uśmiechają się rów­nież, wzbudzając zaufanie, a tymczasem za swoimi białymi, sterylizo­wanymi fartuchami trzymają pierwszorzędne, wzbudzające zaufanie, działające natychmiast strzykawki. Wszyscy więc opuścili mnie i tylko cień mojej biednej mamy, który paraliżująco padał Matzerathowi na palce, gdy chciał podpisać pismo przysłane przez Ministerstwo Zdro­wia, kilkakrotnie stanął na przeszkodzie temu, bym ja, opuszczony, opuścił ten świat.&lt;br /&gt;Oskar nie chciałby być niewdzięczny. Pozostał mi jeszcze mój bębenek. Pozostał mi także mój głos, który państwu, znającym wszyst­kie moje zwycięstwa nad szkłem, nie ma niczego nowego do zaofia­rowania i który tych z państwa, co lubią odmianę, może znudzić - dla mnie jednak głos Oskara ponad bębenkiem był wiecznie żywym dowodem mojego istnienia; bo póki rozśpiewywałem, poty istnia­łem, póki mój wycelowany oddech pozbawiał szkło oddechu, poty było jeszcze życie we mnie.&lt;br /&gt;Oskar dużo wówczas śpiewał. Rozpaczliwie dużo. Zawsze ile­kroć o późnej godzinie wychodziłem z kościoła Serca Jezusowego, rozśpiewywałem coś po drodze. Idąc do domu nawet nie szukałem specjalnie, zabierałem się do źle zaciemnionego pokoju na mansar­dzie albo zamalowanej na niebiesko, tlącej się zgodnie z przeciwlot­niczymi przepisami latarni ulicznej. Wracając z kościoła za każdym razem wybierałem inną drogę. Jednego dnia przez Antona Möllera dochodził Oskar do ulicy Marii. Innego szedł Uphagena, wokół Conradinum, rozbił z brzękiem oszklone drzwi szkoły i przez Kolonię dotarł do placu Maksa Halbego. Gdy któregoś z ostatnich dni sierp­nia przyszedłem za późno i wrota kościoła zastałem zamknięte, zdecydowałem się na dłuższą drogę okrężną, żeby dać upust swojej wście­kłości. Pobiegłem Dworcową pod górę, uśmiercając co trzecią latar­nię, za Pałacem Filmowym skręciłem w prawo w Adolfa Hitlera, zo­stawiłem w spokoju okna koszar piechoty po lewej, wyładowałem natomiast złość na nadjeżdżającym z Oliwy, prawie pustym tramwa­ju, którego lewy bok ogołociłem ze wszystkich ponuro zaciemnio­nych szyb.&lt;br /&gt;Oskar nie zwrócił prawie uwagi na rezultat, nie patrzył, jak tram­waj zapiszczał i zahamował, jak ludzie wysiedli, złorzeczyli i znowu wsiedli, szukał deseru dla swojej wściekłości, smakołyku w owych tak ubogich w smakołyki czasach, i w swoich sznurowanych butach zatrzymał się dopiero, gdy zaszedł na najdalszy skraj przedmieścia Wrzeszcza, koło stolarni Berendta, i mając przed sobą ciągnące się daleko baraki lotniska zobaczył w blasku księżyca główny gmach fabryki czekolady Baltic.&lt;br /&gt;Moja wściekłość nie była już jednak tak wielka, żebym musiał od razu przedstawić się fabryce w od dawna wypróbowany sposób. Nie spieszyłem się, przeliczyłem policzone przez księżyc szyby, dosze­dłem do tego samego wyniku co on, mógłbym teraz zacząć się przed­stawiać, najpierw jednak chciałem się dowiedzieć, o co chodziło wyrostkom, którzy szli za mną od Strzyży Górnej, przypuszczalnie już od kasztanów na Dworcowej. Sześciu lub siedmiu stało przed budką lub w budce na przystanku przy Dobromierskiej. Pięciu dal­szych można było dojrzeć za pierwszymi drzewami szosy sopockiej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-8911047759327580184?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/8911047759327580184/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=8911047759327580184&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8911047759327580184'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8911047759327580184'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/czy-matzerath-zaczerpn-siy-z-portretu.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2313976466014881246</id><published>2008-08-13T11:08:00.001-07:00</published><updated>2008-08-13T11:08:12.723-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Mimo iż Oskar już choćby dlatego nie nadaje się na naśladowcę Chrystusa, że zebranie uczniów przysparza mu trudności ponad siły, ówczesne wezwanie po tych czy innych oporach znalazło we mnie posłuch, zrobiło ze mnie naśladowcę, choć nie wierzyłem w swojego poprzednika. Lecz zgodnie z zasadą: kto wątpi, ten wierzy, kto nie wierzy, wierzy najdłużej, nie udało mi się zdławić wątpliwościami małego, przeznaczonego tylko dla mnie cudu we wnętrzu kościoła Serca Jezusowego, starałem się więc nakłonić Jezusa do powtórze­nia bębenkowego koncertu.&lt;br /&gt;Kilkakrotnie Oskar zachodził bez Marii do wspomnianego kościoła z wypalonej cegły. Stale wymykałem się matce Truczinskiej, która prze­cież siedziała bez ruchu na krześle i nie mogła sobie ze mną poradzić. Cóż Jezus miał mi do ofiarowania? Czemu spędzałem pół nocy w lewej nawie, pozwalałem, żeby kościelny mnie zamykał? Czemu przed lewym bocznym ołtarzem Oskar dopuszczał, by marzły mu uszy, sztywniały wszystkie członki? Bo mimo wściekłej pokory, mimo równie wściekłych bluźnierstw nie usłyszałem ani bębnienia, ani głosu Jezusa.&lt;br /&gt;Misererei Nigdy w życiu tak nie szczękałem zębami, jak o pomo­cy na kamiennych płytach kościoła Serca Jezusowego. Czy jakiś bła­zen znalazłby kiedykolwiek lepszą grzechotkę niż osoba Oskara? Imitowałem odcinek frontu pełen rozrzutnych karabinów maszyno­wych, między górną i dolną szczęką miałem biuro towarzystwa ubez­pieczeń z chmarą urzędniczek i maszyn do pisania. Rozbrzmiewało to na wszystkie strony, znajdowało oddźwięk i poklask. Filary miały dreszcze, sklepienia dostawały gęsiej skórki, mój kaszel skakał na jednej nodze po szachownicy kamiennych płyt, przebywał drogę krzy­żową wstecz, w środkowej nawie unosił się w górę, wzlatywał na chór, kaszlał sześćdziesięciokrotnie - kółko Bachowskie, które nie śpiewało, które raczej ćwiczyło kaszel - a gdy już miałem nadzieję, że kaszel Oskara ukrył się w piszczałkach organów i odezwie się dopiero przy niedzielnym chorale - zakaszlał w zakrystii, po chwili na ambonie i wreszcie skonał kaszląc na tyłach wielkiego ołtarza, z plecami gimnastyka na krzyżu - i wykaszlał szybko swoją duszę. Dokonało się, kaszlał mój kaszel; a przecież nic się nie dokonało. Mały Jezus trzymał moje pałeczki sztywno i zuchwale, miał moją blachę na różowym gipsie i nie bębnił, nie potwierdził, że jestem jego naśladowcą. Oskar chciałby mieć na piśmie to narzucone mu naśladowanie Chrystusa.&lt;br /&gt;Z owych czasów pozostał mi dobry czy zły zwyczaj, że zwiedza­jąc kościoły, nawet najsłynniejsze katedry, ledwie stanę na kamien­nych płytach, choćby w najlepszym zdrowiu, zanoszę się ustawicz­nym kaszlem, który odpowiednio do stylu, wysokości i szerokości budowli ma charakter gotycki albo romański, także barokowy, i po­zwala mi jeszcze po latach przywołać na bębenku Oskara echo moje­go kaszlu w bazylice w Ulm lub w Spirze. Wówczas jednak, gdy w połowie sierpnia poddawałem się działaniu zimnego jak grób ka­tolicyzmu, o turystyce i zwiedzaniu kościołów w dalekich krajach można było myśleć tylko wtedy, jeśli nosiło się mundur i brało się udział w planowych odwrotach, ewentualnie notując w prowadzo­nym dzienniczku: „Dziś wycofaliśmy się z Orvieto, fantastyczna fasada kościoła, po wojnie przyjechać z Moniką i obejrzeć dokładnie”.&lt;br /&gt;Bywanie w kościele przychodziło mi łatwo, bo w domu nic mnie nie zatrzymywało. Była tam Maria. Ale Maria miała Matzeratha. Był tam mój syn Kurt. Ale nicpoń robił się coraz bardziej nieznośny, sy­pał mi piaskiem w oczy, drapał mnie, aż łamały mu się paznokcie w moim ojcowskim ciele. Mój syn pokazywał mi też parę pięści, które miały tak białe kostki, że już na sam widok tych gotowych do bicia bliźniaków krew leciała mi z nosa.&lt;br /&gt;Dziwna rzecz, Matzerath zajmował się mną, co prawda niezręcz­nie, ale przecież serdecznie. Zdziwiony Oskar godził się na to, że ów dotąd mu obojętny człowiek brał go na kolana, ściskał, przyglądał się, a raz nawet pocałował, miał przy tym łzy w oczach i powiedział bardziej do siebie niż do Marii: - Nie zgodzę się i już. Nie można tak z własnym synem. Choćby nie wiem jaki był i wszyscy lekarze to samo mówili. Łatwo im pisać. Sami chyba dzieci nie mają.&lt;br /&gt;Maria, która siedziała przy stole i jak co wieczór naklejała kupo­ny żywnościowe na arkusze gazetowego papieru, podniosła wzrok: - Uspokój się, Alfredzie. Zachowujesz się, jakby dla mnie znaczyło to tyle co zeszłoroczny śnieg. Ale kiedy mówią, że tak się dzisiaj robi, to już nie wiem, kto ma rację.&lt;br /&gt;Matzerath wskazał palcem fortepian, na którym od śmierci mojej biednej mamy nikt już nie zagrał. - Agnieszka nigdy by tego nie zrobiła i nigdy by się nie zgodziła.&lt;br /&gt;Maria rzuciła okiem na fortepian, uniosła ramiona i opuściła je, dopiero gdy zaczęła mówić: - To zrozumiałe, bo była matką i ciągle miała nadzieję, że mu się poprawi. Ale sam widzisz: nie poprawiło się, wszyscy go popychają, jak był, tak jest do niczego, ani do życia, ani do śmierci!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2313976466014881246?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2313976466014881246/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2313976466014881246&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2313976466014881246'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2313976466014881246'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/mimo-i-oskar-ju-choby-dlatego-nie.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7648655461877663018</id><published>2008-08-13T11:07:00.006-07:00</published><updated>2008-08-13T11:08:02.420-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Miałem już bez słowa podzięki i szybko jak dziesięciu diabłów zbiec ze stopnia, byle dalej od katolicyzmu, gdy miły, choć rozkazu­jący głos dotknął mojego ramienia: - Kochasz mnie, Oskarze?&lt;br /&gt;Nie odwracając się rzuciłem: - Nic mi o tym nie wiadomo.&lt;br /&gt;A on tym samym głosem, ani trochę nie podniesionym: - Ko­chasz mnie, Oskarze?&lt;br /&gt;Odparłem szorstko: - Przykro mi, ale nic a nic!&lt;br /&gt;Wtedy ten nudziarz zagadnął mnie po raz trzeci: - Oskarze, ko­chasz mnie?&lt;br /&gt;Teraz Jezus zobaczył moją twarz: - Nienawidzę cię, chłopczyku, ciebie i całego twojego kramu!&lt;br /&gt;Dziwnym trafem moja obelżywa odpowiedź podsyciła triumfal­ny ton w jego głosie. Jezus uniósł palec wskazujący jak nauczycielka z powszechniaka i polecił mi: - Ty jesteś Oskar, opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół swój. Pójdź za mną!&lt;br /&gt;Możecie państwo sobie wyobrazić moje oburzenie. Z wściekło­ści dostałem gęsiej skórki. Odłamałem mu gipsowy palec u nogi, ale on już ani drgnął. - Powiedz to jeszcze raz - syknął Oskar - a zdrapię ci całą farbę.&lt;br /&gt;Nie padło już ani jedno słówko, pojawił się natomiast, jak zwy­kle, ów stary człowiek, który zawsze kręci się po wszystkich kościo­łach. Ukląkł przed bocznym ołtarzem w lewej nawie, ale nie zauwa­żył mnie, poczłapał dalej i był już przy świętym Wojciechu z Pragi, gdy ja potykając się zbiegłem ze stopni, z dywanu na kamienne pły­ty, nie odwracając się za siebie pognałem po szachownicy do Marii, która właśnie w sposób poprawny i zgodny z moją instrukcją przeże­gnała się po katolicku.&lt;br /&gt;Wziąłem ją za rękę, zaprowadziłem do miski ze święconą wodą, w środkowej nawie, niemal już przy wejściu, kazałem jej przeżegnać się jeszcze raz patrząc w kierunku wielkiego ołtarza, sam w tym wszystkim nie brałem udziału, a gdy chciała uklęknąć, pociągnąłem ją na słońce.&lt;br /&gt;Był wczesny wieczór. Robotnice ze wschodu zeszły już z nasy­pu. Za to koło dworca podmiejskiego we Wrzeszczu manewrował pociąg towarowy. Komary całymi gronami zawisły w powietrzu. Z góry rozległo się bicie dzwonów. Hałasy manewrującego pociągu wchłonęły dzwonienie. Komary nadal wisiały w gronach. Maria miała zapłakaną twarz. Oskar najchętniej zacząłby krzyczeć. Co miał po­cząć z Jezusem? Najchętniej zdałbym się na swój głos. Cóż miałem wspólnego z jego krzyżem?&lt;br /&gt;Wiedziałem jednak doskonale, że mój głos był bezsilny wobec jego witraży. Niech dalej buduje swoją świątynię na ludziach, którzy nazywali się Petrus, Petri albo po wschodnioprusku Petrikeit. „Pa­miętaj, Oskar, żebyś witraże zostawił w spokoju! - szepnął szatan we mnie. - On gotów zniszczyć ci głos”. I dlatego tylko raz rzuciłem okiem w górę, przyjrzałem się takiemu neogotyckiemu witrażowe­mu oknu, potem cofnąłem wzrok, nie zaśpiewałem, nie poszedłem za nim, lecz u boku Marii podreptałem do podziemnego przejścia przy Dworcowej, przez kapiący tunel, w górę do parku na Kuźniczkach, na prawo w ulicę Marii, koło rzeźnika Wohlgemuhta, na lewo w ulicę Elzy, przez mostek na Strzyży do Nowego Rynku, gdzie wybudowali basen z wodą dla obrony przeciwlotniczej. Długa była ulica Labesa, ale w końcu doszliśmy do celu; Oskar zostawił Marię, wbiegł po dziewięćdziesięciu stopniach na strych. Wisiały tam prze­ścieradła, za prześcieradłami leżał piasek przeciwlotniczy, a za pia­skiem i wiadrami, za plikami gazet i stosami dachówek moja księga i mój zapas bębenków z czasów teatru frontowego. A w pudle po butach było kilka przepalonych, ale w dalszym ciągu gruszkowatych żarówek. Oskar wziął pierwszą z nich, rozśpiewał, wziął drugą, starł ją na szklany pył, czyściutko odciął grubszą połowę trzeciej, na czwar­tej wykaligrafował śpiewem słowo JEZUS, potem szkło i napis za­mienił w proch, chciał to powtórzyć, ale zabrakło już żarówek. Wy­czerpany opadłem na piasek przeciwlotniczy; Oskar miał jeszcze głos. Jezus miał ewentualnego naśladowcę. A Wyciskacze mieli być mo­imi pierwszymi uczniami.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7648655461877663018?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7648655461877663018/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7648655461877663018&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7648655461877663018'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7648655461877663018'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/miaem-ju-bez-sowa-podziki-i-szybko-jak.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-1550005513197162523</id><published>2008-08-13T11:07:00.005-07:00</published><updated>2008-08-13T11:07:40.846-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Ale Oskar również po latach nieobecności interesował się nie tyle dziewiczą dumą macierzyńską, co raczej budową fizyczną obu chłop­ców. Jezus był mniej więcej wzrostu mojego syna Kurta w dniu jego trzecich urodzin, przerastał więc Oskara o dwa centymetry. Jan, we­dług świadectw biblijnych starszy od Nazaretańczyka, był równy ze mną. Obaj mieli tę samą przemądrzałą minę, tak dobrze znaną i mnie, permanentnemu trzylatkowi. Nic się nie zmieniło. Spoglądali z rów­nie chytrą wyższością jak przed iluś tam laty, kiedy bywałem w ko­ściele Serca Jezusowego z moją biedną mamą.&lt;br /&gt;Po przykrytych dywanem stopniach w górę, ale bez introitu. Ba­dałem każdą fałdę swoją pałeczką, która miała więcej czucia niż wszystkie palce razem wzięte, sprawdzałem pomalowany gips obu nagusów, pomału, niczego nie opuszczając: uda, brzuch, ramiona, liczyłem fałdki tłuszczu, dołeczki - były to wypisz-wymaluj propor­cje Oskara, moje zdrowe ciało, moje krzepkie, z lekka otłuszczone kolana, moje krótkie, ale muskularne ręce bębnisty. I on, urwis, trzy­mał je tak samo jak ja. Siedząc na udzie Najświętszej Panny unosił ramiona i pięści, jak gdyby zamierzał uderzyć w blachę, jak gdyby to Jezus, nie Oskar, był bębnistą, jak gdyby czekał tylko na moją bla­chę, jak gdyby tym razem naprawdę chciał Najświętszej Pannie, Ja­nowi i mnie wystukać na blasze jakiś wdzięczny rytm.&lt;br /&gt;Postąpiłem tak samo jak przed laty, zdjąłem bębenek z brzucha i wystawiłem Jezusa na próbę. Ostrożnie, żeby nie uszkodzić pomalowanego gipsu, wsunąłem mu biało-czerwoną blachę Oskara na ró­żowe uda, zrobiłem to jednak tylko dla własnej satysfakcji, wcale nie spodziewałem się cudu, chciałem po prostu zobaczyć plastycznie jego bezsilność; bo chociaż siedział tak i unosił pięści, chociaż był moje­go wzrostu i mojej jędrnej kompleksji, chociaż w gipsie bez żadnego zachodu pozował na owego trzylatka, którego ja udawałem z takim trudem i kosztem największych wyrzeczeń - nie mógł bębnić, mógł tylko udawać, myślał pewnie: gdybym miał, to bym mógł, masz, a jednak nie możesz, powiedziałem, pokładając się ze śmiechu wci­snąłem mu obie pałeczki między palce jak kiełbaski, między dziesięć palców - bębnij teraz, najsłodszy Jezusie, kolorowy gips zabębni w blachę, Oskar wraca po trzech stopniach, schodzi z dywanu, staje na kamiennych płytach, bębnij, mały Jezusie, Oskar cofa się jeszcze bardziej. Oddala się i śmieje się do rozpuku, bo Jezus tak sobie siedzi i nie potrafi bębnić, chociaż pewnie chce. Zacząłem już nudzić się jak mops - i wtedy on uderzył, wtedy zabębnił.&lt;br /&gt;Nic się nie poruszyło, tylko on uderzył z lewej, z prawej, potem obydwiema pałeczkami naraz, radził sobie całkiem nieźle, na serio wziął się do dzieła, lubił odmianę, był równie dobry w prostych, jak i skomplikowanych rytmach, wyrzekał się jednak wszelkich sztu­czek, trzymał się ściśle blachy, nie sięgał do pieśni religijnych, nie wpadał w manierę dawnych lancknechtów, starał się imponować mi walorami czysto muzycznymi, nie pogardził też żadnym szlagierem, (zagrał między innymi to, co wówczas każdy nucił, Wszystko przemi­ja, także Liii Marien, powoli, może trochę szarpanym ruchem zwrócił ku mnie kędzierzawą głowę z niebieskimi oczyma Brońskich, uśmiechnął się dosyć zarozumiale i połączył teraz ulubione melodie Oskara w potpourri: zaczął od Szkła, szkła, szkiełka, prześliznął się po Rozkładzie godzin, chłopak tak samo jak ja wygrywał Rasputina przeciwko Goethemu, wspinał się ze mną na Wieżę Więzienną, wpeł­znął ze mną pod trybunę, łapał węgorze na portowym molo, szedł i obok mnie za zwężającą się u stóp trumną mojej biednej mamy i raz po raz, co najbardziej mnie zdumiało, właził pod cztery spódnice mojej babki Anny Koljaiczkowej.&lt;br /&gt;Wtedy Oskar podszedł bliżej. Wtedy coś go przyciągnęło. Wtedy chciał dostać się na dywan, nie chciał dłużej stać na kamiennych pły­tach. Jeden stopień ołtarza, potem drugi. Wdrapałem się zatem na górę i chętnie bym zobaczył, jak on schodzi na dół. - Jezusie - wy­krztusiłem przez ściśnięte gardło - tak żeśmy się nie umawiali. Od­daj mi zaraz bębenek. Ty masz swój krzyż, to ci powinno wystar­czyć! - Nie przerywając raptownie zakończył bębnienie, z przesadną starannością skrzyżował pałeczki na blasze i bez sprzeciwu oddał mi to, co Oskar mu lekkomyślnie wypożyczył.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-1550005513197162523?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/1550005513197162523/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=1550005513197162523&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1550005513197162523'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1550005513197162523'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/ale-oskar-rwnie-po-latach-nieobecnoci.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-9140098923893727586</id><published>2008-08-13T11:07:00.003-07:00</published><updated>2008-08-13T11:07:27.253-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Oskar nie spieszył się, spokojny i coraz chłodniejszy siedział obok Marii w dębowych ławkach. Upłynęły lata, a mnie się wydawało, że to wciąż jeszcze ci sami ludzie, kartkując plan spowiedzi, czekają na ucho proboszcza Wiehnke. Siedzieliśmy trochę na uboczu, bliżej środ­kowej nawy. Chciałem Marii pozostawić i ułatwić wybór. Z jednej strony nie była pesząco blisko konfesjonału, mogła więc po cichu i nieoficjalnie zmienić wyznanie, z drugiej zaś widziała, co się dzieje przed spowiedzią, mogła więc obserwując postanowić, czy i ona zbliży się do ucha proboszcza w pudle i omówi z nim szczegóły swojego przejścia na łono, poza którym nie ma zbawienia. Zrobiło mi się jej żal, kiedy w woni i kurzu, pod stiukami, wyniesionymi w górę anio­łami i załamanym światłem, pośród konwulsyjnie pokręconych świę­tych, przed, pod i pośród słodko bolesnego katolicyzmu taka drobna i jeszcze niezręczna w gestach uklękła i po raz pierwszy przeżegnała się nieumiejętnie. Oskar dotknął lekko ramienia Marii, pokazał jej, jak to się robi, pouczył spragnioną pouczeń, gdzie pod jej czołem, głęboko w piersi i w stawach barkowych mieszkają Ojciec, Syn i Duch Święty, zademonstrowałem ponadto, jak trzeba złożyć dło­nie, żeby dojść do amen. Maria posłuchała, potem jej dłonie zastygły przy amen i zaczęła się modlić.&lt;br /&gt;Z początku i Oskar próbował modląc się wspominać kilku zmar­łych, ale wstawiając się do Boga za swoją Roswitą, chcąc jej wyjed­nać wieczny spoczynek i dostęp do radości niebieskich tak dalece zatracił się w ziemskich szczegółach, że miejscem wiecznego spo­czynku i radości niebieskich okazał się w końcu jeden z paryskich hoteli. Znalazłem ratunek w prefacji, bo to modlitwa poniekąd nie­zobowiązująca, mówiłem: na wieki wieków, sursum corda, dignum etjustum - prawdziwie godnie jest i sprawiedliwie, poprzestałem na tym i spod oka obserwowałem Marię.&lt;br /&gt;Do twarzy jej było z katolicką modlitwą. Wyglądała ślicznie, jak z obrazka, w swoim zamodleniu. Modlitwa wydłuża rzęsy, podkreśla brwi, rozpala policzki, dodaje czołu powagi, a szyi giętkości i wpra­wia w ruch nozdrza. Boleśnie rozkwitła twarz Marii omal nie skusiła mnie, by podjąć próbę zbliżenia, lecz modlącej się nie wolno prze­szkadzać, nie wolno jej kusić ani ulegać jej pokusom, nawet jeśli świadomość czyjegoś zainteresowania jest dla niej przyjemna i po­mocna w modlitwie.&lt;br /&gt;Zsunąłem się więc z wypolerowanego kościelnego drewna i grzecznie złożyłem dłonie na bębenku, który wypychał mi bluzę. Oskar uciekł od Marii, znalazł się na kamiennych płytach, przemknął ze swoją blachą koło stacji drogi krzyżowej w lewej nawie, nie zatrzy­mał się przy świętym Antonim - wstaw się za nami - bo nie zgubili­śmy ani portmonetki, ani kluczy od mieszkania, z lewej zostawiliśmy też za sobą świętego Wojciecha z Pragi, którego zabili dawni Pruso­wie, nie ustaliśmy, przeskakiwaliśmy z płyty na płytę - wyglądały jak szachownica - aż dywan zapowiedział stopnie do bocznego ołtarza.&lt;br /&gt;Musicie mi państwo uwierzyć, że w neogotyckim ceglanym ko­ściele Serca Jezusowego, a zatem i na bocznym ołtarzu w lewej na­wie, wszystko pozostało po staremu. Nagi i różowy mały Jezus w dalszym ciągu siedział na lewym udzie Najświętszej Panny, której nie nazywam Panną Marią, żeby nie pomylić jej z moją przechodzą­cą na katolicyzm Marią. Do prawego kolana Najświętszej Panny w dalszym ciągu tulił się skąpo przyodziany w czekoladowobrązową kudłatą skórę mały Chrzciciel. A ona, jak dawniej, palcem prawej ręki wskazywała na Jezusa i patrzyła przy tym na Jana.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-9140098923893727586?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/9140098923893727586/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=9140098923893727586&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/9140098923893727586'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/9140098923893727586'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/oskar-nie-spieszy-si-spokojny-i-coraz.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-8408020390308706481</id><published>2008-08-13T11:07:00.001-07:00</published><updated>2008-08-13T11:07:15.361-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Nabożeństwo protestanckie nie wystarczało jednak Marii. W środ­ku tygodnia - czy było to w czwartek, czy w piątek? - jeszcze przed zamknięciem sklepu, zostawiając wszystko na głowie Matzeratha wzięła za rękę mnie, katolika, i poszliśmy w stronę Nowego Rynku, skręciliśmy w ulicę Elzy, potem w ulicę Marii, minęliśmy rzeźnika Wohlgemuhta, dotarliśmy do parku na Kuźniczkach - Oskar myślał już, że idziemy na stację we Wrzeszczu, że odbędziemy małą prze­jażdżkę do Bysewa na Kaszubach - ale skręciliśmy w lewo, przed tunelem pod nasypem kolejowym przesądnie odczekaliśmy najpierw, aż przejedzie pociąg towarowy, potem przeszliśmy przez tunel, w którym kapało obrzydliwie, i podążyliśmy wprost na Pałac Filmo­wy, tylko w lewo, wzdłuż nasypu. Wykalkulowałem sobie: albo Ma­ria ciągnie mnie na Brunshöfera do gabinetu doktora Hollatza, albo chce przejść na katolicyzm, chce iść do kościoła Serca Jezusowego.&lt;br /&gt;Front kościoła wychodził na nasyp. Zatrzymaliśmy się między nasypem a otwartymi wrotami. Późne sierpniowe popołudnie z brzę­czeniem w powietrzu. Za nami na żwirze, między torami, kopały i wywijały łopatami robotnice ze wschodu, w białych chustkach na głowie. Staliśmy i zaglądaliśmy w cienisty, tchnący chłodem brzuch kościoła: u samego końca, wabiąc zręcznie, mocno rozjarzone oko - wieczna lampka. Na nasypie za nami Ukrainki przerwały kopanie i wywijanie łopatami. Zagrała trąbka, zbliżał się pociąg, nadjechał. Był tam, był tam nadal, nie przetoczył się jeszcze, potem odjechał, zagrała trąbka, Ukrainki znów zaczęły wywijać łopatami. Maria była niezdecydowana, nie wiedziała chyba, którą stopę wysunąć naprzód, zrzuciła odpowiedzialność na mnie, jako że od czasów urodzin i chrztu bardziej byłem otrzaskany z kościołem, poza którym nie ma zbawie­nia; po raz pierwszy od lat, od owych dwóch tygodni wypełnionych proszkiem musującym i miłością, Maria znów poddała się przewod­nictwu Oskara.&lt;br /&gt;Zostawiliśmy na zewnątrz nasyp kolejowy i jego hałasy, sierpień i sierpniowe brzęczenie. Z pewnym rozrzewnieniem, przebierając czubkami palców po bębenku ukrytym pod bluzą, ale zachowując obojętny wyraz twarzy, przypominałem sobie msze, sumy, nieszpory i sobotnie spowiedzi u boku mojej biednej mamy, która na krótko przed śmiercią przez zbytnią zażyłość z Janem Brońskim bardzo spobożniała, w każdą sobotę znajdowała ulgę w spowiedzi, w niedzielę pokrzepiała się sakramentem, aby w najbliższy czwartek, lekka i za­razem pokrzepiona, spotkać się z Janem przy Stolarskiej. Jak wów­czas nazywał się proboszcz? Nazywał się Wiehnke, nadal był pro­boszczem kościoła Serca Jezusowego, wygłaszał kazania przyjemnie cicho i niezrozumiale, śpiewał Credo tak cienko i płaczliwie, że na­wet mnie ogarnęłoby coś na kształt wiary, gdyby nie ów boczny ołtarz w lewej nawie z Najświętszą Panną, małym Jezusem i małym Janem Chrzcicielem.&lt;br /&gt;I właśnie ów ołtarz skłonił mnie, żeby ze słońca pociągnąć Marię do wrót, a następnie po kamiennych płytach w głąb kościelnej nawy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-8408020390308706481?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/8408020390308706481/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=8408020390308706481&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8408020390308706481'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8408020390308706481'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/naboestwo-protestanckie-nie-wystarczao.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-8933905766874622237</id><published>2008-08-13T11:06:00.006-07:00</published><updated>2008-08-13T11:07:05.107-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>W końcu czerwca matka Truczinska dostała lekkiego udaru mó­zgu, bo poczta przyniosła jej złą nowinę. Kapral Fritz Truczinski poległ równocześnie za trzy sprawy: za führera, naród i ojczyznę. Stało się to na odcinku środkowym, a portfel Fritza z fotografiami ładnych, przeważnie roześmianych dziewcząt z Heidelbergu, Brestu, Paryża, Bad Kreuznach i Salonik, jak również Krzyże Żelazne I i II klasy, nie pamiętam już, jakie odznaki za rany, brązową blaszkę za walkę wręcz i dwie odprute naszywki niszczyciela czołgów, ponadto kilka listów niejaki kapitan Kanauer przesłał ze środkowego odcinka wprost do Wrzeszcza na Labesa.&lt;br /&gt;Matzerath pomagał, jak tylko umiał, i matka Truczinska wkrótce poczuła się lepiej, choć już nigdy nie wy dobrzała. Siedziała bez ru­chu na krześle przy oknie, wypytywała mnie i Matzeratha, który dwa-trzy razy dziennie przychodził na górę i coś przynosił, gdzie to wła­ściwie jest ten „odcinek środkowy”, czy to daleko i czy przez niedzielę można tam zajechać koleją.&lt;br /&gt;Matzerath mimo najlepszych chęci nie mógł udzielić żadnych informacji. Pozostawałem więc ja, który dzięki komunikatom nad­zwyczajnym i doniesieniom Wehrmachtu obkułem się w geografii i w długie popołudnia wybębniałem siedzącej nieruchomo, ale trzę­sącej głową matce Truczinskięj kilka wersji coraz bardziej ruchome­go środkowego odcinka.&lt;br /&gt;Maria natomiast, która była bardzo przywiązana do płochego Frit­za, spobożniała. Początkowo, przez cały lipiec, próbowała jeszcze znaleźć pocieszenie w religii, w której się wychowała, co niedziela chodziła do kościoła Chrystusa, gdzie przewodził pastor Hecht, i nie­raz towarzyszył jej Matzerath, chociaż wolała iść sama.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-8933905766874622237?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/8933905766874622237/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=8933905766874622237&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8933905766874622237'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8933905766874622237'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/w-kocu-czerwca-matka-truczinska-dostaa.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7220408929910104508</id><published>2008-08-13T11:06:00.005-07:00</published><updated>2008-08-13T11:06:48.700-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Kurt upuścił wrak, przyjął bębenek, trzymał go i obracał w dło­niach, a rysy twarzy trochę mu się wygładziły, choć nadal pozostały napięte. Nadszedł teraz czas, żeby wręczyć mu pałeczki. Niestety,&lt;br /&gt;Kurt źle zrozumiał podwójny ruch, poczuł się zagrożony, brzegiem blachy wytrącił mi drewienko z palców, gdy chciałem schylić się po kijki, sięgnął za siebie, a kiedy miałem już pałeczki w garści i po raz drugi wyciągnąłem ku niemu, uderzył mnie swoim prezentem uro­dzinowym: mnie uderzył, nie brzęczącego bąka, który miał odpo­wiednie wyżłobienie, swojego ojca chciał nauczyć brzęczenia i krę­cenia się w kółko, walił mnie batem, myślał sobie: poczekaj braciszku; tak Kain walił Abla, aż Abel zakręcił się, jeszcze się zataczając, po­tem coraz szybciej i dokładniej, z początku niepewnie, przechodząc od chrapliwego brzęczenia do górnych tonów, zaśpiewał piosenkę bąka. A Kain zachęcał mnie batem do śpiewu w coraz wyższych re­jestrach, piałem już nieswoim głosem, zawodziłem niczym tenor przy porannej modlitwie, tak chyba śpiewają kute w srebrze anioły, malcy z wiedeńskiego chóru chłopięcego, wyćwiczeni kastraci - i Abel tak chyba śpiewał, zanim upadł, jak i ja potem upadłem pod batem małe­go Kurta.&lt;br /&gt;Gdy zobaczył, że tak leżę, pomrukując żałośnie, jeszcze kilka razy, jakby jego rękom wciąż było mało, przeciął batem powietrze pokoju. Także w czasie szczegółowych oględzin bębenka bez ustanku spo­glądał na mnie podejrzliwie spod oka. Najpierw w zetknięciu z kan­tem krzesła odprysnął biało-czerwony lakier, potem prezent upadł na podłogę, a Kurtuś odszukał masywny kadłub byłego żaglowca. Tym drewnem uderzył w bębenek. Nie bębnił, tylko rozbijał bębenek. Jego ręka nie spróbowała najprostszego rytmu. Z zastygłą, wytężoną miną walił monotonnie, raz za razem, w blachę, która nie spodziewała się takiego bębnisty, która wprawdzie znosiła leciutkie pałeczki prowa­dzone umiejętnie, ale nie taranowanie ciężkim wrakiem. Bębenek popękał, chciał umknąć przed ciosami uwalniając się od oprawy, chciał stać się niewidzialny, pozbywając się białego i czerwonego lakieru i szaro-niebieską blachą prosząc o litość. Syn jednak dla prezentu uro­dzinowego od ojca okazał się nieubłagany. A gdy ojciec jeszcze raz chciał interweniować i mimo licznych i równoczesnych bólów sunął po dywanie ku synowi na podłodze, znowu bat zagrodził mu drogę: zmęczony bąk znał tego pana, zaprzestał krążenia i brzęczenia, a i bębe­nek zrezygnował ostatecznie z wrażliwego bębnisty umiejętnie ude­rzającego pałeczkami - co prawda mocno, ale nie brutalnie.&lt;br /&gt;Gdy weszła Maria, bębenek nadawał się już tylko na śmietnik. Wzięła mnie na ręce, pocałowała moje zapuchnięte oczy, rozerwane ucho, polizała moją krew i pokryte pręgami ręce.&lt;br /&gt;O, gdybyż Maria pocałowała nie tylko zmaltretowane, zapóźnione w rozwoju, żałośnie nienormalne dziecko! Gdybyż rozpoznała pobitego ojca i w każdej ranie kochanka, jaką pociechą, tajemnym a prawdziwym małżonkiem mógłbym być dla niej przez następne ponure miesiące.&lt;br /&gt;Bo najpierw - Marii to bezpośrednio nie dotknęło - mój brat przy­rodni, awansowany właśnie na podporucznika Stefan Broński, który w tym czasie nosił już nazwisko ojczyma Ehlersa, zginął niespodzie­wanie na froncie białomorskim, co na zawsze podało w wątpliwość jego oficerską karierę. O ile ojciec Stefana, Jan, gdy za udział w obro­nie Poczty Polskiej rozstrzeliwano go na cmentarzu na Zaspie, miał pod koszulą kartę do skata, o tyle bluzę mundurową podporucznika zdobił Krzyż Żelazny II klasy, odznaka szturmowa piechoty i tak zwany order mrożonego mięsa.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7220408929910104508?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7220408929910104508/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7220408929910104508&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7220408929910104508'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7220408929910104508'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/kurt-upuci-wrak-przyj-bbenek-trzyma-go.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-8671636859423244608</id><published>2008-08-13T11:06:00.003-07:00</published><updated>2008-08-13T11:06:33.569-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Dopiero we wnętrzu babki Koljaiczkowej albo, jak to żartobliwie nazywałem, w babcinej maselnicy rozkwitłoby według moich ów­czesnych teorii prawdziwe życie rodzinne. Nawet dzisiaj, kiedy jed­nym susem dopędzam i wręcz prześcigam Boga Ojca, Syna jednorodzonego i, co jeszcze ważniejsze, Ducha Świętego we własnej osobie, kiedy z niechęcią czuję się zobowiązany do naśladowania Chrystusa, jak do wszystkich innych moich zajęć, ja, dla którego nie ma już rzeczy bardziej nieosiągalnej niż wejście do wnętrza mojej babki, wyobrażam sobie najpiękniejsze sceny rodzinne w gronie moich przodków.&lt;br /&gt;Wyobrażam to sobie szczególnie w dni deszczowe: babka rozsy­ła zaproszenia, a my spotykamy się w niej. Przychodzi Jan Broński,&lt;br /&gt;w otwory po kulach, które podziurawiły jego polską pierś obrońcy Poczty, wetknął kwiaty, być może goździki, Maria, która za moim wstawiennictwem dostała zaproszenie, zbliża się nieśmiało do mojej mamy, pokazuje jej, zabiegając o względy, swe księgi handlowe, za­łożone przez mamę, nienagannie prowadzone dalej przez Marię, a mama wybucha swoim kaszubskim śmiechem, przygarnia moją ukochaną do siebie i mówi całując jej policzki, przymrużając oko: „Ależ, dziewczyno, któż by tu miał skrupuły. Przecież obie wyszłyśmy za mąż za Matzeratha i obie zadawałyśmy się z Brońskim”.&lt;br /&gt;Dalszych rozważań, jak choćby spekulacji co do spłodzonego przez Jana, donoszonego przez moją mamę we wnętrzu babki Koljaiczkowej i wreszcie urodzonego w owej maselnicy syna, muszę so­bie surowo zabronić. Bo z pewnością ten wypadek pociągnąłby za sobą następny. Wtedy, być może, mój przyrodni brat Stefan Broński, który ostatecznie też należy do tego grona, wpadłby na właściwy Brońskim pomysł, żeby najpierw zwrócić uwagę na moją Marię, a niebawem zrobić z nią coś innego. Lepiej już niech moja wyobraź­nia ograniczy się do niewinnego rodzinnego spotkania. Rezygnuję więc z trzeciego i czwartego bębnisty, poprzestaję na Oskarze i Kur­cie, na swojej blasze opowiadam zebranym coś niecoś o owej wieży Eiffla, która w obcych krajach zastępowała mi babkę, i cieszę się, kiedy goście, łącznie z gospodynią Anną Koljaiczkową, bawią się naszym bębnieniem i posłuszni rytmowi, klepią się po kolanach.&lt;br /&gt;Jakkolwiek jest rzeczą kuszącą rozwijanie w łonie własnej babki świata i jego stosunków, zdobywanie się w ograniczonej skali na wielowarstwowość, Oskar musi teraz - gdyż podobnie jak Matzerath Sjest tylko domniemanym ojcem - powrócić do wydarzeń z dwunastego czerwca dziewięćset czterdziestego czwartego, do trzecich uro­dzin Kurtusia.&lt;br /&gt;Jeszcze raz: chłopiec dostał pulower, piłkę, żaglowiec, bat i bąka, a ponadto miał dostać ode mnie lakierowany biało-czerwony blasza­ny bębenek. Gdy tylko uporał się z roztaklowaniem żaglowca, zbli­żył się Oskar chowając za plecami blaszany prezent, z używaną bla­chą zawieszoną na brzuchu. Stanęliśmy naprzeciw siebie zaledwie o kroczek: brzdąc Oskar i wyższy o dwa centymetry brzdąc Kurt. Kurt miał gniewną, zaciętą minę - był jeszcze chyba pochłonięty niszczeniem żaglowca - i właśnie w chwili gdy wyciągnąłem i unio­słem bębenek, złamał ostatni maszt „Pamiru”; tak nazywała się łajba.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-8671636859423244608?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/8671636859423244608/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=8671636859423244608&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8671636859423244608'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8671636859423244608'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/dopiero-we-wntrzu-babki-koljaiczkowej.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-6155531950266087575</id><published>2008-08-13T11:06:00.001-07:00</published><updated>2008-08-13T11:06:10.905-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Miałem podstawy do przypuszczeń, że Matzerath, który kiedyś mnie przeznaczył do objęcia sklepu, teraz, kiedy zawiodłem, widział w Kurcie przyszłego kupca kolonialnego. Jeśli mówię w tej chwili: „Trzeba było temu zapobiec!”, to proszę, nich państwo nie widzą w Oskarze zajadłego wroga handlu detalicznego. Koncern fabrycz­ny obiecany mnie albo mojemu synowi, królestwo wraz z przynależ­nymi do niego koloniami, które mielibyśmy w przyszłości odziedzi­czyć, kazałyby mi postąpić tak samo. Oskar nie chciał niczego przyjąć z drugiej ręki i z tego powodu zamierzał nakłonić syna do podobne­go postępowania, zrobić z niego - i na tym polegał błąd w moim rozumowaniu - blaszanego bębnistę permanentnej trzyletności, jak gdyby dla młodego, rokującego wielkie nadzieje człowieka objęcie blaszanego bębenka nie było równie wstrętne jak objęcie sklepu ko­lonialnego.&lt;br /&gt;Tak Oskar myśli dzisiaj. Lecz wówczas miał tylko jedno pragnie­nie: żeby bębniący syn stanął u boku bębniącego ojca, żebyśmy bęb­niąc we dwóch przyglądali się od dołu dorosłym, żeby powstała płodna dynastia bębnistów; bo moje dzieło, blaszane i lakierowane biało-czerwono, winno być przekazywane z pokolenia na pokolenie.&lt;br /&gt;Co za życie nas czekało! Obok siebie, ale i w różnych pokojach, ramię w ramię, ale też on na Labesa, ja na ulicy Luizy, on w piwnicy, ja na strychu, Kurtuś w kuchni, Oskar w ustępie, ojciec tu, syn tam, a niekiedy razem mogliby walić w blachę, przy sprzyjającej okazji mogliby obaj wśliznąć się pod spódnice mojej babki, a jego prababki Anny Koljaiczkowej, mieszkać tam, bębnić i wdychać zapach lekko zjełczałego masła. Przykucnąwszy przed jej bramą powiedziałbym do Kurtusia: „Spójrz tylko, synu. Stamtąd się wywodzimy. A jak bę­dziesz bardzo grzeczny, to na godzinę albo i dłużej możemy tam wró­cić i odwiedzić zebrane tam towarzystwo”.&lt;br /&gt;A Kurt pochyliłby się pod spódnicami do przodu, zaryzykowałby spojrzenie i grzecznie zapytując poprosiłby mnie, swojego ojca, o wyjaśnienie.&lt;br /&gt;„Ta piękna pani - szepnąłby Oskar - która tam siedzi pośrodku, bawi się swoimi pięknymi rękami i ma tak łagodnie owalną twarz, że można by się rozpłakać, to moja biedna mama, a twoja poczciwa babcia, której śmierć spowodował talerz zupy z węgorzy albo jej własne przesłodzone serce”. „Dalej, tato, dalej! - nalegałby Kurt. - Kto to jest ten wąsal?”&lt;br /&gt;Wtedy tajemniczo ściszyłbym głos: „To twój pradziadek, Józef Koljaiczek. Zwróć uwagę na jego płonące oczy podpalacza, na wspa­niale polski brak umiaru i praktycznie kaszubską podstępność powy­żej nasady nosa. Zauważ także błony pływne między palcami nóg. W dziewięćset trzynastym, kiedy «Columbus» spływał na wodę, pra­dziadek dostał się pod tratwę, musiał długo płynąć, aż dotarł do Ameryki i został tam milionerem. Ale czasami znów wchodzi do wody, przypływa z powrotem i daje nura tutaj, gdzie jako podpalacz po raz pierwszy znalazł schronienie i spłodził moją mamę”.&lt;br /&gt;„A ten piękny pan, co dotąd chował się za plecami pani, która jest moją babcią, a teraz siedzi obok niej i gładzi jej ręce? Ma takie same niebieskie oczy jak ty, tato”.&lt;br /&gt;Musiałbym wówczas zebrać całą odwagę, żeby jako zły, zdra­dziecki syn odpowiedzieć grzecznemu dziecku: „Patrzą na ciebie, mój Kurtusiu, cudowne niebieskie oczy Brońskich. Ty masz po mat­ce szare oczy. A jednak tak samo jak ów Jan, który całuje ręce mojej biednej mamy, jak jego ojciec Wincenty jesteś w każdym calu cu­downym, a przy tym po kaszubska rzeczywistym Brońskim. Które­goś dnia i my tam wrócimy, dotrzemy do źródła, które rozsiewa za­pach lekko zjełczałego masła. Ciesz się”.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-6155531950266087575?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/6155531950266087575/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=6155531950266087575&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6155531950266087575'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6155531950266087575'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/miaem-podstawy-do-przypuszcze-e.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-6387976892353246478</id><published>2008-08-13T11:05:00.005-07:00</published><updated>2008-08-13T11:05:59.562-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>A więc powrót do domu! O dwudziestej zero cztery pociąg wio­zący urlopowiczów z frontu wjechał na Dworzec Główny w Gdań­sku. Feliks i Kitty odwieźli mnie na plac Maksa Halbego, pożegnali się, przy czym Kitty miała łzy w oczach, i ruszyli potem dalej, żeby zameldować się w swoim dowództwie w Strzyży Górnej, a Oskar tuż przed dwudziestą pierwszą pomaszerował z bagażem przez Labesa.&lt;br /&gt;Powrót do domu. Jest to szeroko rozpowszechniony zły obyczaj, że każdego młodego człowieka, który sfałszował weksel na drobną sumę i z tego powodu zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej, a po paru latkach wraca trochę starszy i opowiada różne historyjki, uważa się w dzisiejszych czasach za nowoczesnego Odyseusza. Niejeden wsiada przez roztargnienie do niewłaściwego pociągu, jedzie do Oberhausen zamiast do Frankfurtu, przeżywa po drodze jakąś przy­godę — jakżeby miał nie przeżyć — i ledwie wróci do domu, sypie takimi imionami jak Circe, Penelopa i Telemach.&lt;br /&gt;Oskar już choćby dlatego nie był Odyseuszem, że wróciwszy do domu zastał wszystko bez zmian. Jego ukochana Maria, którą prze­cież jako Odyseusz musiałby nazwać Penelopa, nie była otoczona rojem jurnych zalotników, nadal miała swojego Matzeratha, na któ­rego zdecydowała się już na długo przed wyjazdem Oskara. Tym z państwa, którzy są wykształceni, nie przyjdzie też, mam nadzieję, na myśl, by w mojej biednej Roswicie z racji jej dawnych somnam­bulicznych występów dopatrywać się bałamucącej mężczyzn Circe. Co się tyczy wreszcie mojego syna Kurta, to nawet palcem nie kiw­nął w sprawie ojca, a zatem nie był bynajmniej Telemachem, chociaż i on nie poznał Oskara.&lt;br /&gt;Jeśli już szukać porównań - a zdaję sobie sprawę, że człowiek, który wraca do domu, musi pogodzić się z porównaniami - to wolę być dla państwa biblijnym synem marnotrawnym; bo Matzerath otwo­rzył drzwi i przyjął mnie jak ojciec, nie jak domniemany ojciec. Ba, tak się ucieszył z powrotu Oskara, zdobył się też na tak prawdziwe, nieme łzy, że od tego dnia nazywałem się nie tylko Oskarem Brońskim, ale czasem i Oskarem Matzerathem.&lt;br /&gt;Maria przyjęła mnie spokojniej, ale to nie znaczy: nieżyczliwie. Siedziała przy stole, naklejała kupony żywnościowe dla urzędu go­spodarczego, a na stoliczku z przyborami do palenia zgromadziła już kilka zapakowanych jeszcze prezentów urodzinowych dla Kurtusia. Z właściwym sobie zmysłem praktycznym pomyślała najpierw o moim samopoczuciu, rozebrała mnie, wykąpała jak za dawnych czasów, nie zwróciła uwagi, że się zaczerwieniłem, i posadziła w pidżamie przy stole, na który tymczasem Matzerath wniósł dla mnie sadzone jajka i przysmażane ziemniaki. Popijałem do tego mleko, a gdy tak jadłem i piłem, zaczęło się wypytywanie: - Gdzieś ty się podziewał, wszędzieśmy cię szukali, policja też węszyła jak opęta­na, w sądzie musieliśmy przysiąc, żeśmy cię nie zakatrupili. No je­steś wreszcie. Aleś kłopotów furę narobił i jeszcze pewnie narobisz, bo teraz musimy dać znać na policję, żeś wrócił. Miejmy nadzieję, że nie będą chcieli wsadzić cię do zakładu. Zasłużyłeś sobie. Żeby uciec i nie powiedzieć ani słowa!&lt;br /&gt;Maria dobrze przewidywała. Były kłopoty. Przyszedł urzędnik z Ministerstwa Zdrowia, rozmawiał w cztery oczy z Matzerathem, ale Matzerath krzyczał głośno, że można było usłyszeć: - Nie ma o tym mowy, musiałem to przyrzec mojej żonie na łożu śmierci, ja jestem ojcem, nie policja sanitarna!&lt;br /&gt;Nie wsadzili mnie więc do zakładu. Ale od tego dnia co dwa ty­godnie przychodził urzędowy liścik, który wzywał Matzeratha do złożenia maleńkiego podpisu; Matzerath nie chciał jednak podpisać i tylko twarz marszczyła mu się z zatroskania.&lt;br /&gt;Oskar zbyt daleko wybiegł naprzód, musi z powrotem wygładzić twarz Matzeratha, bo w wieczór mojego przyjazdu Matzerath pro­mieniał, nie rozpamiętywał tyle co Maria, pytał też mniej, zadowolił się moim szczęśliwym powrotem, zachował się więc jak prawdziwy ojciec, a kiedy kładli mnie do łóżka u z lekka osłupiałej matki Truczinskiej, powiedział: - Ale Kurtuś się ucieszy, że znowu ma bra­ciszka. Musisz wiedzieć, że jutro obchodzimy jego trzecie urodziny.&lt;br /&gt;Na stole urodzinowym prócz tortu z trzema świeczkami mój syn Kurt znalazł zrobiony przez Gretchen Scheffler pulower w kolorze bordo, na który nie zwrócił najmniejszej uwagi. Była tam obrzydli­wa żółta piłka, na której usiadł, na której jeździł jak na koniu i którą w końcu przekłuł kuchennym nożem. Potem z gumowej rany wy­ssał ową wstrętnie słodką wodę, która osiada we wszystkich wypeł­nionych powietrzem piłkach. Ledwie piłka straciła bezpowrotnie swój dawny kształt, Kurtuś zaczął roztaklowywać żaglowiec i za­mieniać we wrak. Nietknięte, lecz niepokojąco poręczne leżały bąk i bat.&lt;br /&gt;Oskar, który już od dawna rozmyślał o trzecich urodzinach syna, który wyrywając się z wiru najgwałtowniej szych wydarzeń spieszył na wschód, żeby zdążyć na trzecie urodziny swojego pierworodne­go, trzymał się na uboczu, przyglądał się niszczycielskiemu dziełu,&lt;br /&gt;podziwiał rezolutnego chłopca, porównywał swoje cielesne wymia­ry z wymiarami syna, i z pewnym zamyśleniem powiedziałem sobie: w czasie twojej nieobecności Kurtuś cię przerósł, nad owymi dzie­więćdziesięciu czterema centymetrami, które ty potrafiłeś zachować od swoich trzecich urodzin sprzed blisko siedemnastu lat, smyk gó­ruje o dobre dwa-trzy centymetry; nadszedł czas, żeby zrobić z niego blaszanego bębnistę i powstrzymać ten zbyt pośpieszny wzrost.&lt;br /&gt;Ze swojego artystycznego bagażu, który wraz z wielką księgą mądrości ukryłem na strychu za dachówkami, wyjąłem lśniącą no­wiuteńką blachę i chciałem - ponieważ nie zrobili tego dorośli - dać synowi tę samą szansę, jaką na trzecie urodziny, dotrzymując obiet­nicy, dała mi moja biedna mama.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-6387976892353246478?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/6387976892353246478/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=6387976892353246478&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6387976892353246478'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6387976892353246478'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/wic-powrt-do-domu-o-dwudziestej-zero.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-9162563373664865407</id><published>2008-08-13T11:05:00.003-07:00</published><updated>2008-08-13T11:05:45.220-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Chociaż Oskar przy śniadaniu na betonie mówił mało albo pra­wie nic nie mówił, nie mógł nie utrwalić tej rozmowy na Wale Atlan­tyckim, takie bowiem słowa wypowiadano w przeddzień inwazji; owego obergefrajtra i betonowego artystę malarza Lankesa spotka­my zresztą ponownie, gdy na innym miejscu złoży hołd czasom po­wojennym, naszemu rozkwitającemu dziś biedermeierowi.&lt;br /&gt;Na promenadzie nadmorskiej oczekiwał nas opancerzony trans­porter. Porucznik Herzog długimi susami dopadł do swoich pod­opiecznych. Zdyszany przepraszał Bebrę za drobny incydent. - Na obszarze zamkniętym żartów nie ma - powiedział, pomógł paniom wsiąść do samochodu, dał jeszcze kierowcy parę poleceń i ruszyli­śmy z powrotem do Bavent. Musieliśmy się pospieszyć, ale nie zdą­żyliśmy nawet zjeść obiadu, bo o drugiej mieliśmy zapowiedziane przedstawienie w sali rycerskiej owego uroczego normandzkiego zameczku, który wznosił się za topolami u końca wsi.&lt;br /&gt;Pozostało nam tylko pół godziny na próbę świateł, potem Oskar musiał bębniąc rozsunąć kurtynę. Graliśmy dla podoficerów i szere­gowych. Śmiech wybuchał gromko i często. Szarżowaliśmy, ile wle­zie. Ja rozśpiewałem szklany nocnik, w którym znajdowało się parę kiełbasek z musztardą. Grubo uszminkowany klown Bebra ronił łzy nad rozbitym nocniczkiem, wyłowił kiełbaski spośród stłuczek, na­łożył sobie musztardy i zjadł, co wzbudziło głośną wesołość szaro­zielonych. Kitty i Feliks od pewnego czasu występowali w skórza­nych spodenkach i tyrolskich kupelusikach, co nadawało ich akrobatycznym popisom szczególne zabarwienie. Roswita w obci­słej srebrzystej sukni miała bladozielone rękawiczki z mankietami, przetykane złotem sandałki na maleńkich stopkach, lekko niebieska­we powieki trzymała stale opuszczone i swoim śródziemnomorskim głosem dawała świadectwo owej dobrze sobie znanej sztuce czarno­księskiej. Czy mówiłem już, że Oskar nie potrzebował żadnego prze­brania? Nosiłem swoją poczciwą starą marynarską czapkę z wyszytym napisem „SMS Seydlitz”, granatową koszulę, marynarkę ze zło­tymi guzikami w kotwice, spod której wyglądały krótkie spodenki, podwinięte podkolanówki, sfatygowane sznurowane buty i ów biało-czerwony lakierowany bębenek; pięć takich samych bębenków miałem jeszcze w zapasie w swoim artystycznym bagażu.&lt;br /&gt;Wieczorem powtórzyliśmy przedstawienie dla oficerów i blitzmädchen — łączniczek z placówki wywiadu w Cabourgu. Roswita była trochę zdenerwowana, nie zrobiła wprawdzie żadnego błędu, ale w trakcie swojego numeru włożyła okulary przeciwsłoneczne w niebieskiej oprawie, zmieniła ton, jej proroctwa stały się bardziej bezpośrednie, powiedziała na przykład bladej, ze zmieszania aroganc­kiej blitzmädchen, że ma romans ze swoim przełożonym. Przykro mi było słuchać takiej rewelacji, sala jednak ryknęła śmiechem, bo prze­łożony siedział pewnie obok dziewczyny.&lt;br /&gt;Po przedstawieniu oficerowie sztabowi pułku, którzy kwatero­wali w zamku, wydali jeszcze przyjęcie. Podczas gdy Bebra, Kitty i Feliks zostali, Raguna i Oskar pożegnali się dyskretnie, poszli do łóżka, po urozmaiconym dniu szybko zasnęli i dopiero o piątej rano zbudziła ich rozpoczynająca się inwazja.&lt;br /&gt;Po cóż miałbym państwu szeroko o tym opowiadać? Na naszym odcinku, w pobliżu ujścia Orne, wylądowali Kanadyjczycy. Bavent trzeba było ewakuować. Nasz bagaż był już załadowany. Mieliśmy się wycofać ze sztabem pułku. Na dziedzińcu zamkowym zatrzyma­ła się zmotoryzowana, dymiąca kuchnia polowa. Roswita prosiła, żebym przyniósł jej kubek kawy, bo nie jadła jeszcze śniadania. Lek­ko podenerwowany, poza tym obawiając się, że ciężarówka mogła­by odjechać beze mnie, odmówiłem i byłem dla niej trochę niegrzecz­ny. Wtedy sama wyskoczyła z samochodu, z garnuszkiem w ręku pobiegła na wysokich obcasach do kuchni polowej i dopadła gorą­cej porannej kawy równocześnie z uderzającym tam granatem okrę­towym.&lt;br /&gt;O Roswito, nie wiem, ile miałaś lat, wiem tylko, że miałaś dzie­więćdziesiąt dziewięć centymetrów wzrostu, że przemawiało przez ciebie Morze Śródziemne, że pachniałaś cynamonem i muszkatem, że umiałaś wszystkim ludziom zajrzeć w serce; tylko w swoje wła­sne serce nie zajrzałaś, bo inaczej zostałabyś przy mnie i nie poszłabyś po ową o wiele za gorącą kawę.&lt;br /&gt;W Lisieux udało się Bebrze uzyskać dla nas delegację służbową do Berlina. Gdy podszedł do nas przed komendanturą, powiedział po raz pierwszy od śmierci Roswity: - My, karły i błazny, nie powinni­śmy byli tańczyć na betonie, który został ubity i stwardniał dla olbrzymów. Trzeba nam było zostać pod trybunami, gdzie nikt nie po­dejrzewał naszej obecności.&lt;br /&gt;W Berlinie rozstałem się z Bebrą. - Co ty poczniesz w tych wszyst­kich schronach przeciwlotniczych bez swojej Roswity? - uśmiech­nął się leciutko, pocałował mnie w czoło, przydzielił mi Kitty i Felik­sa, zaopatrzonych w służbowe dokumenty, jako towarzyszy podróży do samego Gdańska, podarował mi też pozostałe pięć bębenków z artystycznego bagażu. I tak zaopatrzony, mając ze sobą, jak daw­niej, swoją księgę, jedenastego czerwca dziewięćset czterdziestego czwartego, na dzień przed trzecimi urodzinami mojego syna, przy­byłem do rodzinnego miasta, które wciąż jeszcze nietknięte i śre­dniowieczne, z godziny na godzinę rozbrzmiewało głosem różnych wielkich dzwonów z różnych wysokich kościelnych wież.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-9162563373664865407?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/9162563373664865407/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=9162563373664865407&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/9162563373664865407'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/9162563373664865407'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/chocia-oskar-przy-niadaniu-na-betonie.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-3559266730585239601</id><published>2008-08-13T11:05:00.001-07:00</published><updated>2008-08-13T11:05:33.815-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Jeśli mówię, że Normandia jest zielona, to pomijam owo bydło w biało-brązowe łaty, które po obu stronach prostej jak sznurek dro­gi, na mokrych od rosy, lekko zamglonych łąkach wypełniało swoją powinność przeżuwaczy, patrzyło na opancerzony pojazd tak obo­jętnie, że płyty pancerne zarumieniłyby się ze wstydu, gdyby nie zo­stały przedtem pomalowane na kolor maskujący. Topole, żywopłoty, krzaki pełzające tuż przy ziemi, pierwsze ociężałe, puste i walące okiennicami nadmorskie hotele; skręciliśmy na promenadę, wysie­dliśmy i poczłapaliśmy za porucznikiem, który okazywał kapitanowi Bebrze butny wprawdzie, ale surowy szacunek, przez wydmy, pod wiatr pełen piasku i szumu morskiej kipieli.&lt;br /&gt;Nie było to łagodne Morze Bałtyckie, które czekało na mnie ciem­nozielone, szlochając jak dziewczyna. Tutaj Atlantyk przeprowadzał swoje odwieczne manewry: atakował z przypływem, wycofywał się z odpływem.&lt;br /&gt;A potem mieliśmy przed sobą beton. Wolno nam było podziwiać go i głaskać: on ani drgnął. - Baczność! - wrzasnął ktoś w betonie, długi jak tyka wyskoczył z owego bunkra, który miał kształt spłasz­czonego żółwia, stał między dwiema wydmami, nazywał się „Dora siedem” i otworami strzelniczymi, szczelinami obserwacyjnymi i małokalibrowymi cząstkami metalu spoglądał na odpływ i przypływ. Człowiek, który zameldował się porucznikowi Herzogowi, a także naszemu kapitanowi Bebrze, nazywał się obergefrajter Lankes.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;LANKES salutując&lt;br /&gt;Dora siedem, obergefrajter plus czterech. Żadnych nadzwyczaj­nych zdarzeń!&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;Dziękuję! Wystarczy! Spocznij, obergefrajter Lankes. Słyszał pan, kapitanie, żadnych nadzwyczajnych zdarzeń. Tak już jest od lat.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Bądź co bądź odpływ i przypływ! Widowiska przyrody!&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;Właśnie z tym nasi ludzie mają trochę kłopotu. Dlatego buduje­my jeden bunkier obok drugiego. Włazimy sobie nawzajem w pole widzenia. Niedługo będziemy musieli wysadzić w powietrze parę bunkrów, żeby zrobić miejsce pod nowy beton.&lt;br /&gt;BEBRA stukając w beton; jego ludzie z teatru frontowego robią w ślad za nim to samo&lt;br /&gt;A pan porucznik wierzy w beton?&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;To chyba nie byłoby właściwe słowo. My tutaj na dobrą sprawę w nic nie wierzymy. Nie, Lankes?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Tak jest, panie poruczniku, w nic już nie wierzymy!&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Ale oni mieszają i ubijają.&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;Powiem panu w zaufaniu. Człowiek nabiera przy tym doświad­czenia. Dawniej nie miałem pojęcia o budowie, trochę studiowałem, potem zaczęło się. Mam nadzieję, że po wojnie będę mógł wykorzy­stać swoją znajomość przerobu cementu. Przecież w kraju trzeba będzie wszystko budować od nowa. Proszę przyjrzeć się temu beto­nowi, ale z bliska.&lt;br /&gt;{Bebra i jego ludzie z nosami tuż przy betonie)&lt;br /&gt;Co państwo widzicie? Muszle! Mamy przecież to wszystko pod nosem. Wystarczy tylko sięgnąć i zmieszać. Kamienie, muszle, pia­sek, cement... Co ja panu będę mówił, kapitanie, pan jako artysta i człowiek teatru sam to doskonale zrozumie. Lankes! Opowiedzcie panu kapitanowi, co wbijamy w bunkry.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Tak jest, panie poruczniku! Mam opowiedzieć panu kapitanowi, co wbijamy w bunkry. Zabetonowujemy młode psy. W fundamen­tach każdego bunkra pogrzebany jest szczeniak.&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Szczeniaczek!&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Niebawem na całym odcinku od Caen do Hawru nie będzie już ani jednego szczeniaka.&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Ani jednego szczeniaka!&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Tacy jesteśmy pilni.&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Tacy pilni!&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Niedługo będziemy musieli brać małe kociaki.&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Miau!&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Ale kociaki nie umywają się do szczeniaków. Toteż mamy na­dzieję, że niedługo tu się zacznie.&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Przedstawienie galowe!&lt;br /&gt;Biją brawo&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Dość już mamy prób. A jak nam zabraknie szczeniaków...&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Och!&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;... nie będziemy mogli więcej budować bunkrów. Bo z kotów to&lt;br /&gt;żadna pociecha.&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Miau, miau!&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;A jeśli pan kapitan chciałby jeszcze usłyszeć w dwóch słowach, po co nam te szczeniaki...&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Szczeniaczki!&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;To powiem jedno: ja w to nie wierzę!&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Fe!&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Ale koledzy są przeważnie ze wsi. A tam do dziś dnia, jak się buduje chałupę, stodołę albo wiejski kościół, to trzeba wmurować coś żywego i...&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;Dobrze już, Lankes. Wystarczy. A więc jak pan kapitan słyszał, tu, na Wale Atlantyckim, ludzie hołdują zabobonom. Tak samo jak u państwa w teatrze, gdzie przed premierą nie wolno gwizdać, gdzie aktorzy, nim kurtyna pójdzie w górę, spluwają za siebie...&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;A kysz, a kysz, a kysz!&lt;br /&gt;Spluwają za siebie&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;Ale żarty na bok. Trzeba pozwolić ludziom na trochę przyjemno­ści. Także ozdabianie wejść do bunkrów mozaikami z muszli i beto­nowymi ornamentami, za co wzięli się w ostatnim czasie, tolerujemy na rozkaz najwyższego dowództwa. Ludzie chcą mieć zajęcie. I dla­tego stale powtarzam naszemu szefowi, któremu przeszkadzają be­tonowe zakrętasy: niech lepiej będą w betonie, panie majorze, niż w mózgu. Każdy Niemiec to majster-klepka. Nie ma na to siły!&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Teraz i my przyczynimy się do tego, że wojsko czekając na Wale Atlantyckim trochę się rozerwie...&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Teatr frontowy Bebry śpiewa dla was, gra dla was, pomaga wam w odniesieniu ostatecznego zwycięstwa!&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;Bardzo słusznie to państwo ujmują. Ale jeden teatr to mało. Naj­częściej zdani jesteśmy na samych siebie, więc radzimy sobie, jak umiemy. Co, Lankes?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Tak jest, panie poruczniku! Radzimy sobie, jak umiemy!&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;Sam pan słyszy. A teraz pan kapitan zechce mi wybaczyć. Muszę jeszcze pójść do Dory cztery i Dory pięć. Proszę spokojnie obejrzeć sobie beton, jest na co popatrzeć. Lankes wszystko państwu poka­że...&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Wszystko pokażę, panie poruczniku!&lt;br /&gt;Herzog i Bebra salutują. Herzog odchodzi w prawo. Raguna, Oskar, Feliks i Kit ty, którzy trzymali się dotąd za plecami Bebry, wyskakują naprzód. Oskar trzyma swój blaszany bębe­nek. Raguna niesie koszyk z jedzeniem, Feliks i Kit ty wdra­pują się na betonowy dach bunkra, zaczynają tam ćwiczenia akrobatyczne. Oskar i Roswita, z wiaderkiem i łopatką, bawią się w piasku koło bunkra, zachowują się jak para zakochanych, pokrzy­kują radośnie i żartują z Feliksa i Kit ty.&lt;br /&gt;BEBRA niedbale, obejrzawszy bunkier ze wszystkich stron.&lt;br /&gt;Proszę mi powiedzieć, obergefrajter Lankes, czym pan właściwie jest z zawodu?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Malarzem, panie kapitanie. Ale to stare dzieje.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Chciał pan powiedzieć: malarzem pokojowym?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Pokojowym też, panie kapitanie, ale przeważnie to artystą-malarzem.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Patrzcie, patrzcie! A więc to znaczy, że stara się pan dorównać wielkiemu Rembrandtowi, a może Velazquezowi?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Coś koło tego.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Ależ, dobry człowieku! Czy w takim razie musi pan mieszać be­ton, ubijać beton, strzec betonu? Pańskie miejsce jest w kompanii propagandy. Potrzeba nam malarzy batalistów.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Ze mnie to żaden batalista, panie kapitanie. Jak na dzisiejsze wy­magania maluję za dziwnie. Pan kapitan nie ma przypadkiem papie­rosa dla obergefrajrra?&lt;br /&gt;Bebra daje papierosa&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Czy dziwnie znaczy nowocześnie?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;A co to znaczy nowocześnie? Zanim przyszli ci z betonem, dziw­ne było jakiś czas nowoczesne.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Ach, tak?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Tak.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Maluje pan pastoso? Może szpachlą?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Szpachlą też. I kciukiem, na chybił trafił. Poza tym przylepiam gwoździe i guziki, a przed trzydziestym trzecim był taki czas, że ładowałem drut kolczasty na cynober. Miałem dobrą prasę. Moje obra­zy wiszą teraz u jednego szwajcarskiego kolekcjonera, fabrykanta mydła.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Ta wojna, ta okropna wojna! I dzisiaj ubija pan beton! Poświęca pan swój geniusz pracom fortyfikacyjnym! Niewątpliwie to samo robili już za swoich czasów Leonardo i Michał Anioł. Projektowali machiny obleżnicze i wznosili bastiony, jak nie mieli zamówienia na Madonnę.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;A widzi pan! Zawsze znajdzie się jakaś luka. Jak ktoś jest praw­dziwym artystą, to musi się wypowiedzieć. Może pan kapitan zechce spojrzeć na te ornamenty nad wejściem do bunkra. To moje.&lt;br /&gt;BEBRA po gruntownym obejrzeniu&lt;br /&gt;Nadzwyczajne! Jakie bogactwo form, jaka potężna siła wyrazu.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Jeśli chodzi o styl, to można by to nazwać formacjami struktural­nymi.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;A czy pańskie dzieło, płaskorzeźba lub obraz, ma jakiś tytuł?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Przecież już powiedziałem: formacje, można rzec: ukośne for­macje. To nowy styl. Jeszcze nikt tak nie robił.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;A jednak, właśnie dlatego, że jest pan twórcą tego stylu, powi­nien pan nadać dziełu charakterystyczny tytuł...&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Tytuły! Po co mi tytuły? Gdyby nie było katalogów z wystaw, nie byłoby i tytułów.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Kryguje się pan, Lankes. Proszę mnie traktować jak miłośnika sztuki, nie jak kapitana. Papierosa?&lt;br /&gt;(Lankes bierze papierosa)&lt;br /&gt;A więc?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Ano, jeśli tak pan stawia sprawę. A więc Lankes pomyślał sobie: kiedyś to wszystko się skończy. Bo przecież kiedyś to wszystko się skończy - tak czy owak - i wtedy pozostaną bunkry, bo bunkry po­zostają zawsze, nawet jeśli wszystko inne diabli wezmą. I wtedy przyj­dzie czas! Przyjdą stulecia i myślę... {chowa ostatniego papierosa) Pan kapitan nie ma przypadkiem jeszcze jednego papierosa? Dziękuję posłusznie. Więc przyjdą stulecia i przejdą ponad tym wszyst­kim jakby nigdy nic. Ale pozostaną bunkry, jak pozostały przecież piramidy. A potem, któregoś pięknego dnia przyjdzie tak zwany ba­dacz starożytności i pomyśli sobie: jakie to wtedy, między pierwszą a siódmą wojną światową, były jałowe czasy dla sztuki: nieczuły szary beton, gdzieniegdzie dyletanckie, nieporadne zawijasy w stylu do­mowym nad wejściami do bunkrów - aż natknie się na Dorę cztery, Dorę pięć, Dorę sześć i siedem, zobaczy moje dziwne formacje struk­turalne, powie sobie: popatrz tylko. Interesujące. Rzekłbym, magicz­ne, groźne, a jednak także uduchowione. Tutaj wypowiedział się ge­niusz, być może jedyny geniusz dwudziestego wieku, wypowiedział się jednoznacznie i po wszystkie czasy. Czy dzieło ma jakiś tytuł? Czy podpis zdradza mistrza? Jeśli pan kapitan przyjrzy się dokładnie i przechyli głowę, to tam między wyżłobionymi ukośnymi formacja­mi...&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Nie wziąłem okularów. Niech mi pan pomoże, Lankes.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Ano, tam jest napisane: Herbert Lankes, anno tysiąc dziewięćset&lt;br /&gt;czterdzieści cztery. Tytuł MISTYCZNE BARBARZYŃSKIE ZNUDZONE.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Tak mógłby pan nazwać nasze stulecie.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;A widzi pan!&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Może w czasie prac restauracyjnych za pięćset czy tysiąc lat znaj­dą w betonie parę psich kosteczek.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;A to jeszcze mocniej zaakcentuje mój tytuł.&lt;br /&gt;BEBRA wzburzony&lt;br /&gt;Czymże jest czas i czym jesteśmy my, drogi przyjacielu, jeśli nie swoimi dziełami... Ale niech pan patrzy: Feliks i Kitty, moi akrobaci, gimnastykują się na betonie.&lt;br /&gt;Już od dłuższego czasu między Roświtą i Oskarem, mię­dzy Feliksem i Kitty krąży kartka papieru, podawana z rąk do rąk i zapisywana.&lt;br /&gt;KITTY z lekkim akcentem saksońskim&lt;br /&gt;Proszę tylko spojrzeć, panie Bebra, na betonie można robić wszystko.&lt;br /&gt;Biegnie na rękach.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Salto mortale na betonie też jeszcze nigdy nie było. Robi salto.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Taką scenę powinniśmy mieć naprawdę.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Tylko trochę tu wieje na górze.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Za to nie jest tak gorąco i nie ma takiego zaduchu jak w tych paskudnych kinach.&lt;br /&gt;Skręca się.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;I nawet wiersz wymyśliliśmy tu na górze.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Jak to: wymyśliliśmy. Oskarnello wymyślił i signora Roswita.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Ale jak brakowało rymu, to myśmy pomagali.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Jeszcze tylko jedno słowo i wiersz będzie gotów.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Oskarnello chciałby się dowiedzieć, jak nazywają się te łodygi nad brzegiem.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Bo to jest potrzebne do wiersza.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Bo inaczej zabraknie czegoś ważnego.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Och, niech pan powie, panie żołnierzu, jak nazywają się te łodygi?&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Może mu nie wolno, bo wróg podsłuchuje.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;My na pewno nikomu nie powiemy.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Chodzi tylko o to, że inaczej wiersz weźmie w łeb.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;A Oskarnello tak się starał.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;I jak pięknie umie kaligrafować pismem Sütterlina.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Ciekawa jestem, gdzie się tego nauczył.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Nie wie tylko, jak się nazywają te łodygi.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Jeśli pan kapitan pozwoli?&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Jeśli tu nie chodzi o ważną tajemnicę wojskową...&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Jeśli Oskarnello mimo to chciałby się dowiedzieć.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Jeśli inaczej wiersz się nie uda.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Jeśli wszyscy tacy jesteśmy ciekawi.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Jeśli teraz dam panu rozkaz.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;No więc postawiliśmy tę zaporę przeciwko ewentualnym czoł­gom i łodziom podwodnym. I nazwaliśmy ją, bo tak to wygląda, szpa­ragami Rommla.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Szparagami...&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;...Rommla? Pasuje, Oskarnello?&lt;br /&gt;OSKAR&lt;br /&gt;Owszem!&lt;br /&gt;Dopisuje brakujące słowa na kartce papieru, podaje wiersz Kitty na bunkrze. Ona skręca się jeszcze bardziej i wygłasza poniższe zwrotki jak szkolny wierszyk.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Na Wale Atlantyckim&lt;br /&gt;Siedząc w betonie, po zęby uzbrojeni,&lt;br /&gt;za szparagami Rommla przyczajeni,&lt;br /&gt;w myślach wracamy do cywila,&lt;br /&gt;do ziemniaczanych niedziel, piątkowej&lt;br /&gt;ryby, jajecznicy - to nie bajer:&lt;br /&gt;coraz nam bliższy biedermeier.&lt;br /&gt;Jeszcze w zasiekach śpimy,&lt;br /&gt;w latrynach grzebiemy miny,&lt;br /&gt;i marzymy o altanach,&lt;br /&gt;o kręglarzach, pięknych damach,&lt;br /&gt;o lodówkach - to nie bajer:&lt;br /&gt;coraz nam bliższy biedermeier.&lt;br /&gt;Niejeden jeszcze trzaśnie kopytami,&lt;br /&gt;niejeden serce matki zrani,&lt;br /&gt;śmierć jeszcze w płaszczu spadochronu&lt;br /&gt;wybiera się do domu&lt;br /&gt;i pawie pióra skubie - to nie bajer:&lt;br /&gt;coraz nam bliższy biedermeier.&lt;br /&gt;Wszyscy biją brawo, także Lankes.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Mamy teraz odpływ.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Czas na śniadanie!&lt;br /&gt;Wymachuje dużym koszykiem z prowiantem, który jest przystrojony wstążkami i sztucznymi kwiatami.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Piknik na świeżym powietrzu.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Przyroda zaostrza apetyt.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;O święta rozkoszy jedzenia, która łączysz narody, póki trwa śnia­danie!&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Będziemy ucztować na betonie. Mamy tam solidne oparcie.&lt;br /&gt;Wszyscy prócz Lankesa wdrapują się na bunkier. Roswita rozkłada wesoły, kwiecisty obrus. Z przepastnego koszyka wyciąga poduszeczki z chwostami i frędzlami. Otwiera parasolkę od słońca, różową z jasnozielonym, nastawia maleńki gramofon z głośnikiem, rozdaje talerzyki, nożyki, kieliszki do jajek, serwetki.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Ja bym zjadł troszkę pasztetu z wątróbki.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Macie jeszcze odrobinkę kawioru, który ocaliliśmy ze Stalingradu?&lt;br /&gt;OSKAR&lt;br /&gt;Roswito, nie powinnaś tak grubo smarować duńskim masłem.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Dobrze robisz, synu, że dbasz o jej linię.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Kiedy tak mi smakuje i wychodzi na zdrowie. Och! Jak sobie I przypomnę ten tort z kremem, który podano nam u lotników w Kopenhadze!&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Holenderska czekolada w termosie jest jeszcze zupełnie gorąca.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Jestem po prostu zakochana w amerykańskich biszkoptach.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Ale tylko z południowoafrykańską marmoladą imbirową.&lt;br /&gt;OSKAR&lt;br /&gt;Proszę cię, Roswito, zachowaj trochę umiaru.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;A sam bierzesz sobie grube na palec plasterki tego okropnego angielskiego corned beefu.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;No, panie żołnierzu? Może cieniutką kromeczkę chleba tureckie­go z dżemem z mirabelek?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Gdybym nie był na służbie, panie kapitanie...&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Więc daj mu rozkaz. I KITTY&lt;br /&gt;O właśnie, rozkaz!&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;A zatem rozkazuję wam, obergefrajter Lankes: macie zjeść chleb tu­recki z francuskim dżemem z mirabelek, duńskie jajko na miękko, rosyj­ski kawior, a do tego filiżankę prawdziwej holenderskiej czekolady.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Tak jest, panie kapitanie! Mam zjeść.&lt;br /&gt;I on również siada na bunkrze.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Nie mamy już poduszki dla pana żołnierza?&lt;br /&gt;OSKAR&lt;br /&gt;Może wziąć moją. Ja usiądę na bębenku.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Ale żebyś się nie przeziębił, skarbie. Beton to taka podstępna rzecz, a ty nie jesteś przyzwyczajony.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Moją poduszkę też może wziąć. Ja skręcę się trochę, dobrze mi to zrobi na strawienie tych bułeczek z miodem.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Zostań lepiej przy obrusie, żebyś miodem nie powalała betonu. To podkopywanie morale sił zbrojnych.&lt;br /&gt;Wszyscy chichoczą.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;O, jak dobrze nam robi morskie powietrze.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Rzeczywiście dobrze.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Płuca się rozszerzają.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Istotnie się rozszerzają.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Serce zrzuca skórę.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Doprawdy zrzuca skórę.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Dusza przepoczwarzą się.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Jakże piękny staje się człowiek, gdy morze nań patrzy!&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Wzrok wyzwala się, usamodzielnia...&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Ulatuje...&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Odtruwa ponad morze, bezkresne morze... A to co takiego, obergefrajter Lankes? Widzę tam na plaży pięć czarnych figurek.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Ja też i pięć parasoli.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Sześć.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Pięć. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;To zakonnice z Lisieux. Zostały tu ewakuowane razem ze swoją ochronką.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Ale Kitty nie widzi żadnych dzieciaczków. Tylko pięć parasoli.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Dzieciaki zostawiają zawsze we wsi, w Bavent, i przychodzą nie­raz w porze odpływu, zbierają muszle i kraby, które zawisły na szpa­ragach Rommla.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Biedaczki.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Może je poczęstujemy corned beefem i paru amerykańskimi bisz­koptami?&lt;br /&gt;OSKAR&lt;br /&gt;Oskar proponuje chleb turecki z dżemem z mirabelek, bo dzisiaj jest piątek i zakonnicom nie wolno jeść corned beefu.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Teraz biegną! Zupełnie jakby szybowały na swoich parasolach.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Zawsze tak robią, jak już dość nazbierają. Wtedy zaczynają się bawić. Zwłaszcza ta nowicjuszka, Agneta, młodziutkie stworzenie, całkiem jeszcze zielone - ale czy pan kapitan nie ma przypadkiem jeszcze jednego papierosa dla obergefrajtra? Stokrotne dzięki. A ta z tyłu, taka gruba, co nie nadąża, to przeorysza, siostra Scholastyka. Nie chce, żeby na plaży odbywały się zabawy, bo to pewnie sprzeci­wia się regułom zakonu.&lt;br /&gt;Zakonnice z parasolami biegną w głębi. Roswita nastawia gramofon, rozbrzmiewa „Sanna w Petersburgu”. Zakonnice tańczą w rytm muzyki i pokrzykują radośnie.&lt;br /&gt;AGNETA&lt;br /&gt;Hop, hop! Siostro Scholastyko!&lt;br /&gt;SCHOLASTYKA&lt;br /&gt;Agneto! Siostro Agneto!&lt;br /&gt;AGNETA&lt;br /&gt;U-hu, siostro Scholastyko!&lt;br /&gt;SCHOLASTYKA&lt;br /&gt;Proszę zawrócić, moje dziecko! Siostro Agneto!&lt;br /&gt;AGNETA&lt;br /&gt;Kiedy nie mogę. Nogi same mnie niosą!&lt;br /&gt;SCHOLASTYKA&lt;br /&gt;Więc módl się, siostro, o powrót.&lt;br /&gt;AGNETA&lt;br /&gt;Boleściwy?&lt;br /&gt;SCHOLASTYKA&lt;br /&gt;Łaskawy.&lt;br /&gt;AGNETA&lt;br /&gt;Radosny?&lt;br /&gt;SCHOLASTYKA&lt;br /&gt;Módl się, siostro Agneto!&lt;br /&gt;AGNETA&lt;br /&gt;Modlę się przez cały czas. Ale nogi niosą mnie coraz dalej.&lt;br /&gt;SCHOLASTYKA ciszej&lt;br /&gt;Agneto, siostro Agneto!&lt;br /&gt;AGNETA&lt;br /&gt;Hop, hop! Siostro Scholastyko!&lt;br /&gt;Zakonnice znikają. Tylko co jakiś czas wynurzają się w głębi ich parasole. Kończy się płyta. Przy wejściu do bunkra dzwoni telefon polowy. Lankes zeskakuje z dachu bunkra, podnosi słuchawkę, pozostali jedzą.&lt;br /&gt;ROSWITA&lt;br /&gt;Że też nawet tutaj, pośród bezkresnej przyrody, musi być telefon.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Tu Dora siedem. Obergefrajter Lankes.&lt;br /&gt;HERZOG ze słuchawką i kablem telefonu zbliża się powoli z pra­wej, często przystaje i mówi do swego aparatu&lt;br /&gt;Wy tam śpicie, obergefrajter Lankes! Jest jakiś ruch przed Dorą siedem. Widoczny gołym okiem!&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;To zakonnice, panie poruczniku.&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;Co to znaczy zakonnice? A jeśli to nie są zakonnice?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Są, są. Widoczne gołym okiem.&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;Pewnie jeszcze nigdy nie słyszeliście o maskowaniu, co? Ani o piątej kolumnie? Anglicy robią takie sztuczki już od wieków. Przy­chodzą z Biblią, a potem kropią znienacka.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;One zbierają kraby, panie poruczniku...&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;Plaża ma być natychmiast oczyszczona! Zrozumiano?&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Tak jest, panie poruczniku... Ale przecież one tylko zbierają kraby.&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;Zajmijcie się swoim kaemem, obergefrajter Lankes!&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Ale jeśli one po prostu zbierają kraby, bo jest odpływ, i to dla swojej ochronki...&lt;br /&gt;HERZOG&lt;br /&gt;Daję wam rozkaz...&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Tak jest, panie poruczniku!&lt;br /&gt;Lankes znika w bunkrze. Herzog odchodzi z telefonem w prawo.&lt;br /&gt;OSKAR&lt;br /&gt;Zatkaj sobie uszy, Roswito, będą teraz strzelać jak w kinie na&lt;br /&gt;kronice.&lt;br /&gt;KITTY&lt;br /&gt;Och, to straszne. Jeszcze bardziej się skręcę.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;I mnie się zdaje, że coś usłyszymy.&lt;br /&gt;FELIKS&lt;br /&gt;Powinniśmy znowu nastawić gramofon. Zagłuszy to i owo.&lt;br /&gt;Nastawia gramofon. The Platters śpiewają "The Great Pretender”. Rozlega się dostosowany do powolnej, tragicznie rozciągniętej muzyki trzask karabinu maszynowego. Roswita zatyka uszy. Fe­liks staje na głowie. W głębi pięć zakonnic z parasolami ulatuje do nieba. Płyta zacina się, powtarza, potem cisza. Feliks staje na nogi. Kit ty rozkręca się. Roswita pospiesznie zgarnia obrus z resztkami śniadania do koszyka. Oskar i Bebra pomagają jej. Wszyscy opuszczają dach bunkra. W drzwiach bunkra pojawia się Lankę&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Nie ma pan kapitan przypadkiem jeszcze jednego papierosa dla obergefrajtra?&lt;br /&gt;BEBRA jego ludzie wystraszeni za nim&lt;br /&gt;Pan żołnierz za dużo pali.&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Za dużo pali!&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;To przez ten beton, panie kapitanie.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;A jak któregoś dnia nie będzie już betonu?&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Nie będzie betonu.&lt;br /&gt;LANKES&lt;br /&gt;Beton jest nieśmiertelny, panie kapitanie. Tylko my i nasze papierosy...&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Wiem, wiem, ulatujemy z dymem.&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY odchodząc powoli&lt;br /&gt;Z dymem.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;A beton będą oglądać jeszcze za tysiąc lat.&lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;Za tysiąc lat.&lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;Znajdą psie kości. &lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY Psie kosteczki. &lt;br /&gt;BEBRA&lt;br /&gt;I pańskie dziwne formacje w betonie. &lt;br /&gt;LUDZIE BEBRY&lt;br /&gt;MISTYCZNE BARBARZYŃSKIE ZNUDZONE! &lt;br /&gt;Lankes paląc papierosa zostaje sam.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-3559266730585239601?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/3559266730585239601/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=3559266730585239601&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3559266730585239601'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3559266730585239601'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/jeli-mwi-e-normandia-jest-zielona-to.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7675071936479419613</id><published>2008-08-13T11:04:00.008-07:00</published><updated>2008-08-13T11:05:00.169-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Jedynie wieża Eiffla budziła we mnie nostalgię. Nie znaczy to, żebym wspinał się na jej szczyt i skuszony rozległą perspektywą, wywoływał w sobie gorące pragnienie powrotu w rodzinne strony. Oskar tyle razy wspinał się na wieżę na pocztówkach i w myślach, że prawdziwe wejście na górę spowodowałoby tylko rozczarowane zej­ście. Ilekroć stawałem lub zgoła przykucałem u stóp wieży Eiffla, ale bez Roswity, samotnie, pod śmiało wygiętym początkiem metalowej konstrukcji, owo sklepienie umożliwiające wprawdzie widok, a jed­nak zamknięte, stawało się dla mnie osłaniającą wszystko kopułą mojej babki Anny: siedząc pod wieżą Eiffla siedziałem pod jej czte­rema spódnicami. Pole Marsowe zamieniało mi się w kaszubskie kartofliska, paryski październikowy deszcz spadał ukośnie i niestrudzenie między Bysewem a Rębiechowem, cały Paryż, łącznie z me­trem, zalatywał w takie dni lekko zjełczałym masłem, stawałem się cichy, zadumany, Roswita starała się mnie nie urazić, szanowała mój ból; była bowiem osobą subtelną.&lt;br /&gt;W kwietniu dziewięćset czterdziestego czwartego - ze wszyst­kich frontów nadchodziły komunikaty o pomyślnym skracaniu fron­tu - musieliśmy spakować nasz artystyczny bagaż, opuścić Paryż i występami teatru frontowego Bebry uszczęśliwić Wał Atlantycki. Rozpoczęliśmy tournee w Hawrze. Bebra był jakiś małomówny, roz­targniony. Choć na scenie nigdy nie zawodził i jak dawniej rozśmie­szał publiczność, jego prastara twarz Narsesa kamieniała, ledwie tyl­ko opadała kurtyna. Z początku sądziłem, że mam przed sobą zazdrośnika i co gorsza, człowieka, który kapituluje wobec siły mo­jej młodości. Roswita uświadomiła mnie szeptem, nie wiedziała co prawda nic pewnego, przebąkiwała tylko o oficerach, którzy po przed­stawieniach składali Bebrze wizyty przy drzwiach zamkniętych. Wyglądało na to, jakby mistrz porzucał emigrację wewnętrzną, jak­by planował coś bezpośredniego, jakby odezwała się w nim krew jego przodka, księcia Eugeniusza. Plany, jakie obmyślał, tak bardzo oddaliły go od nas, doprowadziły do tak rozległych powiązań, że zażyłość Oskara z jego dawną Roswita wywoływała co najwyżej zmęczony uśmiech na jego pofałdowanej twarzy. Gdy pewnego razu - było to w Trouville, kwaterowaliśmy w domu zdrojowym - zasko­czył nas splecionych ciasno na dywanie naszej wspólnej garderoby, widząc, że chcemy oderwać się od siebie, machnął ręką i powiedział do lustra: - Kochajcie się, dzieci, całujcie się, jutro oglądamy beton, a już pojutrze beton będzie wam trzeszczał w ustach, więc nie żałuj­cie sobie pocałunków!&lt;br /&gt;Było to w czerwcu dziewięćset czterdziestego czwartego. Do tego czasu oblecieliśmy Wał Atlantycki od Zatoki Biskajskiej po Holan­dię, najczęściej jednak przebywaliśmy na zapleczu, niewiele widzie­liśmy legendarnych bunkrów i dopiero w Trouville po raz pierwszy graliśmy na samym wybrzeżu. Zaproponowano nam obejrzenie Wału Atlantyckiego. Bebra wyraził zgodę. Ostatnie przedstawienie w Tro­uville. W nocy zawieziono nas do wioski Bavent, niedaleko Caen, cztery kilometry od nadmorskich wydm. Zakwaterowano nas u chło­pów. Rozległe pastwiska, żywopłoty, jabłonie. Pędzą tam wódkę z owoców calvados. Piliśmy tę wódkę i dobrze po niej spaliśmy. Ostre&lt;br /&gt;powietrze wdzierało się przez okno, żabiniec kumkał od rana. Są żaby, które potrafią bębnić. Słyszałem je we śnie i upominałem siebie: musisz wracać do domu, Oskarze, twój syn Kurt skończy niedługo trzy lata, musisz mu dać bębenek, obiecałeś mu! Gdy Oskar, tak stale upominany, budził się jako udręczony ojciec, sięgał obok po omac­ku, upewniał się, że jest przy nim jego Roswita, czuł jej zapach: Raguna pachniała leciutko cynamonem, tłuczonymi goździkami, także muszkatem; pachniała przedświątecznie przyprawami do ciasta i na­wet latem zachowywała ten zapach.&lt;br /&gt;Rano przed chłopską zagrodę zajechał transporter opancerzony. W bramie obejścia wszyscy trzęśliśmy się trochę. Było wcześnie, rześko, paplaliśmy pod wiatr od morza, wsiedliśmy: Bebra, Raguna, Feliks i Kitty, Oskar i ów porucznik Herzog, który zabierał nas do swojej baterii na zachód od Cabourga.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7675071936479419613?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7675071936479419613/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7675071936479419613&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7675071936479419613'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7675071936479419613'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/jedynie-wiea-eiffla-budzia-we-mnie.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2405009338377491648</id><published>2008-08-13T11:04:00.007-07:00</published><updated>2008-08-13T11:04:49.547-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Przez trzy tygodnie występowaliśmy co wieczór w szacownych kazamatach garnizonowego rzymskiego miasta Metz. Ten sam pro­gram prezentowaliśmy przez dwa tygodnie w Nancy, Chälons-sur-Marne przyjmowało nas gościnnie przez tydzień. Oskar tu i ówdzie rzucał już jakieś francuskie słówko. W Reims można jeszcze było podziwiać szkody, jakie wyrządziła pierwsza wojna światowa. Ka­mienna menażeria słynnej na cały świat katedry, żywiąc odrazę do ludzkości, bez ustanku pluła wodą na kamienie bruku, co ma ozna­czać: w Reims padało dzień w dzień, w nocy zresztą też. Za to potem mieliśmy promiennie pogodny wrzesień w Paryżu. Mogłem pod rękę z Roswita przechadzać się po ulicach i tu obchodziłem swoje dzie­więtnaste urodziny. Chociaż znałem metropolię z pocztówek kaprala Fritza Truczinskiego, Paryż w niczym mnie nie rozczarował. Gdy po raz pierwszy stanęliśmy z Roswita u stóp wieży Eiffla i spojrzeliśmy w górę - ja miałem dziewięćdziesiąt cztery, ona dziewięćdziesiąt dzie­więć centymetrów - oboje trzymając się pod rękę, po raz pierwszy uświadomiliśmy sobie naszą wyjątkowość i wielkość. Pocałowaliśmy się na środku ulicy, co w Paryżu nie jest jednak czymś niezwykłym.&lt;br /&gt;O, jakiż to wspaniały kontakt ze sztuką i historią! Gdy zasze­dłem, nadal pod rękę z Roswita, do kościoła Inwalidów i przywoła­łem na pamięć wielkiego, ale nie wysokiego, toteż tak bliskiego nam obojgu cesarza, mówiłem słowami Napoleona. Jak on nad grobem Fryderyka II, który też nie był przecież olbrzymem, powiedział: „Gdy­by on żył jeszcze, nas by tutaj nie było!”, tak ja szepnąłem czule w ucho mojej Roswicie: „Gdyby Korsykanin żył jeszcze, nas by tutaj nie było, nie całowalibyśmy się pod mostami, na nabrzeżach, sur le trottoir de Paris”.&lt;br /&gt;W ramach gigantycznego programu występowaliśmy w sali Pleyel i w teatrze Sary Bernhardt. Oskar przyzwyczaił się szybko do wiel­komiejskich warunków scenicznych, udoskonalił swój repertuar, dostosował się do wybrednego gustu paryskich wojsk okupacyjnych: nie rozśpiewywałem już prostych, pospolitych niemieckich butelek z piwem, nie, rozśpiewywałem i miażdżyłem najbardziej wyszuka­ne, pięknie wygięte, cieniutko wydmuchane wazony i czarki na owo­ce z francuskich zamków. Układałem swój program w oparciu o za­sady kulturalno-historyczne: zaczynałem od kieliszków z czasów Ludwika XIV, ścierałem na proch wyroby szklane z epoki Ludwika XV. Z gwałtownością, pamiętając o czasach rewolucyjnych, atakowałem puchary nieszczęsnego Ludwika XVI i jego bezgłowej Marii Antoniny, trochę Ludwika Filipa, a na zakończenie rozprawiałem się z fantazyjnymi produktami ze szkła francuskiej secesji.&lt;br /&gt;Chociaż szarozielona masa na parterze i na balkonie nie mogła śledzić historycznej ciągłości moich występów i oklaskiwała stłucz­ki tylko jako zwyczajne stłuczki, niekiedy trafiali się oficerowie szta­bowi i dziennikarze z Rzeszy, którzy prócz stłuczek podziwiali także moje wyczucie historii. Jakiś umundurowany typ o wyglądzie uczo­nego, gdy po występie galowym dla komendantury zostaliśmy mu przedstawieni, wyrażał się pochlebnie o moich popisach. Szczegól­nie wdzięczny był Oskar korespondentowi jednej z czołowych gazet Rzeszy, który bawił w mieście nad Sekwaną okazał się znawcą Francji i dyskretnie zwrócił mi uwagę na parę drobnych uchybień, jeśli nie stylowych niekonsekwencji w moim programie.&lt;br /&gt;Zimę spędziliśmy w Paryżu. Zakwaterowano nas w pierwszorzęd­nym hotelu i nie będę ukrywał, że przez całą długą zimę Roswita u mojego boku wypróbowywała i wychwalała stale zalety francu­skiego łóżka. Czy Oskar był w Paryżu szczęśliwy? Czy zapomniał o pozostałych w domu swoich bliskich, o Marii, Matzeracie, o Gretchen i Aleksandrze Schefflerach, o swoim synu Kurcie, o babce An­nie Koljaiczkowej?&lt;br /&gt;Choć nie zapomniałem o nich, nie odczuwałem braku nikogo z moich krewnych. Nie wysyłałem więc do domu kart poczty polo­wej, nie odzywałem się ani słowem, lecz dałem im możliwość życia przez rok beze mnie; bo na powrót zdecydowałem się już przy wy­jeździe, byłem przecież ciekaw, jak to całe towarzystwo urządziło się pod moją nieobecność. Na ulicy, a i podczas przedstawień szukałem nieraz w twarzach żołnierzy znajomych rysów. Może Fritza Truczinskiego albo Aksela Mischke ściągnięto z frontu wschodniego i prze­rzucono do Paryża, kombinował Oskar, raz czy dwa zdawało mu się też, że w gromadzie piechurów rozpoznał płochego brata Marii; ale to nie był on: szarozielony mundur myli!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2405009338377491648?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2405009338377491648/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2405009338377491648&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2405009338377491648'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2405009338377491648'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/przez-trzy-tygodnie-wystpowalimy-co.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-4857824370604323245</id><published>2008-08-13T11:04:00.005-07:00</published><updated>2008-08-13T11:04:36.156-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Ledwie przywleczono nasz artystyczny bagaż - wojacy byli nad­gorliwi - Feliks i Kitty rozpoczęli swoje akrobatyczne popisy. Oboje byli ludźmi bez kości, zwijali się, splatali, supłali, okręcali, odrywali od siebie, znów zespalali, przeplatali to i owo i przyprawiali gapią­cych się, stłoczonych wojaków o łamanie w kościach i trwający jesz­cze przez kilka dni ból mięśni. Jeszcze gdy Feliks i Kitty skręcali się i rozkręcali, wystąpił Bebra jako klown muzyczny. Poczynając od pełnych, kończąc na pustych butelkach wygrywał najpopularniejsze przeboje owych wojennych lat, wygrywał Erikę i Mamusiu, daruj mi konika, z butelkowych szyjek wydobywał dźwięk i blask Twoich gwiazd, ojczyzno, a gdy to nie rozgrzało widowni na dobre, sięgnął po swój stary popisowy kawałek: Jimmy the Tiger szalał pomiędzy butelkami. Podobało się to nie tylko urlopowanym żołnierzom, ale znalazło też uznanie w wybrednym uchu Oskara; i gdy Bebra po paru naiwnych, lecz niezawodnych sztuczkach magicznych zapowiedział Roswitę Ragunę, wielką somnambuliczkę, i Oskarnella Ragunę, uśmiercającego szkło bębnistę, widzowie byli już rozpaleni: Roswita i Oskarnello nie mogli nie odnieść sukcesu. Rozpocząłem nasz występ lekkim postukiwaniem w blachę, przygotowywałem kulmi­nacyjne momenty narastającym bębnieniem, a po występach potęż­nym kunsztownym waleniem wezwałem do oklasków. Z tłumu wi­dzów Raguna na chybił trafił wywoływała wojaków, nawet oficerów, prosiła starszawych obergefrajtrów czy nieśmiało bezczelnych pod­chorążych, żeby zechcieli usiąść, zaglądała temu czy owemu w serce - znała się przecież na tym - i prócz zawsze trafnie odgad­niętych danych z książeczki żołdu wyjawiała jeszcze tłumowi pewne intymne szczegóły z prywatnego życia obergefrajtrów i podchorą­żych. Robiła to delikatnie, odsłaniała cudze tajemnice z dowcipem, na koniec ofiarowywała tak obnażonemu, jak sądzili widzowie, peł­ną butelkę piwa, prosiła obdarowanego, żeby wysoko uniósł butelkę i pokazał wszystkim, potem dawała znak mnie, Oskarnellowi: nara­stające bębnienie, dziecinna igraszka dla mojego głosu, który dorósł do innych zadań, butelka piwa pękała z trzaskiem: pozostawała zbaraniała, ochlapana piwem twarz starego wygi obergefrajtra albo żółtodziobego podchorążego - a potem wybuchał aplauz, długotrwałe okla­ski, w które mieszały się odgłosy ciężkiego nalotu na stolicę Rzeszy.&lt;br /&gt;To, cośmy pokazywali, nie było wprawdzie światową klasą, ale dawało ludziom odprężenie, pozwalało zapomnieć o froncie i urlo­pie, wyzwalało śmiech, nie kończący się śmiech: bo gdy nad nami spadały miny lotnicze, trzęsły piwnicą i zasypywały wszystko, odci­nały dopływ prądu i gasiły zapasowe światełka, w ciemnym, dusz­nym grobowcu nadal rozbrzmiewał śmiech, „Bebra”, wołali, „my chcemy Bebrę!”, i poczciwy, niestrudzony Bebra wychodził, odgry­wał po ciemku klowna, wydobywał z pogrzebanej masy salwy śmie­chu i trąbił, gdy domagano się Raguny i Oskarnella: - Signora Raguna jest barrrrdzo zmęczona, drodzy ołowiani żołnierze. A i mały Oskarnello musi uciąć sobie małą drzemkę dla dobrrra Rzeszy Wielkoniemieckiej i ostatecznego zwycięstwa!&lt;br /&gt;Ona jednak, Roswita, leżała przy mnie i bała się. Oskar natomiast nie bał się, a mimo to leżał przy Ragunie. Jej strach i moja odwaga połączyły nasze dłonie. Ja szukałem jej strachu, ona mojej odwagi. Wreszcie ja wystraszyłem się trochę, ona zaś nabrała odwagi. I gdy po raz pierwszy przepędziłem jej strach, natchnąłem ją odwagą, moja męska odwaga powstała już po raz drugi. Gdy moja odwaga liczyła sobie wspaniałych osiemnaście lat, ona, nie wiem w którym będąc roku życia, po raz który tak leżąc, popadła w swój wyuczony, doda­jący mi odwagi strach. Bo podobnie jak jej twarz, tak i jej drobne, a przecież kompletne ciało nie miało najmniejszych śladów żłobią­cego czasu. Ponadczasowo odważna i ponadczasowo strachliwa - oddała mi się Roswita. I nikt nie dowie się nigdy, czy owa liliputka, która w zasypanej piwnicy Thomasa w czasie wielkiego nalotu na stolicę Rzeszy pod moją odwagą pozbywała się swojego strachu, póki nie odkopali nas ci z obrony przeciwlotniczej, miała dziewiętnaście, czy dziewięćdziesiąt dziewięć lat; bo Oskarowi tym łatwiej zacho­wać dyskrecję, że sam nie wie, czy tej naprawdę pierwszej, odpowia­dającej jego cielesnym proporcjom rozkoszy zaznał w ramionach odważnej staruszki, czy ze strachu pełnej oddania dziewczyny.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-4857824370604323245?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/4857824370604323245/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=4857824370604323245&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4857824370604323245'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4857824370604323245'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/ledwie-przywleczono-nasz-artystyczny.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-3993711975751533636</id><published>2008-08-13T11:04:00.003-07:00</published><updated>2008-08-13T11:04:23.829-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Oskar miał już za sobą niejedną jazdę tramwajem, a teraz miał też jechać koleją. Gdy Bebra wprowadził mnie do przedziału, Raguna uniosła wzrok znad jakiegoś szycia, uśmiechnęła się i uśmiechając się pocałowała mnie w policzek. W dalszym ciągu uśmiechając się, nie wypuszczając przy tym szycia z rąk, przedstawiła mi dwoje po­zostałych członków teatralnego zespołu: akrobatów Feliksa i Kitty. Miodowłosa Kitty o trochę ziemistej cerze miała dużo wdzięku i była chyba wzrostu signory. Saksońska wymowa podnosiła jeszcze jej urok. Akrobata Feliks był z pewnością najwyższy w całym zespole. Mierzył dobre sto trzydzieści osiem centymetrów. Biedaczysko cier­piał z powodu zbyt wybujałego wzrostu. Pojawienie się moich dzie­więćdziesięciu czterech centymetrów jeszcze podsyciło kompleks. Poza tym profil akrobaty miał coś wspólnego z profilem rasowego konia wyścigowego, toteż Raguna nazywała go żartem Cavallo albo Feliks Cavallo. Podobnie jak kapitan Bebra, akrobata chodził w sza­rozielonym mundurze, tyle że z dystynkcjami obergefrajtra. Także panie miały na sobie zbyt twarzowe kostiumy podróżne z szarej zie­leni. Owo szycie, które miała w ręku Raguna, okazało się również szarozielonym suknem: wyszedł z tego później mundur dla mnie, ufundowali go Feliks i Bebra; Roswita i Kitty szyły na zmianę i uj­mowały coraz więcej szarej zieleni, aż bluza, spodnie i czapka polo­wa leżały na mnie jak ulał. Obuwia, które pasowało na Oskara, nie dałoby się jednak znaleźć w żadnym magazynie Wehrmachtu. Mu­siałem zadowolić się swoimi cywilnymi sznurowanymi trzewikami i nie dostałem wojskowych kamaszy.&lt;br /&gt;Moje dokumenty zostały podrobione. Akrobata Feliks okazał w tej precyzyjnej pracy nadzwyczajną zręczność. Już choćby z sa­mej uprzejmości nie mogłem zaprotestować; wielka somnambuliczka podała mnie za swojego - oczywiście starszego - brata; Oskarnello Raguna, urodzony dwudziestego pierwszego października tysiąc dziewięćset dwudziestego roku w Neapolu. Do dnia dzisiejszego no­siłem rozmaite nazwiska. Oskarnello Raguna to jedno z nich i na pewno nie najgorzej brzmiące.&lt;br /&gt;A potem ruszyliśmy, jak to się mówi, w drogę. Pojechaliśmy przez Słupsk, Szczecin, Berlin, Hanower, Kolonię do Metzu. Berlina pra­wie nie widziałem. Mieliśmy pięć godzin postoju. Oczywiście był&lt;br /&gt;akurat alarm lotniczy. Musieliśmy schronić się w piwnicy Thomasa. Urlopowicze z frontu leżeli w podziemiach jak sardynki. Podniosła się wrzawa, gdy ktoś z żandarmerii polowej chciał nas wprowadzić ukradkiem. Kilku wojaków, którzy wracali z frontu wschodniego, znało Bebrę i jego zespół z dawnych występów gościnnych, klaska­no, gwizdano, Raguna przesyłała całusy. Domagano się, żebyśmy wystąpili, w parę minut przy końcu dawnej piwiarni zaimprowizo­wano coś w rodzaju sceny. Bebra nie mógł odmówić, zwłaszcza że jakiś major lotnictwa serdecznie i nader uprzejmie prosił, żeby dać ludziom trochę rozrywki.&lt;br /&gt;Po raz pierwszy Oskar miał wystąpić w prawdziwym przedsta­wieniu teatralnym. Chociaż nie był to występ zupełnie bez przygoto­wania - w czasie jazdy pociągiem Bebra kilkakrotnie próbował ze mną mój numer - pojawiła się trema, tak że Raguna znalazła okazję, aby pieszczotliwą dłonią dodać mi otuchy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-3993711975751533636?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/3993711975751533636/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=3993711975751533636&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3993711975751533636'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3993711975751533636'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/oskar-mia-ju-za-sob-niejedn-jazd.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-6346859841148902139</id><published>2008-08-13T11:04:00.001-07:00</published><updated>2008-08-13T11:04:10.585-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Wkładając ubranie i buty, zawieszając bębenek na szyi, wsuwając pałeczki pod szelki, Oskar pertraktował jednocześnie ze swoimi boga­mi, Dionizosem i Apollinem. Podczas gdy bóg ekstatycznego upoje­nia radził mi nie brać żadnej lektury, a jeśli już, to tylko stos kartek Rasputina, przebiegły i nader rozumny Apollo chciał mi w ogóle wy­perswadować wyjazd do Francji, gdy jednak spostrzegł, że Oskar jest zdecydowany wyjechać, nalegał na zabranie kompletnego bagażu; musiałem wziąć każde arcyprzyzwoite ziewnięcie, jakie wymknęło się Goethemu przed wiekami, ale z przekory, a ponadto wiedząc, że Powi­nowactwa z wyboru nie zdołały rozwiązać wszystkich problemów na­tury seksualnej, wziąłem i Rasputina z całym jego nagim, odzianym tylko w czarne pończochy babińcem. Gdy Apollo dążył do harmonii, Dionizos zaś do upojenia i chaosu, Oskar był małym, harmonizującym chaos, wprawiającym rozum w stany upojenia półbogiem, który nad wszystkimi ustanowionymi od dawien dawna całkowitymi bogami poza swoją śmiertelnością, miał jedną przewagę: mógł czytać to, co mu spra­wiało przyjemność; bogowie natomiast cenzurują samych siebie. Jak bardzo można się przyzwyczaić do kamienicy i kuchennych zapachów dziewiętnastu mieszkań! Żegnałem się z każdym stopniem schodów, z każdym piętrem, z każdymi drzwiami zaopatrzonymi w tabliczkę z nazwiskiem: Oto muzyk Meyn, którego zwolnili jako niegodnego służby, który znów grał na trąbce, znów pił jałowcówkę i czekał, aż wezmą go po raz drugi - i wzięli go później, tylko nie dali mu zabrać ze sobą trąbki. Nieforemna pani Kater, której córka Susi została „blitzmädchen”. Aksel Mischke - na coś ty zmienił swój bat? Państwo Woiwuth, którzy stale jedli brukiew. Pan Heinert chorował na żołądek, dlatego był u Schichaua, nie w piechocie. A obok rodzice Heinerta, którzy nazywali się jeszcze Heimowscy. Matka Truczinska; stara mysz spała błogo w głębi mieszkania. Przyłożywszy ucho do drzwi słysza­łem, jak pogwizduje. Mały Serek, który właściwie nazywał się Retzel, dosłużył się podporucznika, chociaż jako dziecko musiał zawsze nosić długie wełniane pończochy. Syn Schlagera nie żył, syn Eykego nie żył, syn Kollina nie żył. Ale zegarmistrz Laubschad żył jeszcze i oży­wiał martwe zegary. Żył też stary Heilandt i nadal prostował pokrzy­wione gwoździe. Pani Scherwinska była chora, zaś pan Scherwiński był zdrów, a mimo to umarł wcześniej niż ona. A kto mieszkał naprze­ciwko na parterze? Mieszkali tam Alfred i Maria Matzerathowie z prawie dwuletnim malcem imieniem Kurt. A kto wymknął się nocą z dużej, oddychającej ciężko kamienicy? Był to Oskar, ojciec Kurta. Co wyniósł na zaciemnioną ulice? Wyniósł swój bębenek i swoją wielką księgę, na której się wykształcił. Dlaczego wśród tylu zaciem­nionych, ufnych w obronę przeciwlotniczą domów zatrzymał się przed jednym zaciemnionym, ufnym w obronę przeciwlotniczą domem? Ponieważ tam mieszkała wdowa Greff, której zawdzięczał co praw­da nie swoje wykształcenie, ale niejedną subtelną biegłość. Dlacze­go zdjął czapkę przed czarnym domem? Ponieważ wspomniał han­dlarza warzyw Greffa, który miał kędzierzawe włosy i orli nos, który zważył się i zarazem powiesił, który wisząc nadal miał kędzierzawe włosy i orli nos, tylko brązowe oczy, zwykle zamyślone i osadzone w oczodołach, wybałuszył w nadmiernym wysiłku. Dlaczego Oskar włożył z powrotem marynarską czapkę z powiewającymi wstążecz­kami i w czapce odszedł stamtąd? Ponieważ był umówiony na dwor­cu towarowym we Wrzeszczu. Czy przyszedł punktualnie na umó­wione miejsce? Przyszedł.&lt;br /&gt;To znaczy, w ostatniej chwili wdrapałem się na nasyp kolejowy nie opodal podziemnego przejścia przy Brunshöfera. Nie, nie zatrzy­mywałem się wcale pod oknami pobliskiego gabinetu doktora Hollatza. Wprawdzie pożegnałem się w myślach z siostrą Ingą, przesła­łem pozdrowienia do mieszkania piekarza przy Kuźniczkach, wszystko to jednak załatwiłem w ruchu i tylko wrota kościoła Serca Jezusowego zmusiły mnie do zatrzymania, przez które o mały włos się nie spóźniłem. Wrota były zamknięte. Ale ja zbyt dokładnie wy­obrażałem sobie gołego, różowego małego Jezusa na lewym udzie Panny Marii. I ona tam była, moja biedna mama. Klęczała przy kon­fesjonale, wsypywała wszystkie swoje grzechy kolonialnej kupco­wej do ucha proboszcza Wiehnke, jak wsypywała zwykle cukier do funtowych i półfuntowych niebieskich torebek. Oskar natomiast klę­czał przed lewym bocznym ołtarzem, chciał nauczyć małego Jezusa bębnienia, ale malec nie bębnił, nie uczynił żadnego cudu. Oskar przy­siągł wówczas i przysiągł po raz drugi przed zamkniętymi wrotami kościoła: Ja go jeszcze zmuszę do bębnienia. Jak nie dziś, to jutro!&lt;br /&gt;Ponieważ jednak wybierałem się w daleką podróż, przysiągłem, że zrobię to pojutrze, odwróciłem się zostawiając kościelne wrota za plecami bębnisty, byłem pewien, że Jezus mi nie ucieknie, wdrapa­łem się na nasyp koło podziemnego przejścia, zgubiłem przy tym trochę Goethego i Rasputina, większą część mojej księgi mądrości wniosłem jednak na nasyp, między tory, jeszcze spory kawałek poty­kałem się o podkłady i żwir i omal nie przewróciłem czekającego na ninie Bebry, tak było ciemno.&lt;br /&gt;- Ależ to nasz blaszany wirtuoz! - wykrzyknął kapitan i klown muzyczny. Potem, nawzajem zalecając sobie ostrożność, szliśmy po omacku przez tory, skrzyżowania, zabłądziliśmy wśród przetacza­nych wagonów towarowych i wreszcie odnaleźliśmy pociąg dla urlo­powiczów, w którym teatr frontowy Bebry dostał osobny przedział.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-6346859841148902139?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/6346859841148902139/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=6346859841148902139&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6346859841148902139'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6346859841148902139'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/wkadajc-ubranie-i-buty-zawieszajc.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-6778257575861441530</id><published>2008-08-13T11:03:00.005-07:00</published><updated>2008-08-13T11:03:54.739-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Poszliśmy jednak potem do „Czterech Pór Roku”, wypiliśmy lurowatą kawę i omówiliśmy szczegóły mojej ucieczki, której wszakże nie nazywaliśmy ucieczką, tylko wyjazdem.&lt;br /&gt;Przed kawiarnią powtórzyliśmy jeszcze raz wszystkie szczegóły planowanej akcji. Potem pożegnałem się z Raguna i kapitanem Bebra z kompanii propagandy, a on nie odmówił sobie przyjemności oddania służbowego wozu do mojej dyspozycji. Oboje ruszyli spa­cerkiem Aleją Hindenburga w stronę miasta, a tymczasem kierowca kapitana, leciwy już obergefrajter, odwiózł mnie z powrotem do Wrzeszcza na plac Maksa Halbego; bo nie chciałem i nie mogłem podjechać na Labesa: Oskar zajeżdżający wojskowym samochodem służbowym wywołałby zbyt wielką i niepotrzebną sensację.&lt;br /&gt;Nie pozostało mi wiele czasu. Pożegnalna wizyta u Matzeratha i Marii. Przez dłuższy czas stałem przy kojcu mojego syna Kurta, przyszło mi też do głowy, jeśli dobrze pamiętam, parę ojcowskich myśli, próbowałem pogłaskać jasnowłosego malca, ale Kurt nie chciał, chciała za to Maria, która z pewnym zaskoczeniem przyjęła i dobro­dusznie odwzajemniła niezwykłe dla niej od lat czułości. Pożegnanie z Matzerathem przyszło mi dziwnie ciężko. Facet stał w kuchni i pitrasił cynaderki w sosie musztardowym, był całkowicie zespolo­ny ze swoją warząchwią, być może szczęśliwy, toteż nie śmiałem mu przerywać. Dopiero gdy sięgnął za siebie i po omacku szukał czegoś na kuchennym stole, Oskar go ubiegł, złapał i dał mu deseczkę z siekaną pietruszką; i jeszcze dziś myślę, że Matzerath, gdy mnie już dawno nie było w kuchni, zdziwiony i zmieszany długo trzymał deseczkę z pietruszką; bo nigdy przedtem nie zdarzyło się, żeby Oskar podał, potrzymał albo przyniósł coś Matzerathowi.&lt;br /&gt;Zjadłem u matki Truczinskiej kolację, pozwoliłem jej umyć mnie i zanieść do łóżka, odczekałem, aż sama położyła się spać i lekko pogwizdując zachrapała, potem włożyłem ranne pantofle, wziąłem pod pachę ubranie, przeszedłem przez pokój, w którym siwowłosa mysz gwizdała, chrapała i starzała się coraz bardziej, w korytarzu miałem trochę kłopotu z kluczem, w końcu jednak odsunąłem zasu­wę, w dalszym ciągu boso, w nocnej koszuli, z ubraniem pod pachą wspiąłem się po schodach na strych, w mojej kryjówce za stertą da­chówki i kupą powiązanych w paczki gazet, które leżały tam wbrew przepisom o obronie przeciwlotniczej, potykając się o przeciwlotni­czą górę piasku i przeciwlotnicze wiadro, odszukałem nowiuteńki bębenek, wygospodarowany bez wiedzy Marii, i lekturę Oskara, Rasputina i Goethego w jednym tomie. Czy miałem zabrać ze sobą swoich ulubionych autorów?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-6778257575861441530?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/6778257575861441530/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=6778257575861441530&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6778257575861441530'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6778257575861441530'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/poszlimy-jednak-potem-do-czterech-pr.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-3900574509510050260</id><published>2008-08-13T11:03:00.003-07:00</published><updated>2008-08-13T11:03:43.565-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Bebra skromnie machnął ręką. Ale Ragunie spodobało się moje porównanie. Jak ślicznie poruszała ustami mówiąc:&lt;br /&gt;- Pomyśl tylko, Bebra, czy nasz młody amico nie ma racji? Czy w twoich żyłach nie płynie krew księcia Eugeniusza? E Lodovoco quattordicesimol Nie jest to twój przodek?&lt;br /&gt;Bebra ujął mnie pod ramię, odprowadził na bok, bo lotnictwo nieprzerwanie podziwiało nas i przyglądało się natrętnie. Gdy wresz­cie jakiś podporucznik, a po chwili dwaj kaprale wyprężyli się przed&lt;br /&gt;Bebra na baczność - mistrz miał mundur z dystynkcjami kapitana, a na rękawie opaskę z napisem: kompania propagandy - gdy Raguna na prośbę wyorderowanych wojaków rozdała autografy, Bebra przy­wołał swój służbowy wóz, wsiedliśmy wszyscy troje i jeszcze przed odjazdem musieliśmy cierpliwie znieść entuzjastyczne oklaski lot­nictwa.&lt;br /&gt;Jechaliśmy ulicą Pestalozziego, Magdeburską, Poligonową. Be­bra siedział obok kierowcy. Już na Magdeburskiej Raguna zaczęła od mojego bębenka. - Ciągle jest pan wierny swojemu bębenkowi, drogi przyjacielu? - szepnęła swoim śródziemnomorskim głosem, którego tak dawno nie słyszałem. - A jak poza tym u pana z wierno­ścią? - Oskar nie odpowiedział, oszczędził jej swoich przewlekłych historii z kobietami, ale uśmiechając się pozwolił, by wielka somnambuliczka głaskała, coraz bardziej południowo, najpierw jego bę­benek, potem jego dłonie, które dość kurczowo obejmowały blachę.&lt;br /&gt;Gdy skręciliśmy w Poligonową i jechaliśmy wzdłuż torów piątki, odpowiedziałem jej nawet, to znaczy, lewą ręką pogłaskałem jej lewą, a tymczasem ona swoją prawą pieściła moją prawą. Minęliśmy plac Maksa Halbego, Oskar nie mógł już wysiąść, i wtedy spostrzegłem w lusterku wstecznym mądre, jasnobrązowe, prastare oczy Bebry, które obserwowały nasze pieszczoty. Ale Raguna przytrzymała moje dłonie, które chciałem wyrwać, żeby przyjacielowi i mistrzowi nie robić przykrości. Bebra uśmiechnął się w lusterku, potem odwrócił wzrok, zaczął rozmowę z kierowcą, a Roswita ze swej strony, ściska­jąc gorąco i głaskając dłońmi, zaczęła śródziemnomorskimi ustami rozmowę, która słodko i bezpośrednio mówiła o mnie, wpływała Oskarowi w ucho, potem znów stała się rzeczową, aby następnie tym słodziej zagłuszyć wszelkie moje wątpliwości i próby ucieczki. Je­chaliśmy przez Kolonię, w stronę kliniki położniczej, i Raguna wy­znała Oskarowi, że przez te wszystkie lata zawsze o nim myślała, że nadal przechowuje szklankę z kawiarni „Cztery Pory Roku”, na któ­rej wtedy wyśpiewałem dedykację, że Bebra to wprawdzie najlepszy przyjaciel i niezrównany partner w pracy, ale małżeństwo nie wcho­dzi w rachubę; Bebra musi być sam, odpowiedziała Raguna na wtrą­cone przeze mnie pytanie, ona zostawia mu całkowitą swobodę, a i on, choć z natury jest bardzo zazdrosny, z biegiem lat zrozumiał, że Raguny nie można uwiązać, w dodatku poczciwy Bebra jako szef teatru frontowego nie ma czasu na spełnianie ewentualnych obowiąz­ków małżeńskich, za to teatr frontowy jest pierwsza klasa, z progra­mem można by w pokojowych czasach pokazać się w „Wintergartenie” albo w „Skali”, czy ja, Oskar, ze swoim wielkim, nie&lt;br /&gt;wykorzystanym boskim talentem nie miałbym ochoty spróbować przez roczek, jestem chyba wystarczająco dorosły, ona mogłaby po­ręczyć, ale ja, Oskar, mam pewnie inne zobowiązania, nie? tym le­piej, jutro wyjazd, to była ostatnia popołudniówka w okręgu wojsko­wym Gdańsk - Prusy Zachodnie, teraz jadą do Lotaryngii, potem do Francji, o froncie wschodnim na razie nie ma mowy, mają go szczę­śliwie za sobą, ja, Oskar, mogę mówić o szczęściu, że wschód jest passe, teraz jadą do Paryża, na pewno do Paryża, czy mnie, Oskara, los zawiódł już kiedyś do Paryża? A więc, amico, jeśli już Raguna nie potrafi skusić pańskiego twardego serca bębnisty, to niech pan da się skusić Paryżowi, andiamol&lt;br /&gt;Wóz zahamował przy ostatnim słowie wielkiej somnambuliczki. W regularnych odstępach zielone, pruskie drzewa Alei Hindenburga. Wysiedliśmy, Bebra kazał kierowcy zaczekać, ja nie chciałem iść do „Czterech Pór Roku”, bo moja oszołomiona głowa domagała się świeżego powietrza. Przechadzaliśmy się więc po parku Steffensa: Bebra po mojej prawej ręce, Roswita po lewej. Bebra objaśnił mi sens i cel kompanii propagandy. Roswita opowiadała mi anegdotki z codziennego życia kompanii propagandy. Bebra mówił o malarzach batalistach, korespondentach wojennych i swoim teatrze frontowym. Ze śródziemnomorskich ust Roswity wypływały nazwy dalekich miast, o których słyszałem w radio, gdy nadawano komunikaty nad­zwyczajne. Bebra mówił: Kopenhaga. Roswita szeptała: Palermo. Bebra śpiewał: Belgrad. Roswita skarżyła się jak tragiczka: Ateny. Natomiast oboje razem entuzjazmowali się stale Paryżem, obiecy­wali, że ów Paryż może zrekompensować wszystkie dopiero co wy­mienione miasta, w końcu Bebra, rzekłbym niemal służbowo i z za­chowaniem wszelkich form, jako kapitan i szef teatru frontowego, zrobił mi propozycję:&lt;br /&gt;- Niech pan przystąpi do nas, młody człowieku, niech pan bębni, rozśpiewuje kufle z piwem i żarówki! Niemiecka armia okupacyjna w pięknej Francji, w wiecznie młodym Paryżu będzie panu wdzięcz­na i nie pożałuje oklasków!&lt;br /&gt;Tylko dla formy Oskar poprosił o czas do namysłu. Dobre pół godziny przechadzałem się z dala od Raguny, z dala od przyjaciela i mistrza Bebry między majowo zielonymi zaroślami, udawałem za­myślenie i mękę, pocierałem czoło, wsłuchiwałem się, czego nigdy jeszcze nie robiłem, w ćwierkanie ptasząt w gęstwinie, zachowywa­łem się tak, jakbym od jakiejś raszki oczekiwał informacji i rady, a gdy w zieleni ćwierknęło coś szczególnie głośno i uderzająco, po­wiedziałem:&lt;br /&gt;- Dobra i mądra przyroda radzi mi, czcigodny mistrzu, przyjąć pańską propozycję. Od tej chwili może pan uważać mnie za członka pańskiego teatru frontowego!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-3900574509510050260?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/3900574509510050260/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=3900574509510050260&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3900574509510050260'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3900574509510050260'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/bebra-skromnie-machn-rk.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-598196888745930204</id><published>2008-08-13T11:03:00.001-07:00</published><updated>2008-08-13T11:03:20.672-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>W połowie czerwca dziewięćset czterdziestego drugiego mój syn Kurt ukończył pierwszy rok życia. Oskar, ojciec, przyjął to spokojnie, pomyślał sobie: jeszcze dwa latka. W październiku dziewięćset czter­dziestego drugiego handlarz warzyw Greff powiesił się na szubienicy tak doskonałej w formie, że od tej pory ja, Oskar, zaliczam samobój­stwo do najwznioślejszych rodzajów śmierci. W styczniu dziewięćset czterdziestego trzeciego dużo mówiło się o Stalingradzie. Ponieważ jednak Matzerath podkreślał tę nazwę podobnie jak przedtem Pearl Harbour, Tobruk i Dunkierkę, wydarzeniom w tym dalekim mieście nie poświęcałem więcej uwagi niż innym miastom, które poznałem dzięki komunikatom nadzwyczajnym; bo meldunki Wehrmachtu i ko­munikaty nadzwyczajne były dla Oskara czymś w rodzaju lekcji geo­grafii. Jakże inaczej mógłbym się dowiedzieć, gdzie płyną rzeki Ku­bań, Mius i Don, któż lepiej potrafiłby mi objaśnić położenie geograficzne Wysp Aleuckich: Atru, Kiska i Adak - niż szczegółowe relacje radiowe z wydarzeń na Dalekim Wschodzie. Z tego też źródła w styczniu dziewięćset czterdziestego trzeciego usłyszałem, że miasto Stalingrad leży nad Wołgą. Mniej jednak martwiłem się o szóstą ar­mię, bardziej o Marię, która przechodziła w tym czasie lekką grypę.&lt;br /&gt;Grypa Marii mijała, a tymczasem ci w radio kontynuowali swoją lekcję geografii: Rżew i Demjańsk są dla Oskara jeszcze dziś miej­scowościami, które od razu i po omacku znajdzie na każdej mapie Rosji. Ledwie wyzdrowiała Maria, mój syn Kurt zapadł na koklusz. A gdy usiłowałem zapamiętać najtrudniejsze nazwy paru tunezyjskich oaz, o które zaciekle walczono, nadszedł kres korpusu afry­kańskiego i kokluszu Kurtusia.&lt;br /&gt;O rozkoszny maju! Maria, Matzerath i Gretchen Scheffler czynili przygotowania do drugich urodzin małego Kurta. Także Oskar przypi­sywał zbliżającej się uroczystości większe znaczenie; bo od dwunastego czerwca dziewięćset czterdziestego trzeciego pozostanie już tylko ro­czek. A więc, gdybym był obecny w dniu drugich urodzin Kurta, mógł­bym szepnąć mojemu synowi na ucho: „Poczekaj tylko, niedługo i ty będziesz bębnił”. Zdarzyło się jednak, że dwunastego czerwca dziewięćset czterdziestego trzeciego Oskar przebywał nie w Gdańsku-Wrzeszczu, lecz w starym mieście rzymskim Metz. Ba, jego nieobecność tak się przeciągnęła, że ledwie zdążył wrócić do bliskiego sercu, nie tkniętego jeszcze bombardowaniami rodzinnego grodu, aby dwunastego czerwca dziewięćset czterdziestego czwartego być na trzecich urodzinach Kurta.&lt;br /&gt;Jakie sprawy skłoniły mnie do wyjazdu? Powiem prosto z mostu: przed szkołą Pestalozziego, którą zamieniono na koszary lotnictwa, spotkałem mojego mistrza Bebrę. Ale sam Bebra nie zdołałby namó­wić mnie na wyjazd. U ramienia Bebry zobaczyłem Ragunę, signorę Roswitę, wielką somnambuliczkę.&lt;br /&gt;Oskar szedł z Kuźniczek. Złożył wizytę Gretchen Scheffler, ślę­czał trochę nad Walką o Rzym, dowiedział się, że już wtedy, za cza­sów Belizariusza, zmienne były koleje losu, że już wtedy, geogra­ficznie na dużą skalę święcono zwycięstwa i doznawano klęsk w pobliżu miast i przepraw przez rzeki.&lt;br /&gt;Szedłem przez Łąkę Fröbela, na której w ostatnich latach wyro­sły baraki obozu organizacji Todta, myślami byłem pod Taginae - w roku pięćset pięćdziesiątym drugim Narses pobił tam Totilę - ale nie z racji zwycięstwa myślałem o wielkim Ormianinie Narsesie, za­fascynowała mnie sama postać wodza; Narses był ułomny, garbaty, Narses był mały, Narses był karłem, gnomem, liliputem. Może Na­rses o dziecięcą główkę przerastał Oskara, pomyślałem i stanąłem przed szkołą Pestalozziego. Popatrzyłem dla porównania na baretki odznaczeń paru zbyt szybko wyrosłych oficerów lotnictwa, Narses na pewno nie nosił odznaczeń, powiedziałem sobie, nie było mu to potrzebne; i wtedy w głównym wejściu szkoły pojawił się ów wielki wódz we własnej osobie, z damą uwieszoną na jego ramieniu - cze­mu Narses nie miałby mieć damy uwieszonej swego ramienia? - szli ku mnie maleńcy wobec lotniczych olbrzymów, a jednak najważ­niejsi, owiani tchnieniem historii, odwieczni między świeżo upie­czonymi bohaterami przestworzy - cóż znaczyły całe te koszary peł­ne Totilów i Tej ów, pełne długich jak tyka Ostrogotów wobec jednego ormiańskiego karła imieniem Narses - Narses kroczek po kroczku zbliżał się do Oskara, skinął Oskarowi głową, dama u jego ramienia też skinęła: Bebra i signora Roswita Raguna przywitali się ze mną - ja zaś zbliżyłem usta do ucha Bebry, szepnąłem:&lt;br /&gt;- Drogi mistrzu, wziąłem pana za wielkiego wodza Narsesa, któ­rego cenię o wiele wyżej od fanfarona Belizariusza.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-598196888745930204?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/598196888745930204/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=598196888745930204&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/598196888745930204'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/598196888745930204'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/w-poowie-czerwca-dziewiset.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-3470682704464082407</id><published>2008-08-13T11:02:00.008-07:00</published><updated>2008-08-13T11:03:04.194-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Greff wisiał w mundurze drużynowego skautów. Na swój ostatni dzień wrócił do munduru sprzed wojny, który był już dla niego za ciasny. Nie mógł dopiąć dwóch górnych guzików i pasa, co jego schludnemu na ogół wyglądowi nadawało coś przykrego. Skautowskim zwyczajem Greff skrzyżował dwa palce lewej ręki. Do przegubu prawej wisielec, zanim się powiesił, przywiązał skautowski kape­lusz. Musiał zrezygnować z chusty na szyję. Ponieważ jak przy spodniach, tak i przy kołnierzyku nie udało mu się dopiąć górnych guzików, z koszuli wystawały czarne kędzierzawe włosy na piersi.&lt;br /&gt;Na stopniach podestu leżało parę astrów, jak również, bardzo tu nie na miejscu, nać pietruszki. Prawdopodobnie zabrakło mu kwia­tów, bo większości astrów, także kilku róż, użył do przybrania owych czterech obrazków, które wisiały na czterech głównych belkach sza­fotu. Na pierwszym planie po lewej, za szkłem, sir Baden-Powell, twórca skautingu. W głębi po lewej, bez ram, święty Jerzy. W głębi po prawej, bez szkła, głowa Dawida Michała Anioła. W ramie i za szkłem na pierwszym planie po prawej uśmiechała się fotografia może szesnastoletniego, wybitnie ładnego chłopa. Wczesne zdjęcie jego ulu­bieńca, Horsta Donatha, który jako podporucznik poległ nad Dońcem.&lt;br /&gt;Może wspomnę jeszcze o czterech skrawkach papieru na stop­niach podestu między astrami a pietruszką. Leżały tak, że bez trudu można je było złożyć. Oskar zrobił to i odczytał wezwanie do sądu opatrzone kilkakrotnie pieczęcią policji obyczajowej.&lt;br /&gt;Pozostaje mi jeszcze dodać, że natarczywy sygnał karetki pogo­towia wyrwał mnie z rozmyślań nad śmiercią handlarza warzyw. Po chwili potykając się na schodach zbiegli na dół sanitariusze, weszli na podest i chwycili wiszącego Greffa. Ledwie jednak unieśli han­dlarza, przewróciły się tworzące przeciwciężar kosze z ziemniaka­mi: podobnie jak w mechanicznym bębenku, zaczął pracować zwol­niony mechanizm, który Greff zręcznie zamaskował dyktą w górze rusztowania, i gdy na dole po podeście i betonowej posadzce dudniły ziemniaki, na górze rozległy się uderzenia w blachę, drzewo, brąz, szkło. Na górze wyzwolona orkiestra bębenkowa odegrała wielkie finale Albrechta Greffa. Dzisiaj do najtrudniejszych zadań Oskara należy odtwarzanie na blasze dudnienia ziemniaczanej lawiny - któ­rą zresztą obłowiło się paru sanitariuszy — i zorganizowanego hałasu mechanicznego bębenka Greffa. Prawdopodobnie dlatego, że mój bębenek w sposób decydujący wpłynął na kształt śmierci Greffa, nie­kiedy udaje mi się wybębnić na blasze zaokrąglony, tłumaczący śmierć Greffa kawałek, a gdy przyjaciele i mój pielęgniarz pytają o tytuł, mówię: siedemdziesiąt pięć kilo.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-3470682704464082407?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/3470682704464082407/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=3470682704464082407&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3470682704464082407'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3470682704464082407'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/greff-wisia-w-mundurze-druynowego.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-8513939219902692970</id><published>2008-08-13T11:02:00.007-07:00</published><updated>2008-08-13T11:02:52.247-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Oczywiście wiedziałem, że Greff wisi. Buty wisiały, a więc wi­siały i grube ciemnozielone skarpety. Gołe męskie kolana powyżej skarpet, owłosione uda aż po brzeg krótkich spodni; łaskoczące kłu­cie pociągnęło w górę od moich genitaliów, przez siedzenie, zdrę­twiałe plecy, wspięło się po kręgosłupie, ogarnęło kark, uderzyło mnie gorącem i zimnem, stamtąd znów wróciło między nogi, sprawiło, że skurczył się mój i tak już maleńki woreczek, przeskakując zgięte ple­cy usadowiło się znowu w karku, zwęziło się tam - jeszcze dziś kłuje i dusi Oskara, ilekroć ktoś w jego obecności mówi o wieszaniu, choćby o wieszaniu bielizny - wisiały nie tylko sportowe buty Greffa, wełniane skarpetki, kolana i krótkie spodnie; wisiał cały Greff, za szyję, a na twarzy ponad powrozem malował się wysiłek nie pozbawiony jednak teatralnej pozy.&lt;br /&gt;Zaskakująco szybko ustąpiło ciągnięcie i kłucie. Oswoiłem się z widokiem Greffa; bo w gruncie rzeczy pozycja ciała wiszącego człowieka jest tak samo normalna i naturalna jak choćby widok czło­wieka, który chodzi na rękach, człowieka, który stoi na głowie, czło­wieka, który doprawdy wygląda jak siedem nieszczęść, gdy wsiada na czworonożnego rumaka.&lt;br /&gt;Do tego dochodziła dekoracja. Dopiero teraz Oskar uświadomił sobie, ile zachodu, ile trudu zadał sobie Greff. Ramy, otoczenie, w którym wisiał, były najbardziej wyszukanego, niemal ekstrawa­ganckiego rodzaju. Handlarz warzyw szukał odpowiedniej dla siebie formy śmierci, znalazł rozważoną śmierć. Za życia miał kłopoty z kontrolerami urzędu miar i prowadził z nimi przykrą koresponden­cję, nieraz konfiskowano mu wagę i odważniki, a za niedokładne ważenie owoców i jarzyn musiał płacić grzywny - i oto teraz Greff rozważył się co do grama z ziemniakami.&lt;br /&gt;Błyszczący matowo, prawdopodobnie namydlony sznur, umiesz­czony na krążkach, przerzucony był przez dwie belki, które on spe­cjalnie dodał do rusztowania na swój ostatni dzień; w końcu miało ono tylko jeden cel - być dla niego ostatnim szafotem. Z wykorzy­stania najlepszego budulca mogłem sądzić, że handlarzowi warzyw nie zależało na oszczędzaniu. W tych wojennych czasach, gdy bra­kowało materiałów budowlanych, z pewnością ciężko było o belki i deski. Greff uciekł się najwidoczniej do handlu zamiennego; za owo­ce dostał drzewo. Nie brakowało więc w tym szafocie zbędnych, słu­żących tylko dla ozdoby przypór. Trzyczęściowy podest ze stopnia­mi - jego róg Oskar widział ze sklepu - unosił całą stalle w nieomal wzniosłe dziedziny.&lt;br /&gt;Jak przy mechanicznym bębenku, który majster-klepka wziął pew­nie za wzór, Greff i jego przeciwciężar wisieli wewnątrz rusztowa­nia. Pośród czterech pobielonych wapnem belek narożnych między nimi a również kołyszącymi się ziemiopłodami stała delikatna zielo­na drabinka. Kunsztownym węzłem, jednym z tych, jakie umieją wiązać skauci, przymocował kosze z ziemniakami do głównego sznu­ra. Ponieważ wnętrze rusztowania oświetlały cztery mleczne, ale za to silne żarówki, Oskar, nie wchodząc na podświetlony podest i nie profanując go, mógł odczytać napis na przyczepionej drutem do skautowskiego węzła tekturowej tabliczce nad koszami ziemniaków, sie­demdziesiąt pięć kilo (mniej sto gramów).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-8513939219902692970?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/8513939219902692970/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=8513939219902692970&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8513939219902692970'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8513939219902692970'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/oczywicie-wiedziaem-e-greff-wisi.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-1828128491708930477</id><published>2008-08-13T11:02:00.005-07:00</published><updated>2008-08-13T11:02:40.812-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Drzwi do sklepu były otwarte. Oskar nie chciał wejść, a jednak dał się wciągnąć do owego pachnącego suchą ziemią i cebulą po­mieszczenia, które światło dzienne, przedostające się przez szpary w okiennicach, dzieliło migocącymi pyłem pasmami. Większość alar­mowych i muzycznych maszyn Greffa pozostała więc w półmroku, światło padało jedynie na parę detali, na dzwonek, na podpórki z dykty, na dolny fragment mechanicznego bębenka i ukazywało za­stygłe w równowadze ziemniaki.&lt;br /&gt;Owa klapa, która tak samo jak w naszym sklepie za kontuarem zakrywa zejście do piwnicy, była otwarta. Nic nie podpierało pokry­wy z desek, którą podniosła pewnie Greffowa w swoim wrzaskliwym pośpiechu; ale nie wetknęła haczyka w kółko przy kontuarze. Lekkim pchnięciem Oskar mógłby zatrzasnąć klapę, zamknąć piwnicę.&lt;br /&gt;Stałem nieruchomo za wydzielającymi zapach kurzu i stęchlizny deskami, wpatrywałem się w ów jaskrawo oświetlony kwadrat, który obramowywał część schodów i kawałek betonowej posadzki piw­nicznej. Z prawej u góry wsuwała się w ten kwadrat część podestu ze stopniami, który musiał być nową inwestycją Greffa, bo w czasie przypadkowych bytności w piwnicy nigdy przedtem tego pudła nie widziałem. Ale z powodu podestu Oskar nie zapuściłby tak daleko urzeczonego wzroku, gdyby z górnego prawego rogu obrazu nie wysuwały się, osobliwie skrócone, dwie wypełnione wełniane skar­pety w czarnych sznurowanych butach. Choć nie mogłem zobaczyć podeszew, poznałem od razu, że to buty sportowe Greffa. Ten, co tam stoi w piwnicy wyszykowany na wycieczkę, to nie może być Greff, pomyślałem sobie, bo buty nie stoją, tylko unoszą się swobod­nie nad podestem; być może czubkom butów zwróconym spadziście w dół udaje się lekko, ale jednak, dotykać desek. Wyobraziłem sobie przez sekundę Greffa stojącego na czubkach palców; bo po nim, gim­nastyku i człowieku natury, można było spodziewać się tego śmiesz­nego, ale i męczącego ćwiczenia.&lt;br /&gt;Ażeby przekonać się o słuszności tego przypuszczenia i ewentu­alnie porządnie wyśmiać handlarza warzyw, zszedłem na dół, zacho­wując na stromych stopniach całą ostrożność i jeśli dobrze pamię­tam, bębniąc przejmującą strachem, odpędzającą strach piosenkę Czy jest tu Czarna Kucharka! Jest-jest jest!&lt;br /&gt;Dopiero gdy Oskar stanął pewnie na betonowej posadzce, okręż­ną drogą omiótł wzrokiem stertę worków po cebuli, spiętrzone jedna na drugiej puste skrzynki na owoce, nie oglądane nigdy belkowanie, aż dotarł do owego miejsca, w którym musiały wisieć lub stać na czubkach palców sportowe buty Greffa.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-1828128491708930477?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/1828128491708930477/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=1828128491708930477&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1828128491708930477'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1828128491708930477'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/drzwi-do-sklepu-byy-otwarte.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-6775435251689254778</id><published>2008-08-13T11:02:00.003-07:00</published><updated>2008-08-13T11:02:27.067-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Bez trudu udało mi się wmieszać w gromadę podnieconych doro­słych i umknąć Matzerathowi, który mnie szukał. On i zegarmistrz Laubschad pierwsi postanowili działać. Próbowali dostać się do miesz­kania przez okno. Ale Greffowa nie dopuściła nikogo do okna, nie mówiąc już o wpuszczeniu do środka. Drapiąc, waląc i gryząc rów­nocześnie, znalazła jednak czas, żeby wrzeszczeć coraz głośniej, czę­ściowo nawet zrozumiale. Najpierw niech przyjedzie pogotowie, ona już dawno telefonowała, nikt więcej nie musi telefonować, już ona wie, co trzeba robić, jak stanie się coś takiego. Niech pilnują własne­go nosa. I tak wszystko to jest okropne. Ciekawość, nic tylko cieka­wość, od razu poznać, gdzie są przyjaciele, jak nadejdzie nieszczę­ście. I pośród swojego lamentu musiała w ciżbie pod oknem wypatrzyć mnie, bo zawołała Oskara po imieniu i pozbywszy się tymczasem mężczyzn, wyciągnęła w moją stronę gołe ramiona, ktoś - Oskar jeszcze dziś myśli, że był to zegarmistrz Laubschad - podniósł mnie, wbrew woli Matzeratha chciał podać Greffowej, tuż przed skrzynką z kwiatami Matzerath byłby mnie złapał, ale wtedy chwyciła już Lina Greff, przycisnęła mnie do ciepłej koszuli i już nie wrzeszczała, tyl­ko płakała kwiląc cienko, dyszała kwiląc cienko.&lt;br /&gt;O ile wrzask pani Greff pobudzał sąsiadów do wzburzonego i bezwstydnego gestykulowania, o tyle jej cienkie, wysokie kwilenie zamieniło ciżbę pod skrzynką z kwiatami w milczący, szurający z zakłopotaniem tłum, który nie śmiał już stanąć twarzą w twarz z płaczem, który całą swoją nadzieję, całą ciekawość i współczucie zwrócił ku oczekiwanej karetce pogotowia.&lt;br /&gt;Dla Oskara kwilenie Greffowej też nie było przyjemne. Próbo­wałem zsunąć się trochę niżej, żeby nie być tak blisko jej żałosnych łez. Udało mi się ponadto oderwać od jej szyi, przycupnąć na skrzyn­ce z kwiatami. Oskar poczuł się zbytnio obserwowany, bo Maria z chłopcem na ręku stała w drzwiach sklepu. Porzuciłem więc i to miejsce siedzące, pojąłem, w jak przykrej jestem sytuacji, myślałem przy tym tylko o Marii - sąsiedzi byli mi obojętni — odbiłem od wy­brzeża Greffowej, które dla mnie za bardzo drżało i oznaczało łóżko.&lt;br /&gt;Lina Greff nie spostrzegła mojej ucieczki albo nie miała już sił, żeby zatrzymać owo małe ciało, które przez długi czas dawało jej skwapliwą namiastkę. Może też Lina domyśliła się, że Oskar wy­mknął się jej na zawsze, że z jej wrzaskiem narodził się dźwięk, któ­ry z jednej strony stał się murem i barierą między obłożnie chorą a bębnistą, z drugiej zaś obalił istniejący mur między Marią a mną.&lt;br /&gt;Stałem w sypialni Greffów. Bębenek wisiał mi krzywo i niepew­nie. Oskar dobrze znał ten pokój, mógłby z pamięci opowiedzieć wszystko o soczyście zielonej tapecie. Na taborecie stała jeszcze mied­nica z osadem szarego mydła z poprzedniego dnia. Każda rzecz znaj­dowała się na swoim miejscu, a jednak wytarte, wysiedziałe, zleżałe i poobtłukiwane meble wydały mi się świeże albo co najmniej od­świeżone, jak gdyby wszystko, co na czterech nogach czy podstaw­kach stało sztywno pod ścianami, potrzebowało najpierw wrzasku, a potem cienkiego kwilenia Liny Greff, aby zyskać nowy, przeraża­jąco zimny blask.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-6775435251689254778?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/6775435251689254778/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=6775435251689254778&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6775435251689254778'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6775435251689254778'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/bez-trudu-udao-mi-si-wmiesza-w-gromad.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-1809977867573280298</id><published>2008-08-13T11:02:00.001-07:00</published><updated>2008-08-13T11:02:06.912-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Wyjaśniając zastukałem pałeczką w blaszaną okiennicę przed wystawą.&lt;br /&gt;- Albrecht! - zawołała. - Albrecht, gdzie ty jesteś? Co się stało? - W dalszym ciągu wołając męża, odeszła od okna. Trzasnęły drzwi pokojów, słyszałem, jak tłukła się po sklepie, a za chwilę zaczęła wrzeszczeć. Wrzeszczała w piwnicy, ale nie mogłem dojrzeć, z ja­kiego powodu, bo okienko piwniczne, przez które zsypywano ziemniaki w dni dostaw, w latach wojny coraz rzadszych, też było za­mknięte. Przyłożywszy oko do wysmołowanych desek przed okien­kiem zobaczyłem, że w piwnicy pali się światło. Widziałem również górny odcinek piwnicznych schodów, na których leżało coś białego, prawdopodobnie poduszka Greffowej.&lt;br /&gt;Musiała zgubić poduszkę na schodach, bo w piwnicy już jej nie było, wrzeszczała w sklepie, a za chwilę w sypialni. Podniosła słu­chawkę telefonu, wrzeszczała i nakręcała numer, wrzeszczała potem w telefon; ale Oskar nie rozumiał, o co chodzi, wyłowił tylko słowo „wypadek” i adres. Labesa 24, powtarzała kilka razy i wrzeszcząc odwiesiła słuchawkę, a potem, w nocnej koszuli, bez poduszki, ale w papilotach, z wrzaskiem wypełniła okno, wlała swoje ciało i obfi­ty, dobrze mi znany biust do skrzynki na kwiaty, załamała ręce nad mięsistymi, bladoczerwonymi roślinami i wrzeszczała ku górze, aż ulica stała się za ciasna, aż Oskar pomyślał, że teraz i Greffowa we­źmie się za rozśpiewywanie szkła; ale nie pękła ani jedna szyba. Otwo­rzyły się okna, kobiety wykrzykiwały ku sobie pytania, z sąsiednich bram nadbiegali mężczyźni, zegarmistrz Laubschad, wkładając w biegu marynarkę, stary Heilandt, pan Reissberg, krawiec Libischewski, pan Esch, nawet Probst, nie fryzjer, tylko ten ze składu węgla, przyszedł z synem. W białym fartuchu przypędził Matzerath, a Maria z małym Kurtem na ręku stanęła w drzwiach sklepu kolonialnego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-1809977867573280298?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/1809977867573280298/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=1809977867573280298&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1809977867573280298'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1809977867573280298'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/wyjaniajc-zastukaem-paeczk-w-blaszan.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2899003308969975366</id><published>2008-08-13T11:01:00.003-07:00</published><updated>2008-08-13T11:01:56.361-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>A tak, świeżo wymyty, byłem przez majster-klepkę mile widzia­ny. Demonstrował mi wszystkie swoje maszyny i ich różnorodne dźwięki, i jeszcze dziś zastanawia mnie, że mimo tej późnej zażyło­ści między Oskarem i Greffem nigdy nie doszło do przyjaźni, że Greff nadał pozostał mi obcy i budził co najwyżej moje współczucie, ale nie sympatię.&lt;br /&gt;We wrześniu dziewięćset czterdziestego drugiego - miałem wła­śnie za sobą osiemnaste urodziny, które minęły bez echa, w radio szósta armia zdobyła Stalingrad - Greff zbudował mi mechaniczny bębenek. Na drewnianym rusztowaniu zawiesił dwie zrównoważone napełnione ziemniakami szale, potem z lewej szali zdejmował jedne­go ziemniaka: waga wychylała się, zwalniając zasuwkę, która uru­chamiała zainstalowany na rusztowaniu bębenkowy mechanizm: roz­legało się stukanie, walenie, terkotanie, grzechotanie, zderzały się talerze, huczał gong, a wszystko razem kończyło się wreszcie kleko­czącym, tragicznie zgrzytliwym finałem.&lt;br /&gt;Podobał mi się ten mechanizm. Raz po raz domagałem się, żeby Greff mi go demonstrował. Oskar wierzył przecież, że majsterkujący handlarz warzyw wymyślił i zbudował maszynę z jego powodu, dla niego. Niebawem moja pomyłka stała się aż nadto wyraźna. Greff może ode mnie zaczerpnął pomysł, ale maszyna była przeznaczona dla niego, bo jej finał był także jego finałem.&lt;br /&gt;Był wczesny, pogodny październikowy ranek, jeden z tych, jakie tylko wiatr północno-wschodni dostarcza gratis pod dom. Zawczasu opuściłem mieszkanie matki Truczinskiej, wyszedłem na ulicę aku­rat wtedy, gdy Matzerath podnosił żaluzje w drzwiach sklepu. Sta­łem przy nim, gdy pomalowane na zielono deski z klekotaniem wę­drowały w górę, owionęła mnie chmura zapachu, jaki przez noc nagromadził się w sklepie, potem Matzerath pocałował mnie na dzień dobry. Nie czekając, aż pokaże się Maria, ruszyłem na drugą stronę ulicy, rzucając ku zachodowi długi cień na bruk; bo z prawej, na wschodzie, nad placem Maksa Halbego, słońce dźwigało się o wła­snych siłach w górę, posługując się tym samym fortelem, którym musiał też posłużyć się baron Münchhausen, gdy za własny warkocz wyciągał się z grzęzawiska.&lt;br /&gt;Kto tak jak ja znał Greffa, byłby równie zaskoczony widząc o tej porze wystawę i drzwi jego sklepu jeszcze zawieszone i zamknięte. Co prawda w ostatnich latach Greff coraz bardziej dziwaczał. Ale dotychczas trzymał się ściśle godzin handlu. Może jest chory, pomy­ślał Oskar i z miejsca odrzucił tę myśl. Bo jakże Greff, który jeszcze ostatniej zimy, choć już nie tak regularnie jak w latach poprzednich, wykuwał przeręble w bałtyckim lodzie, żeby zanurzyć się po szyję, jakże ten zahartowany człowiek, mimo pewnych objawów starzenia się, mógłby z dnia na dzień zachorować. Z przywileju wylegiwania się w łóżku wystarczająco gorliwie korzystała Greffowa; wiedzia­łem też, że Greff gardził miękką pościelą, że sypiał przeważnie na łóżkach polowych i twardych pryczach. Nie było takiej choroby, któ­ra mogłaby go przykuć do łóżka.&lt;br /&gt;Stanąłem przed zamkniętym sklepem z warzywami, obejrzałem się na nasz sklep, zauważyłem, że Matzerath jest w środku; potem dopiero, licząc na dobry słuch Greffowej, ostrożnie wystukałem parę taktów na blaszanym bębenku. Wystarczyło trochę hałasu, a już otwo­rzyło się drugie okno w prawo od drzwi sklepu. Greffowa w nocnej koszuli, z głową w papilotach, trzymając poduszkę na piersiach, uka­zała się nad skrzynką z kwiatami. - No, wchodźże, Oskarku. Na co ty czekasz, kiedy na dworze taki ziąb!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2899003308969975366?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2899003308969975366/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2899003308969975366&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2899003308969975366'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2899003308969975366'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/tak-wieo-wymyty-byem-przez-majster.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-6717280869470912441</id><published>2008-08-13T11:01:00.001-07:00</published><updated>2008-08-13T11:01:42.438-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Od tego dnia Greff zaczął się starzeć, nie dbał o swój wygląd, całkowicie poświęcał się majsterkowaniu, tak że w sklepie warzyw­nym widziało się więcej maszyn dzwoniących i mechanizmów ry­czących niż choćby ziemniaków i główek kapusty. Niewątpliwie ogól­na sytuacja żywnościowa też zrobiła swoje; sklep otrzymywał bardzo rzadkie i nieregularne przydziały, a Greff nie umiał, tak jak Matzerath, wykorzystując stosunki, załatwić korzystnych zakupów w hur­cie.&lt;br /&gt;Sklep wyglądał smutno i właściwie należałoby się cieszyć, że bezsensowne hałaśliwe aparaty Greffa w sposób co prawda cudacz­ny, ale dekoracyjny ozdabiają i wypełniają wnętrze. Podobały mi się produkty, które rodziły się w coraz bardziej sfiksowanym umyśle majster-klepki Greffa. Patrząc dzisiaj na węźlaste twory mojego pie­lęgniarza, przypominam sobie wystawę Greffa. I podobnie jak Bru­no raduje się moim tyleż uśmiechniętym, co poważnym zaintereso­waniem dla jego artystycznych igraszek, tak Greff cieszył się na swój roztargniony sposób, gdy spostrzegł, że ten czy inny mechanizm muzyczny sprawia mi przyjemność. On, który przez całe lata nie zwracał na mnie uwagi, nie ukrywał rozczarowania, gdy po pół go­dzince opuszczałem sklep zamieniony w warsztat i odwiedzałem jego żonę Linę Greff.&lt;br /&gt;Cóż mam państwu powiedzieć o tych wizytach u obłożnie chorej, które trwały najczęściej dwie, dwie i pół godziny. Gdy Oskar wcho­dził, ona przywoływała go z łóżka: - Ach, to ty, Oskarku. No, chodźże tu bliżej, a jak chcesz, to wskakuj do łóżka, bo w pokoju zimno,&lt;br /&gt;Greff tak marnie napalił! - Wślizgiwałem się więc do niej pod pie­rzynę, bębenek i owe dwie pałeczki, których używałem przed chwi­lą, zostawiałem przy łóżku i tylko z trzecią pałeczką, zużytą i trochę sfatygowaną, składałem wizytę Linie.&lt;br /&gt;Nie znaczy to, żebym się rozbierał, zanim wszedłem do łóżka Liny. Kładłem się w wełnie, aksamicie i skórzanych butach, a po pewnym czasie, mimo wytężonej i rozgrzewającej pracy, w tym samym, prawie niepomiętym ubraniu wydostawałem się ze skotłowanej pościeli.&lt;br /&gt;Gdy kilka razy tuż po wyjściu z łóżka Liny, jeszcze przesiąknięty jej wyziewami, zaszedłem do sklepu, przyjął się zwyczaj, do którego zastosowałem się z wielką ochotą. Jeszcze gdy leżałem w łóżku Greffowej i wykonywałem ostatnie ćwiczenia, Greff wchodził do sypial­ni z miednicą ciepłej wody, stawiał ją na taboreciku i wychodził bez słowa, nie spojrzawszy nawet na łóżko.&lt;br /&gt;Oskar wyrywał się na ogół szybko z ofiarowanego mu ciepłego gniazdka, podchodził do miednicy i poddawał dokładnym ablucjom siebie i ową tak skuteczną w łóżku dawną pałeczkę bębnisty; nie­trudno mi było zrozumieć, że dla Greffa zapach żony, nawet jeśli docierał z drugiej ręki, był nie do zniesienia.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-6717280869470912441?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/6717280869470912441/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=6717280869470912441&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6717280869470912441'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6717280869470912441'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/od-tego-dnia-greff-zacz-si-starze-nie.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2493278213057834408</id><published>2008-08-03T08:19:00.000-07:00</published><updated>2008-08-03T08:20:02.717-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Wiaźma i Briańsk; potem rozpoczął się okres błot. Również Oskar w październiku dziewięćset czterdziestego pierwszego zaczął całą parą grzebać się w błocie. Proszę mi wybaczyć, że błotne sukcesy grupy armii „Środek” zestawiam ze swoimi sukcesami w bezdrożnym i równie błotnistym terenie pani Liny Greff. Podobnie jak tam, pod Moskwą, grzęzły czołgi i ciężarówki, tak grzęzłem i ja; wpraw­dzie tam koła jeszcze się obracały, rozgrzebywały błoto, wprawdzie i ja nie ustępowałem - w błocie Greff owej udało mi się dosłownie ubijać pianę - ale o zdobyczach terenu nie można było mówić ani pod Moskwą, ani w sypialni Greffów.&lt;br /&gt;Nie chciałbym jeszcze rezygnować z tego porównania: podobnie jak przyszli stratedzy wyciągną odpowiednią naukę z nieudanych operacji błotnych, tak i ja wyciągnąłem odpowiednie wnioski z wal­ki z żywiołem Greffowej. Nie powinno się lekceważyć działań na froncie krajowym w ostatniej wojnie światowej. Oskar miał wtedy siedemnaście lat i mimo młodego wieku na zdradziecko nieprzejrzy­stym poligonie Liny Greff wyszkolił się na mężczyznę. Porzucając militarne porównania, mierzę teraz postępy Oskara kategoriami arty­stycznymi, mówię więc: o ile Maria w naiwnie oszałamiającej wani­liowej mgle ukazała mi zalety małej formy, zaznajomiła mnie z taki­mi liryzmami jak proszek musujący i szukanie grzybów, o tyle w ostrym, kwaśnym, wielekroć zgęszczonym kręgu zapachów Gref­fowej doszedłem do owego szerokiego epickiego oddechu, który po­zwala mi dzisiaj wymieniać w jednym zdaniu sukcesy na froncie i w łóżku. Muzyka! Od dziecinnie sentymentalnych, a jednak tak słodkich organków Marii wprost na podium dyrygenta; bo Lina Greff ofiarowała mi całą orkiestrę o tak bogatej i różnorodnej instrumentacji, jaką można co najwyżej spotkać w Bayreuth albo w Salzburgu. Tam nauczyłem się trąbienia, brzdąkania, dmuchania, szarpania, sku­bania, dowiedziałem się, co to jest bas generalny, a co kontrapunkt, czy chodzi o dodekafonię, czy o nowotonię, poznałem wpadanie przy scherzo, tempo przy andante, mój patos był rygorystycznie suchy i zarazem miękko rozlewny; Oskar wydobył z Greffowej, ile się dało, a mimo to, jak prawdziwy artysta, pozostał niezadowolony, jeśli nie niezaspokojony.&lt;br /&gt;Z naszego sklepu kolonialnego do sklepu z warzywami Greffów było dwadzieścia kroczków. Ich sklep znajdował się po drugiej stro­nie ulicy, trochę na ukos, w dogodnym punkcie, znacznie dogodniejszym niż mieszkanie piekarza Aleksandra Schefflera na Kuźniczkach. I bodaj to dogodne położenie sprawiło, że w studiowaniu kobiecej anatomii posunąłem się nieco dalej niż w studiowaniu moich mistrzów Goethego i Rasputina. Kto wie, czy tej utrzymującej się do dziś dys­proporcji w wykształceniu nie da się wytłumaczyć i być może uspra­wiedliwić odmiennością moich dwóch nauczycielek. Podczas gdy Lina Greff wcale nie chciała mnie uczyć, lecz po prostu biernie od­dawała mi do dyspozycji swoje bogactwo jako materiał poglądowy i doświadczalny, Gretchen Scheffier brała swoje nauczycielskie po­wołanie zbyt poważnie. Chciała widzieć rezultaty, chciała słyszeć, jak czytam na głos, chciała patrzeć, jak kaligrafują moje palce bębnisty, chciała zaprzyjaźnić mnie z uroczą gramatyką i równocześnie ciągnąć z tej przyjaźni własne korzyści. Skoro jednak Oskar odma­wiał jej jakichkolwiek widomych znaków, które świadczyłyby o re­zultatach, Gretchen Scheffier straciła cierpliwość, wkrótce po śmier­ci mojej biednej mamy, bądź co bądź po siedmiu latach nauki, zajęła się na powrót swoimi robótkami i tylko co jakiś czas, głównie przed wielkimi świętami, uszczęśliwiała mnie, jako że piekarskie małżeń­stwo nadal było bezdzietne, swetrami, pończochami i rękawiczkami własnej roboty. O Goethem i Rasputinie nie było już między nami mowy i jedynie owym wyjątkom z dzieł obu mistrzów, które to tu, to tam, przeważnie na strychu kamienicy, w dalszym ciągu przechowywałem, zawdzięcza Oskar, że ta część jego studiów nie utknęła na martwym punkcie; kształciłem się sam i wyrobiłem sobie własne zdanie.&lt;br /&gt;Chorowita Lina Greff była natomiast przykuta do łóżka, nie mo­gła mi się wywinąć, opuścić mnie, bo jej chorobą choć przewlekła, nie była na tyle poważną aby śmierć miała mi przedwcześnie zabrać nauczycielkę Linę. Ponieważ jednak na tej planecie nie ma nic trwa­łego, Oskar opuścił obłożnie chorą w chwili, gdy uznał swoje studia za ukończone.&lt;br /&gt;Powiecie państwo: w jakże ograniczonym światku musiał kształ­cić się ten młody człowiek! Między sklepem kolonialnym, piekarnią i sklepem z warzywami musiał gromadzić podstawy dla późniejsze­go, samodzielnego życia. Choć nie przeczę, że pierwsze, tak ważne wrażenia Oskar zbierał w dość zatęchłym drobnomieszczańskim oto­czeniu, to w końcu miał jeszcze trzeciego nauczyciela. On otworzył przed Oskarem świat i zrobił z niego to, czym jest dzisiaj, osobę, którą w braku lepszego określenia obdarzam nieadekwatnym mia­nem kosmopolity.&lt;br /&gt;Mówię, jak najbystrzejsi z państwa się domyślają, o moim na­uczycielu i mistrzu Bebrze, o potomku w linii prostej księcia Eugeniusza, o latorośli z rodu Ludwika XIV, o lilipucie i klownie muzycz­nym Bebrze. Kiedy mówię: Bebra, mam też oczywiście na myśli damę u jego boku, wielką somnambuliczkę Roswitę Ragunę, ponadczaso­wą piękność, o której nieraz myślałem w owych mrocznych latach, gdy Matzerath zabrał mi moją Marię. W jakim wieku może być signora? - zapytywałem siebie. Czy jest kwitnącą dwudziestoletnią dziewczyną? Czy też jest ową delikatną dziewięćdziesięcioletnią sta­ruszką, która jeszcze za sto lat będzie niezniszczalnie ucieleśniać miniaturowy format wiecznej młodości?&lt;br /&gt;Jeśli dobrze pamiętam, spotkałem tych dwoje tak bliskich mi lu­dzi krótko po śmierci mojej biednej mamy. Wypiliśmy razem kawę w „Czterech Porach Roku”, potem nasze drogi się rozeszły. Pojawiły się lekkie, ale nie błahe różnice polityczne; Bebra był w bliskich sto­sunkach z Ministerstwem Propagandy Rzeszy, występował, jak bez trudu wywnioskowałem z jego aluzji, w prywatnych apartamentach panów Goebbelsa i Göringa i najrozmaitszymi sposobami próbował mi wytłumaczyć i usprawiedliwić to wykolejenie. Opowiadał o wpły­wowej pozycji nadwornych błaznów w średniowieczu, pokazywał mi reprodukcje obrazów hiszpańskich mistrzów, które przedstawiały jakiegoś Filipa czy Karola w otoczeniu dworu, a wśród tych sztyw­nych gromad można było dojrzeć paru osobliwie i dowcipnie ubra­nych błaznów w pludrach, którzy mieli proporcje Bebry, a być może i moje, Oskara. Właśnie dlatego, że podobały mi się te obrazki - bo dziś mogę nazwać się gorącym wielbicielem genialnego malarza Diego Velazqueza — nie chciałem Bebrze ułatwiać zadania. On zresztą poniechał potem porównań stanowiska karła na dworze hiszpańskie­go Filipa IV ze swoją pozycją przy nadreńskim parweniuszu Józefie Goebbelsie. Mówił o ciężkich czasach, o słabych, którzy chwilowo muszą ustąpić, o oporze, który rozkwita w ukryciu, krótko mówiąc, padły wówczas słowa: „emigracja wewnętrzna”, i dlatego rozeszły się drogi Oskara i Bebry.&lt;br /&gt;Nie znaczy to, żebym zachował do mistrza urazę. Na wszystkich słupach ogłoszeniowych szukałem przez następne lata afiszów rewii i cyrków z nazwiskiem Bebry, znalazłem to nazwisko dwukrotnie w towarzystwie signory Raguny, nie podjąłem jednak nic, co mogło­by doprowadzić do spotkania z przyjaciółmi.&lt;br /&gt;Pozostawiłem to przypadkowi, lecz przypadek zawiódł, bo gdy­by nasze drogi skrzyżowały się już jesienią dziewięćset czterdzieste­go drugiego, nie zaś dopiero w roku następnym, Oskar nigdy by nie terminował u Liny Greff, tylko stałby się uczniem mistrza Bebry. A tak codziennie, często już wczesnym przedpołudniem, przechodziłem przez ulicę, wstępowałem do sklepu z warzywami, dla przy­zwoitości kręciłem się najpierw pół godzinki w pobliżu Greffa, który stawał się coraz bardziej pomylonym majster-klepką, przyglądałem się, jak budował swoje cudaczne, dzwoniące, ryczące, piszczące ma­szyny, i szturchałem go, gdy do sklepu wchodzili klienci; bo Greff w tym czasie nie zwracał już prawie uwagi na otoczenie. Co się sta­ło? Co sprawiło, że tak kiedyś towarzyski, zawsze skory do żartów ogrodnik i przyjaciel młodzieży zamknął się w sobie, co sprawiło, że tak osamotniał, stał się zdziwaczałym i trochę zaniedbanym starszym panem?&lt;br /&gt;Młodzież już nie przychodziła, Ci, co teraz dorastali, nie znali go. Jego zwolenników z czasów skautowskich wojna rozrzuciła po wszystkich frontach. Przychodziły listy poczty polowej, potem już tylko kartki, a któregoś dnia okrężną drogą dotarła do Greffą wiado­mość, że jego ulubieniec, Horst Donath, kiedyś skaut, potem hufcowy w Jungvolku, padł jako podporucznik nad Dońcem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2493278213057834408?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2493278213057834408/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2493278213057834408&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2493278213057834408'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2493278213057834408'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/wiama-i-briask-potem-rozpocz-si-okres.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-1338980580451147259</id><published>2008-08-03T08:18:00.005-07:00</published><updated>2008-08-03T08:18:40.148-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Oni uporali się właśnie z zupą żółwiową. Maria niosła zielony, słodki groszek konserwowy polany masłem. Matzerath, który był odpowiedzialny za pieczeń wieprzową, osobiście zajął się półmiskiem, zrzucił marynarkę, w samej koszuli krajał plasterek po plasterku i nad kruchym, soczystym mięsem robił tak wniebowzięte miny, że musiałem odwrócić wzrok.&lt;br /&gt;Greffowi podano coś innego. Dostał szparagi z puszki, jajka na twardo i rzodkiew ze śmietaną, bo wegetarianie nie jedzą mięsa. Natomiast jak wszyscy pozostali wziął trochę tłuczonych ziemnia­ków, tylko okrasił je nie sosem od pieczeni, ale podrumienionym masłem, które uważna Maria przyniosła mu z kuchni na syczącej patelence. Podczas gdy inni pili piwo, Greff miał w szklance słodki moszcz. Rozmawiano o bitwie w kotle pod Kijowem, dodawano na palcach liczby jeńców. Bałt Ehlers okazał w tym szczególną zręcz­ność, przy każdych stu tysiącach podnosił palec, aby potem, gdy obie rozczapierzone dłonie oznaczały milion, licząc dalej obalać jeden palec za drugim. Gdy wyczerpano temat jeńców rosyjskich, którzy wskutek zwiększającej się liczby stawali się coraz bardziej bezwar­tościowi i nieciekawi, Scheffler opowiedział o okrętach podwodnych w Gdyni, a Matzerath szepnął na ucho mojej babce Annie, że u Schichaua podobno co tydzień spływają na wodę dwa okręty podwodne. Następnie handlarz warzyw Greff wyjaśniał całemu towarzystwu, dlaczego okręty podwodne muszą spływać z pochylni burtą naprzód, nie rufą. Chciał to przedstawić plastycznie, wszystko ilustrował ge­stami, które część gości, zafascynowana budową okrętów podwod­nych, uważnie i niezręcznie naśladowała. Wincenty Broński, gdy jego lewa ręka chciała upodobnić się do zanurzającego okrętu podwodne­go, przewrócił szklankę z piwem. Babka już miała go za to wyłajać, ale Maria ułagodziła ją, powiedziała, że nic nie szkodzi, bo obrus i tak idzie jutro do prania; a że na chrzcinach zdarzają się plamy, to przecież naturalne.&lt;br /&gt;Jednocześnie przyszła też matka Truczinska ze ściereczką, wy­tarła plamę po piwie, a w lewej ręce miała dużą kryształową miskę pełną budyniu czekoladowego z tłuczonymi migdałami.&lt;br /&gt;O, gdybyż do budyniu czekoladowego był inny sos albo w ogóle nie było żadnego! Ale był sos waniliowy. Gęsty, żółtawy sos wani­liowy. Bardzo pospolity, zwyczajny, a jednak jedyny w swoim ro­dzaju sos waniliowy. Nie ma chyba na tym świecie nic weselszego, ale i nic smutniejszego ponad sos waniliowy. Wanilia pachniała ła­godnie i coraz bardziej i bardziej otaczała mnie Marią, tak że nie mogłem już na nią patrzeć i nie mogłem jej znieść, jej, która była sprawczynią wszelkiej wanilii, która siedziała obok Matzeratha, któ­ra trzymała jego dłoń w swojej dłoni.&lt;br /&gt;Oskar zsunął się ze swojego dziecięcego krzesełka, trzymając się spódnicy Greffowej, która zajadała w najlepsze, położył się u jej stóp i po raz pierwszy chłonął ową właściwą Linie Greff woń, która na­tychmiast przekrzyczała, połknęła, unicestwiła wszelką wanilię.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-1338980580451147259?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/1338980580451147259/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=1338980580451147259&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1338980580451147259'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1338980580451147259'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/oni-uporali-si-wanie-z-zup-wiow.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7209580013017315355</id><published>2008-08-03T08:18:00.003-07:00</published><updated>2008-08-03T08:18:28.903-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>W ten sposób Jadwiga Brońska jako Jadwiga Ehlers ponownie zjawiła się w naszym mieszkaniu i na chrzciny mego syna Kurta prócz swojego ortsbauernfuhrera przywiozła swego dawnego teścia, Win­centego Brońskiego i jego siostrę Annę. Matzerath był chyba uprze­dzony, głośno i serdecznie powitał oboje staruszków na ulicy pod oknami sąsiadów, a w bawialni, gdy babka sięgnęła pod cztery spód­nice i wyciągnęła prezent chrzestny, dorodną gęś, powiedział:&lt;br /&gt;- Po co było robić sobie tyle kłopotu, mamusiu? Rad ci będę i wtedy, kiedy nic nie przyniesiesz, a mimo to przyjedziesz.&lt;br /&gt;To z kolei nie dogadzało mojej babce, która chciała usłyszeć, co warta jest jej gęś. Chlasneła tłustego ptaka dłonią na płask i zaprote­stowała: - A nie gadajże tak, Alfredku. Przecież to nie kaszubska gęś, ale niemiecka, a smakuje tak samo jak przed wojną!&lt;br /&gt;W ten sposób rozwiązano wszelkie problemy narodowościowe i tylko przed samym chrztem było jeszcze trochę ambarasu, gdy Oskar nie chciał wejść do protestanckiego kościoła. Również gdy wynieśli mój bębenek z taksówki, wabili mnie blachą i zapewniali w kółko, że w kościołach protestanckich wolno mieć ze sobą nawet bębenki, ja w dalszym ciągu pozostałem zajadłym katolikiem i prędzej zdecydo­wałbym się na krótką, treściwą spowiedź do kapłańskiego ucha pro­boszcza Wiehnke niż na wysłuchanie protestanckiego gadania przy chrzcie. Matzerath ustąpił. Prawdopodobnie uląkł się mojego głosu i związanych z nim kosztów odszkodowania. Tak więc, gdy w ko­ściele odbywał się chrzest, zostałem w taksówce, oglądałem tył gło­wy szofera, przypatrywałem się twarzy Oskara w lusterku wstecz­nym, wspominałem swój własny chrzest sprzed wielu lat i wszystkie próby proboszcza Wiehnke, które miały z Oskara wypędzić szata­na.&lt;br /&gt;Po chrzcie zasiedliśmy do obiadu przy dwóch zsuniętych stołach i zaczęliśmy od zupy żółwiowej. Łyżka i brzeg talerza. Ci ze wsi siorbali. Greff odstawiał mały palec. Gretchen Scheffler gryzła zupę. Gusta uśmiechała się szeroko ponad łyżką. Ehlers rozmawiał poprzez łyżkę. Wincenty szukał czegoś obok łyżki. Tylko stare kobiety, bab­ka Anna i matka Truczinska, oddawały się łyżce bez reszty, a Oskar porzucił łyżkę, wymknął się z pokoju, podczas gdy tamci jeszcze zajadali, i odszukał w sypialni kolebkę syna, bo chciał pomyśleć o synu, podczas gdy tamci z łyżkami kurczyli się, coraz bardziej bez­myślni i puści, mimo że wlewali w siebie zupę łyżkami.&lt;br /&gt;Jasnoniebieski tiulowy baldachim nad koszykiem na kółkach. Ponieważ brzeg koszyka był za wysoki, z początku dojrzałem tylko coś czerwonosino pomarszczonego. Podstawiłem bębenek i mogłem potem obejrzeć sobie śpiącego, podrygującego przez sen syna. O, dumo ojcowska, która zawsze szukasz wielkich słów! Ponieważ na widok niemowlęcia nie przyszło mi na myśl nic prócz krótkiego zdania: „Jak skończy trzy lata, dostanie bębenek”, ponieważ mój syn nie udzielił mi żadnych informacji o swoim świecie idei, ponieważ mogłem spodziewać się tylko, że być może, tak jak ja, należy do przenikliwych niemowląt, raz za razem obiecywałem mu blaszany bębenek na trzecie urodziny, potem zszedłem z blachy i wróciłem do dorosłych do bawialni.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7209580013017315355?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7209580013017315355/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7209580013017315355&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7209580013017315355'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7209580013017315355'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/w-ten-sposb-jadwiga-broska-jako-jadwiga.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2879759104118414553</id><published>2008-08-03T08:18:00.001-07:00</published><updated>2008-08-03T08:18:18.588-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Ta argumentacja nigdy oczywiście nie przyszła na myśl Matzerathowi, który przecież wystosował zaproszenie. Nawet w chwilach największego zwątpienia, na przykład po wysoko przegranej partii skata, uważał się on za podwójnego rodzica, ojca i żywiciela. Oskar zobaczył swoich dziadków z innych powodów. Oboje staruszków zniemczono. Nie byli już Polakami i tylko śnili po kaszubsku. Na­zwano ich volksdeutschami trzeciej grupy. W dodatku Jadwiga Brońska, wdowa po Janie, wyszła za mąż za bałtyckiego Niemca, który był w Rębiechowie ortsbauernführerem. Poszły już wnioski, po któ­rych zatwierdzeniu Marga i Stefan Brońscy mieli nosić nazwisko oj­czyma Ehlersa. Siedemnastoletni Stefan zgłosił się na ochotnika do wojska, odbywał przeszkolenie piechoty na poligonie w Bożym Polu Wielkim i miał wszelkie szansę poznania europejskich teatrów dzia­łań wojennych, podczas gdy Oskar, który też zbliżał się do wymaga­nej w wojsku granicy wieku, z bębenkiem zawieszonym na szyi mu­siał czekać, aż w wojskach lądowych albo w marynarce, ewentualnie w lotnictwie, powstanie możliwość wykorzystania trzyletniego bębnisty. Ortsbauernfiihrer Ehlers zrobił początek. Na czternaście dni przed chrzcinami, z Jadwigą obok siebie na koźle, zajechał parą koni na Labesa. Miał krzywe nogi, chorował na żołądek i nie umywał się do Jana Brońskiego. Niższy o całą głowę, siedział obok krowiookiej Jadwigi przy bawialnym stole. Jego zjawienie się zaskoczyło nawet Matzeratha. Rozmowa nie kleiła się. Mówiono o pogodzie, stwier­dzono, że na wschodzie tyle się dzieje, że raźno posuwamy się na­przód, o wiele szybciej niż w dziewięćset piętnastym, jak przypo­mniał sobie Matzerath, który w dziewięćset piętnastym był na wschodzie. Wszyscy dokładali starań, żeby nie mówić o Janie Brońskim, aż ja pokrzyżowałem te milczące plany i pociesznie wydyma­jąc usta, głośno, raz za razem, przywoływałem wuja Oskara, Jana. Matzerath wziął się w garść i powiedział coś miłego i coś rzewnego o dawnym przyjacielu i rywalu. Ehlers zgodził się skwapliwie, nie ża­łując słów, chociaż swojego poprzednika nie widział nigdy na oczy. Jadwiga zdobyła się nawet na parę prawdziwych, powolutku spływa­jących łez, do niej też należało ostatnie słowo na temat Jana: - To był dobry człowiek. Muchy by nie skrzywdził. Kto by pomyślał, że taką śmierć znajdzie, on, co wszystkiego się bał i strzelać nawet nie umiał. Po tych słowach Matzerath poprosił stojącą za nim Marię, żeby przyniosła butelkowe piwo, a Ehlersa zapytał, czy umie grać w ska­ta. Ehlers nie umiał, bardzo ubolewał, ale Matzerath był dość wspa­niałomyślny, żeby wybaczyć ortsbauernfuhrerowi tę niewielką przy­warę. Poklepał go nawet po ramieniu i kiedy piwo stało już w szklankach, zapewnił, że to nic nie szkodzi, jeśli on nie ma pojęcia o skacie, mimo to mogą przecież zostać dobrymi przyjaciółmi.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2879759104118414553?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2879759104118414553/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2879759104118414553&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2879759104118414553'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2879759104118414553'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/ta-argumentacja-nigdy-oczywicie-nie.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-4508921571649413454</id><published>2008-08-03T08:17:00.006-07:00</published><updated>2008-08-03T08:18:00.441-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Nawet nie przerwałem swojego bębnienia według partytury wie­ży Eiffla i dołączonego dopiero co widoku Łuku Triumfalnego. Mat­ka Truczinska zostawszy babką Truczinska widać nie oczekiwała ode mnie gratulacji. Chociaż to nie była niedziela, postanowiła trochę się uróżować, sięgnęła po wielokroć wypróbowany papier od cykorii, natarła sobie policzki, świeżo umalowana opuściła mieszkanie, aby na dole, na parterze, pomóc rzekomemu ojcu Matzerathowi.&lt;br /&gt;Był to, jak powiedziałem, czerwiec. Zdradliwy miesiąc. Sukcesy na wszystkich frontach - jeśli sukcesy na Bałkanach nazwać sukce­sami - a w perspektywie jeszcze większe sukcesy na wschodzie. Zgromadzono tam olbrzymią armię. Kolej miała pełne ręce roboty. Również Fritz Truczinski, który dotąd tak przyjemnie spędzał czas w Paryżu, musiał wybrać się na wschód, w podróż, która miała za­kończyć się nieprędko i której nie sposób było pomylić z wyjazdem na urlop. Oskar natomiast siedział spokojnie nad lśniącymi pocztów­kami, bawił w spokojnym Paryżu u progu lata, wystukiwał lekko Trois jeunes tambours, nie miał nic wspólnego z niemieckimi woj­skami okupacyjnymi, nie musiał więc obawiać się, że partyzanci będą chcieli zrzucić go z mostów nad Sekwaną. Nie, całkiem po cywilne­mu wdrapałem się ze swoim bębenkiem na wieżę Eiffla, z góry jak należy napawałem się rozległym widokiem, czułem się tak dobrze i mimo kuszącej wysokości wolny od gorzkawo-słodkich myśli o samobójstwie, że dopiero po zejściu na dół, gdy mając swoje dzie­więćdziesiąt cztery centymetry wzrostu stanąłem u stóp wieży Eiffla, ponownie uprzytomniłem sobie narodziny mojego syna. „Voilä, masz syna! - pomyślałem sobie. - Jak skończy trzy lata, dostanie blaszany bębenek. Zobaczymy, kto tu jest ojcem — ten pan Matzerath czy ja, Oskar Broński”.&lt;br /&gt;W upalnym sierpniu - zdaje mi się, że zakomunikowano właśnie o zwycięskim zakończeniu kolejnej bitwy w kotle, tym razem pod Smoleńskiem - odbyły się chrzciny mojego syna Kurta. Jak doszło jednak do tego, że na tę uroczystość zostali zaproszeni moja babka Anna Koljaiczkowa i jej brat Wincenty Broński? Jeśli przyjąć ową wersję, która Jana Brońskiego czyni moim ojcem, a cichego i coraz bardziej zdziwaczałego Wincentego moim dziadkiem ze strony ojca, to nie brak powodów do zaproszenia. Ostatecznie moi dziadkowie byli pradziadkami mojego syna Kurta.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-4508921571649413454?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/4508921571649413454/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=4508921571649413454&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4508921571649413454'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4508921571649413454'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/nawet-nie-przerwaem-swojego-bbnienia.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-8386974666733152451</id><published>2008-08-03T08:17:00.005-07:00</published><updated>2008-08-03T08:17:49.370-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>W dwa dni później Maria zaopatrzyła mnie w nowy bębenek i zaprowadziła do pachnącego namiastką kawy i smażonymi ziem­niakami mieszkania matki Truczinskiej na drugim piętrze. Najpierw spałem na kanapie, bo Oskar nie chciał położyć się w dawnym łożu Herberta, które, jak się obawiałem, pewnie przechowywało jeszcze waniliowy zapach Marii. Po tygodniu stary Heilandt wtaszczył na piętro moje drewniane dziecięce łóżeczko. Zgodziłem się, żeby po­stawiono je obok tego łoża, które milczało cierpliwie pode mną, pod Marią i naszym wspólnym proszkiem musującym. U matki Truczin­skiej Oskar uspokoił się albo zobojętniał. Nie widziałem już brzu­cha, bo Maria bała się wchodzić na schody. Unikałem mieszkania na parterze, sklepu, ulicy, nawet podwórza, na którym z powodu coraz cięższej sytuacji żywnościowej znów trzymano króliki.&lt;br /&gt;Oskar przesiadywał najczęściej nad pocztówkami, które przysy­łał lub przywoził z Paryża kapral Fritz Truczinski. Myśląc o tym mie­ście wyobrażałem sobie niejedno, a gdy matka Truczinska wręczyła mi widokówkę z wieżą Eiffla, zacząłem, zgłębiając żelazną konstruk­cję śmiałej budowli, wybębniać Paryż, wybębniać melodię musette, choć nigdy przedtem jej nie słyszałem.&lt;br /&gt;Dwunastego czerwca, według moich obliczeń o czternaście dni za wcześnie, pod znakiem Bliźniąt - nie zaś, jak wyliczyłem, pod znakiem Raka — urodził się mój syn Kurt. Ojciec w roku Jowisza, syn w roku Wenus. Ojciec opanowany przez Merkurego w konstelacji Panny, a więc usposobiony sceptycznie i pomysłowo; syn również przez Merkurego, ale pod znakiem Bliźniąt, obdarzony chłodnym, zapobiegliwym umysłem. To, co u mnie łagodziła Wenus w domu ascendenta, pogłębiał Koziorożec w tym samym domu mojego syna; jego Mars miał jeszcze dać mi się we znaki.&lt;br /&gt;Matka Truczinska w podnieceniu, zachowując się jak mysz, ob­wieściła mi nowinę: - Wyobraź sobie, Oskarku, bocian przyniósł ci braciszka. A ja sobie myślałam, żeby to nie była dziewuszka, bo z dziewuszką to później same zmartwienia!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-8386974666733152451?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/8386974666733152451/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=8386974666733152451&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8386974666733152451'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8386974666733152451'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/w-dwa-dni-pniej-maria-zaopatrzya-mnie-w.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-1755508425972267960</id><published>2008-08-03T08:17:00.003-07:00</published><updated>2008-08-03T08:17:37.863-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Tyle dowiedział się Matzerath i uwierzył w to. W rzeczywistości morderczy zamach dopomógł mi pewnego dnia do spotkania z zu­pełnie inną Marią.&lt;br /&gt;W przerwie obiadowej położyła się na kozetce. Matzerath po­zmywał już po obiedzie, był w sklepie i ubierał wystawę. W bawialni było cicho. Może jakaś mucha, zegar jak zwykle, w cicho nastawio­nym radiu reportaż o sukcesach spadochroniarzy na Krecie. Słucha­łem tylko, gdy oddali głos wielkiemu bokserowi Maksowi Schmelingowi. O ile zdołałem zrozumieć, w czasie skoku i lądowania na skalistej ziemi Krety mistrz świata zwichnął sobie nogę, musiał teraz leżeć i oszczędzać się; podobnie jak Maria, która po upadku z drabi­ny musiała leżeć w łóżku. Schmeling mówił spokojnie, skromnie, potem opowiadali spadochroniarze, którzy byli mniej sławni, i Oskar już nie słuchał: cisza, może jakaś mucha, zegar jak zwykle, bardzo cicho radio.&lt;br /&gt;Siedziałem przy oknie na swoim stołeczku i obserwowałem ciało Marii na kozetce. Oddychała ciężko i miała zamknięte oczy. Co jakiś czas waliłem ponuro w blachę. Ale ona nie ruszała się, a mimo to zmuszała mnie, bym oddychał w jednym pokoju z jej brzuchem. Pew­nie, był jeszcze zegar, mucha między szybą a firanką i radio z kamie­nistą wyspą Kretą w tle. Wszystko to odpłynęło ode mnie w jednej chwili, widziałem tylko brzuch, nie wiedziałem, w którym pokoju zaokrąglał się ten brzuch ani do kogo należał, nie pamiętałem, kto ów brzuch tak wypchał, czułem tylko jedno pragnienie: ten brzuch musi zniknąć, to pomyłka, to mi zasłania widok, musisz wstać i coś zrobić! Wstałem więc. Musisz zobaczyć, co się da zrobić. Podsze­dłem więc do brzucha i po drodze wziąłem coś w rękę. Powinieneś wpuścić tam trochę powietrza, to paskudne wzdęcie. Wtedy unio­słem to, co po drodze wziąłem w rękę, wybrałem miejsce pomiędzy współoddychąjącymi na brzuchu dziecinnymi łapkami Marii. Powi­nieneś zdecydować się wreszcie, Oskarze, bo inaczej Maria otworzy oczy. I już poczułem na sobie jej wzrok, spoglądałem jednak nadal na lekko drżącą lewą rękę Marii, zauważyłem wprawdzie, że zabrała prawą rękę, że prawa ręka miała jakieś zamiary, i nie zdziwiłem się specjalnie, gdy Maria prawą ręką wyrwała nożyczki z zaciśniętej pięści Oskara. Stałem chyba jeszcze parę sekund z uniesioną, lecz pustą dłonią, słyszałem zegar, muchę, głos spikera w radio, który zapowie­dział koniec reportażu z Krety, potem odwróciłem się i zanim zaczę­ła się nowa audycja - wesołe melodie od drugiej do trzeciej - opuściłem naszą bawialnię, która w obliczu wypełniającego cały pokój brzu­cha stała się dla mnie za ciasna.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-1755508425972267960?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/1755508425972267960/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=1755508425972267960&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1755508425972267960'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1755508425972267960'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/tyle-dowiedzia-si-matzerath-i-uwierzy-w.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2905749685694022299</id><published>2008-08-03T08:17:00.001-07:00</published><updated>2008-08-03T08:17:22.866-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Możliwe, że ją znał. Natomiast ona bodaj go nie znała. Tak samo jak sąsiedzi i klienci w stosunkach Greffa z owymi chłopcami i mło­dzieńcami, którzy dosyć często odwiedzali handlarza, nie dopatrzy­łaby się niczego innego, jak tylko uwielbienia młodych ludzi dla amatorskiego wprawdzie, ale zamiłowanego przyjaciela i wychowawcy młodzieży.&lt;br /&gt;Mnie Greffnie mógł ani zachwycić, ani wychować. Oskar też nie był w jego typie. Gdybym zdecydował się rosnąć, może byłbym w jego typie; bo mój syn Kurt, który ma teraz prawie trzynaście lat, w swojej kościstej smukłości jest wiernym wcieleniem ideału Greffa, chociaż cały wdał się w Marię, ze mnie ma bardzo mało, a z Matzeratha zupełnie nic.&lt;br /&gt;Greff wraz z Fritzem Truczinskim, który przyjechał na urlop, był świadkiem na ślubie Marii Truczinskiej z Alfredem Matzerathem. Ponieważ Maria, tak samo jak jej małżonek, była protestantką, poszli tylko do urzędu stanu cywilnego. Było to w połowie grudnia. Matzerath w mundurze partyjnym wypowiedział swoje „tak”. Maria była w trzecim miesiącu.&lt;br /&gt;Im bardziej gruchała moja ukochana, tym bardziej rosła niena­wiść Oskara. Nie miałem zresztą nic przeciwko ciąży. Ale świado­mość, że płód poczęty z mojego nasienia miał któregoś dnia nosić nazwisko Matzeratha, odbierała mi całą radość z oczekiwanego pier­worodnego. Podjąłem więc, gdy Maria była w piątym miesiącu, oczy­wiście grubo za późno, pierwszą próbę przerwania ciąży. Było to w karnawale. Na owym mosiężnym drągu nad ladą, na którym wisia­ły kiełbasy i połcie słoniny, Maria chciała jeszcze zawiesić kilka ser­pentyn i dwie maski klownów z bulwiastymi nochalami. Drabina, która zwykle opierała się mocno o półki, stała chwiejnie przy ladzie. Maria wysoko w górze, z rękami w serpentynach, Oskar na samym dole, u stóp drabiny. Posługując się pałeczkami jak dźwignią, poma­gając sobie ramieniem i niewzruszonym postanowieniem, uniosłem drabinę w górę, potem w bok: pomiędzy serpentynami i maskami klownów Maria krzyknęła cicho i z przestrachem, drabina zakołysała się, Oskar uskoczył, a tuż obok niego upadła Maria, pociągając za sobą kolorowy papier, kiełbasę i maski.&lt;br /&gt;Wyglądało to groźniej, niż było w rzeczywistości. Maria skręciła tylko nogę, musiała leżeć i oszczędzać się, poza tym jednak nie do­znała żadnego uszczerbku, w dalszym ciągu robiła się coraz bardziej niekształtna i nawet Matzerathowi nie powiedziała, kto się przyczy­nił do jej upadku.&lt;br /&gt;Dopiero gdy w maju następnego roku, na jakieś trzy tygodnie przed spodziewanym rozwiązaniem, podjąłem drugą próbę przerwa­nia ciąży, porozmawiała ze swoim mężem Matzerathem, nie mówiąc całej prawdy. Przy obiedzie, w mojej obecności, powiedziała: - Z Oskarka zrobił się ostatnio taki dzikus przy zabawie, że nieraz kopie mnie w brzuch. Może do czasu rozwiązania umieścimy go u mojej mamy, miejsca tam jest dość.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2905749685694022299?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2905749685694022299/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2905749685694022299&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2905749685694022299'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2905749685694022299'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/moliwe-e-j-zna.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-5164135439608258251</id><published>2008-08-03T08:16:00.002-07:00</published><updated>2008-08-03T08:17:03.416-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Ba, gdyby handlarz warzyw nie miał owego dziecinnego pociągu do majsterkowania, ze sklepu położonego w tak dobrym punkcie, z dala od wszelkiej konkurencji, na wielodzietnym przedmieściu, nie­trudno byłoby zrobić kopalnię złota. Lecz gdy po raz trzeci i czwarty zjawił się kontroler z urzędu miar i sprawdził wagę warzywną, skonfiskował odważniki, wagę opieczętował, a Greffowi wymierzył mniej­szą lub większą grzywnę, część stałej klienteli odeszła, kupowała na targu i ludzie mówili: „Towar u Greffa zawsze jest pierwszej jakości i wcale nie taki drogi, ale z uczciwością musi tam być coś nie po kolei; ci z urzędu miar znów u niego byli”.&lt;br /&gt;A przy tym jestem pewien, że Greff nie chciał oszukiwać. Czyż nie zdarzyło się, że duża waga ziemniaczana, odkąd handlarz wa­rzyw wprowadził pewne zmiany, ważyła na niekorzyść Greffa? Na krótko przed wybuchem wojny właśnie w tej wadze zainstalował pozytywkę, która w zależności od ciężaru ważonych ziemniaków wygrywała coraz to inną piosenkę. Przy dwudziestu funtach ziem­niaków klienci otrzymywali jako - że tak powiem - premię Na ja­snym brzegu Saale, pięćdziesiąt funtów puszczało w ruch melodię Bądź zawsze wiemy i uczciwy, cetnar ziemniaków na zimę wywabiał z pozytywki urzekające prostotą dźwięki piosenki o Anusi z Tharau.&lt;br /&gt;Choć rozumiałem, że urzędowi miar nie mogły się podobać te muzyczne żarty, Oskar odnosił się ze zrozumieniem do kaprysów handlarza warzyw. Także Lina Greff wybaczała mężowi te dziwac­twa, ponieważ, ano właśnie, ponieważ małżeństwo Greffów opierało się na wzajemnym wybaczaniu sobie wszelkich dziwactw. Można więc powiedzieć, że było to dobre małżeństwo. Greff nie bił żony, nigdy jej nie zdradzał z innymi kobietami, nie był ani pijakiem, ani karciarzem, był wesołym, porządnie ubranym człowiekiem, lubia­nym za swoje towarzyskie, życzliwe usposobienie nie tylko przez młodzież, lecz także przez tę część klienteli, która przychodziła do niego po ziemniaki i muzykę.&lt;br /&gt;Toteż Greff patrzył spokojnie i pobłażliwie, jak jego Lina z roku na rok stawała się coraz bardziej cuchnącą flądrą. Widziałem, jak się uśmiechał, kiedy ludzie, którzy dobrze mu życzyli, nazywali flądrę po imieniu. Słyszałem, jak chuchając i pocierając mimo ziemniaków wypielęgnowane dłonie mówił nieraz do Matzeratha, który gorszył się Greffową: - Oczywiście, masz całkowitą rację, Alfredzie. Po­czciwa Lina jest trochę niedbała. Ale czy my dwaj jesteśmy bez grze­chu? - Kiedy Matzerath nie ustępował, Greff ucinał takie dyskusje zdecydowanie, a jednak uprzejmie: - Może to i prawda, co mówisz, ale ona ma dobre serce. Znam przecież moją Linę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-5164135439608258251?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/5164135439608258251/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=5164135439608258251&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/5164135439608258251'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/5164135439608258251'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/ba-gdyby-handlarz-warzyw-nie-mia-owego.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-3993098440248460255</id><published>2008-08-03T08:16:00.001-07:00</published><updated>2008-08-03T08:16:40.046-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Oskar nie chce, żeby państwo dostali gęsiej skórki. Powiem więc krótko: zimą handlarz warzyw Greff dwa razy w tygodniu kąpał się w Bałtyku. W środy kąpał się sam jeden wczesnym rankiem. Wy­jeżdżał o szóstej, o wpół do siódmej był na miejscu, do piętnaście po siódmej wyrąbywał otwór, szybkimi, przesadnymi ruchami zrzucał ubranie, wskakiwał do przerębli, natarłszy się przedtem śniegiem. Nieraz słyszałem, jak śpiewał: Dzikie gęsi ciągną nocą... albo Zako­chani w burzach, śpiewał, kąpał się, krzyczał dwie, najwyżej trzy minuty, nagle ukazywał się przeraźliwie wyraźnie na lodowej równi­nie: parujące, czerwone jak rak ciało, które miotało się wokół przerębli, wciąż jeszcze krzyczał, płonął czerwono, w końcu ubierał się i wskakiwał na rower. Krótko przed ósmą Greff wracał na Labesa i punktualnie otwierał swój sklep z warzywami.&lt;br /&gt;Drugą kąpiel Greff brał w niedzielę w asyście kilku chłopców. Oskar nigdy nie chciał tego oglądać i nie oglądał. Ludzie później o tym opowiadali. Muzyk Meyn znał różne historyjki o handlarzu warzyw, roztrąbił je na całą dzielnicę, a jedna z tych historyjek tręba­cza głosiła, że każdej niedzieli w pełni zimy Greff kąpał się w asyście kilku chłopców. Ale nawet Meyn nie twierdził, że handlarz warzyw zmuszał chłopców, by jak on wskakiwali nago do przerębli. Podob­no był już rad, kiedy półnadzy lub prawie nadzy, muskularni i prężni, dokazywali na lodzie i nacierali się wzajemnie śniegiem. Ba, chłop­cy w śniegu sprawiali Greffowi tyle radości, że i on przed lub po kąpieli nieraz z nimi dokazywał, pomagał natrzeć tego lub owego, pozwalał też całej bandzie nacierać siebie; muzyk Meyn mimo nad­brzeżnej mgły widział rzekomo z jelitkowskiej promenady, jak prze­raźliwie nagi, rozśpiewany, rozkrzyczany Greff złapał dwóch nagich wychowanków, uniósł - nagi, obładowany nagimi - niby w rozpę­dzonej trojce miotał się z krzykiem po grubym lodzie Bałtyku.&lt;br /&gt;Można się domyślić, że Greff nie był synem rybaka, chociaż w Brzeźnie i Nowym Porcie wielu rybaków nosiło nazwisko Greff. Greff, handlarz warzyw, pochodził z Nowego Dworu Gdańskiego, natomiast Lina Greff, z domu Bartsch, poznała swojego męża w Prusz­czu Gdańskim. Pomagał tam młodemu, rzutkiemu wikaremu prowa­dzić koło katolickiego związku młodzieży rzemieślniczej, a Lina z powodu tego samego wikarego przychodziła co sobota do domu parafialnego. Sądząc ze zdjęcia, które Greffowa widocznie mi poda­rowała, bo mam je do dziś w swoim albumie, dwudziestoletnia Lina była wówczas krzepka, okrągła, wesoła, dobroduszna, lekkomyślna, głupia. Jej ojciec miał spory zakład ogrodniczy w Świętym Wojcie­chu. Wyszła za mąż jako dwudziestoletnia dziewczyna, zupełnie, jak stale później zapewniała, niedoświadczona, za radą wikarego, wy­szła za Greffa i za pieniądze ojca otworzyła sklep warzywniczy we Wrzeszczu. Ponieważ znaczną część towaru, na przykład niemal wszystkie owoce, brali za pół darmo z ojcowskiego ogrodu, sklep szedł dobrze, prawie sam z siebie i Greff niewiele mógł zepsuć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-3993098440248460255?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/3993098440248460255/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=3993098440248460255&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3993098440248460255'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3993098440248460255'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/oskar-nie-chce-eby-pastwo-dostali-gsiej.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-371976698657627090</id><published>2008-08-03T08:15:00.000-07:00</published><updated>2008-08-03T08:16:18.683-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Greff kochał to, co sprężyste, muskularne, zahartowane. Jeśli mówił o naturze, myślał jednocześnie o ascezie. Jeśli mówił o ascezie, myślał o szczególnego rodzaju pielęgnacji ciała. Greff doceniał swoje ciało, pielęgnował je ceremonialnie, wystawiał na upał i spe­cjalnie pomysłowo na zimno. Podczas gdy Oskar blisko- i daleko­siężnym śpiewem rozbijał szkło, rozpuszczał niekiedy lodowe kwiaty na szybach i stapiał sople, aż roztrzaskiwały się dźwięcznie, han­dlarz warzyw był człowiekiem, który poręcznym narzędziem brał lód w obroty.&lt;br /&gt;Greff wyrąbywał dziury w lodzie. W grudniu, styczniu, lutym wyrąbywał niewielkie dziury w lodzie. Rano, jeszcze po ciemku, wyciągał rower z piwnicy, zawijał siekierkę w worek po cebuli, pe­dałował przez Zaspę do Brzeźna, z Brzeźna zaśnieżoną promenadą w stronę Jelitkowa, zsiadał między Brzeźnem a Jelitkowem, tymcza­sem pomału się rozwidniało, i pchał rower z siekierką w worku po oblodzonej plaży, potem dwieście - trzysta metrów po zamarzniętym Bałtyku. Zalegała tam nadbrzeżna mgła. Z plaży nikt nie mógłby dojrzeć, jak Greff kładł rower, odwijał siekierkę z worka po cebuli, stał chwilę spokojny i skupiony, przysłuchiwał się rogom mgłowym frachtowców zamarzniętych na redzie, potem zrzucał kurtkę, robił parę ćwiczeń gimnastycznych, a wreszcie silnymi, rytmicznymi ude­rzeniami zaczynał wyrąbywać okrągłą dziurę w Bałtyku.&lt;br /&gt;Dobre trzy kwadranse potrzebował Greff na swoją przeręblę. Pro­szę nie pytać, skąd to wiem. Oskar wiedział wówczas prawie wszyst­ko. Wiedziałem więc też, ile czasu potrzebował Greff na swoją prze­ręblę w lodowej pokrywie. Pocił się, a jego pot z wysokiego wypukłego czoła skapywał słonymi kroplami na śnieg. Praca szła mu sprawnie, wykuwał głęboką i okrągłą koleinę, przebijał ją na wylot i potem gołymi rękami wyjmował grubą chyba na dwadzieścia cen­tymetrów bryłę z rozległej, sięgającej, jak można było sądzić, po Hel czy nawet Szwecję lodowej równiny. W przerębli stała odwieczna i szara, przetykana zamarzniętą breją woda. Parowała trochę, a jed­nak nie było to ciepłe źródło. Przerębla przyciągała ryby. To znaczy, mówi się o przeręblach, że przyciągają ryby. Greff mógłby teraz zła­pać minoga albo dwudziestofuntowego dorsza. Nie łapał jednak ryb, tylko zaczynał się rozbierać do naga: bo kiedy Greff się rozbierał, rozbierał się do naga.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-371976698657627090?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/371976698657627090/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=371976698657627090&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/371976698657627090'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/371976698657627090'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/greff-kocha-to-co-spryste-muskularne.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-3936534566503486985</id><published>2008-08-03T08:14:00.001-07:00</published><updated>2008-08-03T08:14:46.175-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Nie lubiłem Greffa. Greff nie lubił mnie. Także później, po tym, jak mi zbudował mechaniczny bębenek, nie lubiłem go. Nawet dzi­siaj, gdy Oskar nie sili się na podtrzymywanie takich nie wygasłych antypatii, nie lubię go specjalnie, choć już dawno nie żyje.&lt;br /&gt;Greff był handlarzem warzyw. Lecz nie dajcie państwo zwieść się pozorom. Nie wierzył ani w ziemniaki, ani w kapustę włoską, miał natomiast rozległą wiedzę o uprawie warzyw, podawał się chętnie za ogrodnika, miłośnika przyrody, wegetarianina. Ale właśnie dlatego, że nie jadał mięsa, nie był prawdziwym handlarzem warzyw. Nie potrafił mówić o ziemiopłodach jak o ziemiopłodach. „Proszę tylko popatrzeć, jaki to nadzwyczajny ziemniak - słyszałem nieraz, jak mówił do swo­ich klientów. - Ten napęczniały, soczysty, wynajdujący coraz to nowe kształty, a zarazem jak nieskalany miąższ. Kocham ziemniaka, bo on do mnie przemawia”. Oczywiście prawdziwemu handlarzowi warzyw nie wolno nigdy przemawiać tak do klienteli i wprawiać jej w zakłopo­tanie. Moja babka Anna Koljaiczkowa, która przecież pośród karto­flisk dożyła późnej starości, w latach największego ziemniaczanego urodzaju wygłaszała co najwyżej takie oto zdanko: „Ano bulwy mamy ździebko dorodniejsze niż tamtego roku”. Przy tym Anna Koljaiczko­wa i jej brat Wincenty Broński byli o wiele bardziej zależni od ziem­niaczanych zbiorów niż handlarz warzyw Greff, któremu zwykle do­bry rok śliwkowy wynagradzał zły rok ziemniaczany.&lt;br /&gt;Wszystko w Greffie było przesadzone. Czy koniecznie musiał nosić w sklepie zielony fartuch? Jaka to zarozumiałość, żeby uśmie­chając się i wymądrzając przed klientami nazywać zielony jak szpi­nak ciuch „ogrodniczym fartuchem Pana Boga”. Poza tym nie mógł się rozstać ze skautingiem. Wprawdzie już w dziewięćset trzydzie­stym ósmym musiał rozwiązać swoją drużynę - szczeniaków ubrano w brunatne koszule i twarzowe czarne mundury zimowe - ale byli skauci po cywilnemu albo w nowych mundurach odwiedzali często i regularnie dawnego drużynowego, ażeby razem z nim, który w po­życzonym od Pana Boga ogrodniczym fartuchu brzdąkał na gitarze, śpiewać pieśni poranne, pieśni wieczorne, pieśni wędrownicze, pie­śni wojskowe, pieśni żniwne, pieśni maryjne, swojskie i obce pieśni ludowe. Ponieważ Greff zdążył jeszcze w porę zapisać się do NSKK i od dziewięćset czterdziestego pierwszego był nie tylko handlarzem warzyw, lecz również komendantem schronu przeciwlotniczego, a ponadto mógł się powołać na dwóch byłych skautów, którzy doszli do czegoś w Jungvolku, zostali drużynowymi i hufcowymi, z punktu widzenia kierownictwa okręgowego Hitlerjugend wieczorne spotka­nia u Greffa można było uznać za dozwolone. Na zaproszenie gauleitera do spraw szkolenia Löbsacka Greff urządzał także wieczory pie­śni na okręgowych kursach szkoleniowych w ośrodku w Jankowie Gdańskim. W początkach dziewięćset czterdziestego u Greffa i pew­nego nauczyciela ze szkoły powszechnej zamówiono opracowanie dla okręgu Gdańsk - Prusy Zachodnie śpiewnika młodzieżowego pod hasłem Śpiewaj i ty! Śpiewnik bardzo się udał. Handlarz warzyw otrzy­mał list z Berlina podpisany przez reichsjugendführera i zaproszenie do stolicy na zlot dyrygentów chóru.&lt;br /&gt;Z Greffa był więc byczy chłop. Mało, że znał wszystkie zwrotki wszystkich pieśni; umiał jeszcze rozstawiać namioty, rozpalać i ga­sić obozowe ogniska nie wywołując pożaru lasu, maszerował kieru­jąc się kompasem, wymieniał nazwy wszystkich widzialnych gwiazd, opowiadał wesołe i ciekawe historyjki, urządzał wieczornice na te­mat Gdańsk a Hanza, wyliczał wszystkich wielkich mistrzów Zako­nu z odpowiednimi datami, na tym jednak nie poprzestawał, ale miał również niejedno do powiedzenia o posłannictwie niemczyzny w pań­stwie krzyżackim, i tylko bardzo rzadko wplatał w swoje prelekcje jakieś celne skautowskie powiedzonko.&lt;br /&gt;Greff kochał młodzież. Bardziej kochał chłopców niż dziewczę­ta. Właściwie dziewcząt w ogóle nie kochał, kochał tylko chłopców. Niekiedy kochał chłopców bardziej, niż to można było wyrazić we wspólnym śpiewie. Możliwe, że to żona, Greffowa, flądra w wiecz­nie wyplamionym biustonoszu i dziurawych majtkach, zmuszała go do szukania czystszej miłości wśród zwinnych i schludnych chłopa­ków. Ale owo drzewo, na którego gałęziach o każdej porze roku kwitła brudna bielizna pani Greff, mogło mieć jeszcze inne korzenie. To znaczy: Greffowa chodziła jak flądra, bo handlarz warzyw i komen­dant schronu przeciwlotniczego nie darzył należytą uwagą beztro­skiej i trochę głupiej obfitości jej kształtów.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-3936534566503486985?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/3936534566503486985/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=3936534566503486985&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3936534566503486985'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3936534566503486985'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/nie-lubiem-greffa.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-8667066081831410063</id><published>2008-08-03T08:13:00.002-07:00</published><updated>2008-08-03T08:14:27.706-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>W naszej bawialni zrobiło się bardzo cicho, jedynie zegar stojący tykał coraz głośniej, a Maria jakby zastanawiała się, czy nie włączyć ponownie radia. Potem jednak powzięła inną decyzję. Przytuliła gło­wę do kiszki z ręcznika na stole, opuściła ręce koło kolan w stronę dywanu i płakała cicho i jednostajnie.&lt;br /&gt;Oskar zapytywał siebie, czy Marii było wstyd, że zaskoczyłem ją w tak przykrej sytuacji. Postanowiłem ją rozweselić, wymknąłem się z pokoju i w ciemnym sklepie koło paczuszek budyniu i żelatyny znalazłem torebkę, która w mrocznym korytarzu okazała się tore­beczką proszku musującego o smaku wonnej marzanki. Oskar ucie­szył się ze swojej zdobyczy, gdyż byłem wówczas przekonany, że Maria przekłada wonną marzankę nad wszystkie inne smaki.&lt;br /&gt;Gdy wszedłem do bawialni, prawy policzek Marii w dalszym cią­gu spoczywał na skręconym w kiszkę frotowym ręczniku. Także jej ręce zwisały jak przedtem, kołysząc się bezradnie między udami. Oskar zbliżył się od lewej i był rozczarowany, gdy zobaczył, że oczy miała zamknięte i suche. Czekałem cierpliwie, aż uniosła powieki z nieco zlepionymi rzęsami, podsunąłem jej torebeczkę, ale ona nie zauważyła wonnej marzanki, patrzyła, jakby nie widząc ani torebecz­ki, ani Oskara.&lt;br /&gt;Łzy ją oślepiły, usprawiedliwiłem Marię i po krótkiej naradzie z samym sobą postanowiłem działać bardziej wprost. Oskar wczoł­gał się pod stół, kucnął koło zwróconych lekko do środka stóp Marii, wziął jej lewą rękę, końcami palców dotykającą prawie dywanu, od­wrócił, aż mogłem zobaczyć dłoń, rozerwałem zębami torebeczkę, wsypałem połowę zawartości na pozostawioną mi bezwolnie misecz­kę, dodałem swoją ślinę, obserwowałem jeszcze pierwsze musowa­nie, a potem dostałem od Marii bolesnego kopniaka w pierś, który rzucił Oskara na środek dywanu pod stołem.&lt;br /&gt;Mimo bólu od razu zerwałem się na nogi i wydostałem spod sto­łu. Maria podniosła się również. Dysząc staliśmy naprzeciw siebie, Maria chwyciła frotowy ręcznik, wytarła lewą dłoń do czysta, serwe­tę rzuciła mi pod nogi i nazwała mnie parszywym świntuchem, zło­śliwym karłem, kopniętym pokraką, którego powinno się zamknąć w domu wariatów. Potem złapała mnie, uderzyła w tył głowy, wymy­ślała mojej biednej mamie, która wydała na świat takiego bękarta, a gdy chciałem krzyknąć, gdy zamierzyłem się na wszystko szkło w bawialni i na całym świecie, zatkała mi usta tym frotowym ręczni­kiem, który - gdy próbowało się go gryźć - bardziej był łykowaty niż wołowina.&lt;br /&gt;Dopiero gdy Oskarowi udało się spurpurowieć aż do siności, pu­ściła mnie. Mógłbym teraz bez trudu rozbić krzykiem wszystkie szklanki, szyby i po raz drugi szkło osłaniające tarczę stojącego zegara. Nie krzyknąłem jednak, tylko pozwoliłem zapanować nad sobą nienawiści, która jest tak wytrwała, że jeszcze dziś, ilekroć Maria wchodzi do mojego pokoju, czuję ją w zębach jak ów frotowy ręcz­nik.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-8667066081831410063?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/8667066081831410063/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=8667066081831410063&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8667066081831410063'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/8667066081831410063'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/w-naszej-bawialni-zrobio-si-bardzo.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-5268235501222547836</id><published>2008-08-03T08:13:00.001-07:00</published><updated>2008-08-03T08:13:47.994-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Matzerath zdołał uwolnić się ode mnie, gdy było już za późno. Z tego powodu uderzył mnie. Maria wzięła Oskara w obronę i robiła Matzerathowi wymówki, że nie potrafił zachować ostrożności. Mat­zerath bronił się jak staruch. Maria sama jest sobie winna, tłumaczył się wykrętnie, niechby poprzestała na jednym razie, ale jej nie można widać nastarczyć. Na to Maria rozpłakała się, powiedziała, że u niej to nie odbywa się tak raz, dwa: wsadzić, wyjąć i koniec, niech sobie poszuka innej, ona co prawda nie ma doświadczenia, ale jej siostra Gusta, która pracuje przecież w „Edenie” i zna się na rzeczy, mówiła, że to tak szybko nie idzie, niech Maria uważa, są mężczyźni, którym zależy tylko na tym, żeby pozbyć się swoich smarków i on, Matze­rath, jest pewnie jednym z nich, ale ona więcej nie da się nabrać, u niej jedno z drugim musi zagrać równocześnie, jak przed chwilą. Ale dlatego on powinien był mimo wszystko uważać, chyba tyle na­leży się jej od niego, ta odrobina uwagi. Potem płakała i nadal sie­działa na kozetce. A Matzerath w kalesonach wrzasnął, że nie zniesie dłużej tych beków; po chwili pożałował tego wybuchu gniewu i wy­ciągnął rękę do Marii, to znaczy: próbował pogłaskać ją pod sukien­ką, gdzie była jeszcze bez majtek, a to doprowadziło Marię do furii.&lt;br /&gt;Oskar jeszcze nigdy nie widział jej takiej. Czerwone plamy wy­stąpiły jej na twarzy, a szare oczy coraz bardziej ciemniały. Nazwała Matzeratha ciamajdą, po czym on sięgnął po spodnie, włożył i za­piął. Niech się wynosi, krzyknęła Maria, do swoich zellenleiterów, to tacy sami szybkochlustacze. A Matzerath złapał marynarkę i z ręką na klamce zapewnił, że teraz będzie z nią całkiem inaczej gadał, bo ma po same uszy tych babskich humorów; skoro ona taka jest niena­sycona, to niech sobie przygada jakiegoś robotnika cudzoziemskie­go, może Francuza, który przynosi piwo, ten na pewno lepiej jej dogodzi. On, Matzerath, wyobraża sobie miłość trochę inaczej, według niego to nie tylko jakieś świństwa, wychodzi teraz na partyjkę skata, tam przynajmniej wie, czego się spodziewać.&lt;br /&gt;Zostałem z Marią sam w bawialni. Nie płakała już, tylko w zamy­śleniu, pogwizdując skąpo, włożyła majtki. Przez dłuższy czas wy­gładzała sukienkę, która wygniotła się na kozetce. Potem nastawiła radio, próbowała słuchać komunikatu o stanie wód na Wiśle i Nogacie, a gdy po omówieniu sytuacji na dolnej Motławie zapowiedziano wiązankę walców, które też zabrzmiały, ni z tego, ni z owego ponow­nie zdjęła majtki, poszła do kuchni, szczęknęła miednicą, puściła wodę, słyszałem, jak buchnął gaz, i pomyślałem sobie, że Maria zde­cydowała się na nasiadówkę.&lt;br /&gt;Aby uciec od tego dość przykrego wyobrażenia, Oskar wsłuchi­wał się w dźwięki walca. Jeśli dobrze pamiętam, parę taktów Straussowskiej muzyki wystukałem nawet na blasze i znalazłem w tym pewną przyjemność. Potem wiązankę walców przerwano i zapowie­dziano komunikat nadzwyczajny. Oskar stawiał na komunikat z Atlan­tyku i nie zawiódł się. Na zachód od Irlandii kilku okrętom podwod­nym udało się zatopić siedem czy osiem statków o pojemności tylu a tylu tysięcy ton rejestrowych brutto. Ponadto innym okrętom pod­wodnym na Atlantyku udało się posłać na dno prawie tyle samo ton. Szczególnie odznaczył się okręt podwodny pod dowództwem kapi­tana Schepke - albo kapitana Kretschmara - w każdym razie jeden z tych dwóch, a może jakiś trzeci sławny kapitan zatopił najwięcej ton rejestrowych brutto, a poza rym - czy ponadto - angielski nisz­czyciel klasy XY.&lt;br /&gt;Podczas gdy ja parafrazowałem na swoim bębenku nadaną po komunikacie nadzwyczajnym pieśń Ruszamy na Anglię i przerobi­łem ją niemal na walca, do bawialni weszła Maria z frotowym ręcz­nikiem przewieszonym przez ramię. Powiedziała półgłosem:&lt;br /&gt;- Słyszałeś, Oskarku, znowu komunikat nadzwyczajny. Jeśli tak dalej pójdzie... - Nie wyjawiając Oskarowi, co się stanie, jeśli tak dalej pójdzie, siadła na krześle, na którego oparciu Matzerath zazwy­czaj wieszał marynarkę. Maria skręciła ręcznik w kiszkę i pogwizdy­wała dość głośno i wiernie Ruszamy na Anglię. Zakończenie powtó­rzyła jeszcze raz, gdy ci w radio już przestali, potem wyłączyła pudło na kredensie, ledwie znów zabrzmiały nieśmiertelne dźwięki walca. Kiszkę z ręcznika położyła na stole. Usiadła i oparła swoje dziecinne łapki o uda.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-5268235501222547836?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/5268235501222547836/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=5268235501222547836&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/5268235501222547836'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/5268235501222547836'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/matzerath-zdoa-uwolni-si-ode-mnie-gdy.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-456190618920655982</id><published>2008-08-03T08:12:00.007-07:00</published><updated>2008-08-03T08:12:58.101-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Za namową Gretchen Scheffler Matzerath postanowił ożenić się z moją ukochaną. Kiedy więc mojego domniemanego ojca nazywam ojcem, to muszę stwierdzić: mój ojciec ożenił się z moją przyszłą żoną, nazwał później mojego syna Kurta swoim synem Kurtem, żą­dał zatem, żebym jego wnuka uznał za przyrodniego brata, a moją ukochaną, pachnącą wanilią Marię tolerował jako macochę w jego cuchnącym rybią ikrą łóżku. Kiedy natomiast powtarzałem sobie: ten Matzerath nie jest nawet twoim domniemanym ojcem, jest zupełnie obcym, ani sympatycznym, ani zasługującym na twoją antypatię czło­wiekiem, który umie dobrze gotować, który dobrze gotując, do tej pory jako tako zastępował ci ojca, bo twoja biedna mama zostawiła go tobie, jego, który na oczach wszystkich zabiera ci najlepszą żonę, wyprawia wesele, w pięć miesięcy później chrzciny, zaprasza cię na dwie uroczystości rodzinne, które o wiele bardziej wypadałoby urzą­dzić tobie, bo ty powinieneś był zaprowadzić Marię do urzędu stanu cywilnego, ty powinieneś był wybrać rodziców chrzestnych, kiedy więc przyglądałem się głównym rolom w tej tragedii i spostrzegłem, że główne role są w przedstawieniu źle obsadzone, zwątpiłem w te­atr: bo Oskarowi, prawdziwemu aktorowi charakterystycznemu, dano rolę statysty, którą z powodzeniem można by było skreślić.&lt;br /&gt;Zanim nadam memu synowi imię Kurt, zanim nazwę go tak, jak nie powinien był nazywać się nigdy - bo ja dałbym chłopcu imię jego prawdziwego pradziadka, Wincentego Brońskiego zanim więc pogodzę się z Kurtem, Oskar nie będzie ukrywał, jak to w czasie ciąży Marii bronił się przed spodziewanymi narodzinami.&lt;br /&gt;Jeszcze wieczorem tego samego dnia, gdy zaskoczyłem ich na kozetce, gdy bębniąc usiadłem na mokrych od potu plecach Matzeratha i udaremniłem zachowanie ostrożności, której domagała się Maria, podjąłem rozpaczliwą próbę odzyskania ukochanej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-456190618920655982?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/456190618920655982/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=456190618920655982&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/456190618920655982'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/456190618920655982'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/za-namow-gretchen-scheffler-matzerath.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-4841945963767906503</id><published>2008-08-03T08:12:00.005-07:00</published><updated>2008-08-03T08:12:43.170-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Maria nie przypomniała sobie. Czuła przede mną niedorzeczny lęk, drżała trochę, schowała lewą dłoń, gorączkowo starała się zmie­nić temat rozmowy, opowiedziała mi jeszcze raz o postępach Kurta w szkole, o śmierci Stalina, o nowej lodówce w sklepie delikateso­wym firmy Matzerath, o projektowanej filii w Oberkassel. Ja nato­miast dochowałem wierności proszkowi musującemu, powiedziałem: proszek musujący, ona wstała, proszek musujący, żebrałem, ona po­żegnała się prędko, poprawiła kapelusz; nie wiedziała, czy ma już iść, kręciła przy radio, które trzeszczało, ja je przekrzyczałem:&lt;br /&gt;- Proszek musujący, Mario, przypomnij sobie!&lt;br /&gt;Wtedy stanęła w drzwiach, płakała, potrząsała głową, zostawiła mnie samego z trzeszczącym, gwiżdżącym radiem turystycznym, zamykając za sobą drzwi tak ostrożnie, jakby wychodziła od umiera­jącego.&lt;br /&gt;A więc Maria nie może już przypomnieć sobie proszku musują­cego. Dla mnie natomiast, póki tchu mi starczy i sił do bębnienia, proszek musujący nie przestanie się pienić; bo to moja ślina u schył­ku lata w dziewięćset czterdziestym ożywiała marzankę i maliny, budziła rozkosz, wysyłała moje ciało na poszukiwania, nauczyła mnie zbierania pieprzników, smardzów i innych, nie znanych mi, lecz rów­nież jadalnych grzybów, zrobiła ze mnie ojca, tak jest, ojca, mło­dziutkiego ojca, od śliny do ojcostwa, budząc rozkosz, do ojcostwa, zbierając i płodząc; bo w początkach listopada nie ulegało już naj­mniejszej wątpliwości, że Maria była w ciąży, Maria była w drugim miesiącu, a ja, Oskar, byłem ojcem.&lt;br /&gt;Myślę tak jeszcze dzisiaj, bo historia z Matzerathem zdarzyła się o wiele później, w dwa tygodnie, nie, w dziesięć dni po tym, jak zapłodniłem śpiącą Marię w łożu jej pokrytego bliznami brata Her­berta, wobec pocztówek polowych od jej młodszego brata, obergefrajtra, w ciemnym pokoju, między ścianami a oknem zaciemnio­nym papierem, w dziesięć dni później zastałem Marię, już nie śpiącą, lecz dyszącą gorączkowo, na naszej kozetce; leżała pod Matzera­them, a Matzerath leżał na niej.&lt;br /&gt;Wracając ze strychu, gdzie spędzał czas na rozmyślaniach, Oskar ze swoim bębenkiem wszedł z sieni do bawialni. Tamci nie spostrze­gli mnie. Głowami byli zwróceni w stronę kaflowego pieca. Nawet nie rozebrali się porządnie. Matzerathowi kalesony zwisały u kolan. Spodnie leżały porzucone na dywanie. Sukienka i halka Marii zrolo­wały się jej ponad biustonoszem aż do pach. Majtki kołysały się jej na prawej stopie, która wraz z całą nogą, brzydko wykręconą, zwisa­ła z kozetki. Lewa noga spoczywała odrzucona, jakby obojętna, na oparciu. Między jej nogami - Matzerath. Prawą ręką odwrócił jej głowę, druga ręka poszerzała jej otwór i pomagała mu dotrzeć do celu. Spomiędzy rozczapierzonych palców Matzeratha Maria wy­trzeszczała oczy na dywan, zdawało się, jakby obserwowała jego wzór niknący pod stołem. On wgryzł się zębami w aksamitną poduszkę, unosił głowę znad aksamitu tylko wtedy, gdy rozmawiali. Bo rozma­wiali czasem, nie przerywając przy tym pracy, jedynie gdy zegar wybijał trzy kwadranse, zastygli oboje, póki mechanizm wypełniał swoją powinność, a on, obrabiając ją jak przedtem, powiedział: - Już za piętnaście. - A potem chciał się od niej dowiedzieć, czy dogadza jej to, co on robi. Ona kilka razy przytaknęła w odpowiedzi i prosiła, żeby był ostrożny. On przyrzekł, że na pewno będzie ostrożny. Ona kazała mu, nie, zaklinała go, żeby tym razem szczególnie uważał. Potem on zapytał, czy niedługo nadejdzie jej pora. A ona powiedzia­ła, że lada chwila. Wtedy chyba kurcz złapał ją w tę nogę, która zwi­sała z kozetki, bo machnęła nią w górę, ale mimo to majtki się utrzy­mały. Wtedy on znów wgryzł się w aksamitną poduszkę, a ona krzyknęła: wyskakuj, i on chciał wyskoczyć, ale potem już nie mógł, bo zanim wyskoczył, Oskar znalazł się na nich obojgu, bo waliłem go bębenkiem w krzyże, a pałeczkami w blachę, bo nie mogłem już tego słuchać: wyskakuj i wyskakuj, bo moja blacha była głośniejsza niż ich: wyskakuj, bo nie zniósłbym tego, żeby on wyskoczył, tak samo jak Jan Broński wyskakiwał zawsze z mamy; bo mama też za­wsze mówiła: wyskakuj, do Jana: wyskakuj, do Matzeratha: wyska­kuj. A potem rozdzielali się, a smarki chlustały gdzieś tam, na spe­cjalny ręcznik, albo gdy nie było go pod ręką, na kozetkę, może na dywan. Ja nie mogłem na to patrzeć. Ostatecznie sam też nie wysko­czyłem. I to ja byłem pierwszy, który nie wyskoczył, dlatego ja je­stem ojcem, nie ów Matzerath, który zawsze i do ostatka wierzył, że jest moim ojcem. Tymczasem był nim Jan Broński. I wziąłem to w spadku po Janie, że nie wyskoczyłem przed Matzerathem, że zo­stałem w środku, że zostawiłem coś w środku; i rezultatem tego był mój syn, nie jego! On w ogóle nie miał syna. To nie był prawdziwy ojciec. Choćby dziesięć razy żenił się z biedną mamą, choćby też ożenił się z Marią, bo była w ciąży. I uważał, że ludzie w naszym domu i na ulicy myślą tak jak on. Oczywiście myśleli, że Matzerath zrobił Marii brzuch i teraz żeni się z nią, chociaż ona ma siedemna­ście i pół, a on prawie czterdzieści pięć lat. Ale ona jest jak na swój wiek solidna, a jeśli chodzi o małego Oskara, to może cieszyć się z takiej macochy, bo Maria jest dla biednego dziecka nie jak maco­cha, lecz jak rodzona matka, mimo że Oskarek nie ma w głowie wszystkiego po kolei i właściwie nadaje się do zakładu na Srebrzysku albo w Tupiewie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-4841945963767906503?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/4841945963767906503/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=4841945963767906503&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4841945963767906503'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4841945963767906503'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/maria-nie-przypomniaa-sobie.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-689543370529420398</id><published>2008-08-03T08:12:00.003-07:00</published><updated>2008-08-03T08:12:19.893-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>- Wszystkiemu winna była Susi Kater, nie pończochy! - parsk­nęła wściekle Maria. Chociaż Susi Kater już na początku wojny wstą­piła do służby pomocniczej, a później wyszła podobno za mąż i wy­jechała do Bawarii, Maria czuła do starszej o parę lat Susi żywiołową niechęć; tylko kobiety potrafią zachować swoje antypatie z lat mło­dości aż po czasy, gdy są już babciami. Jednakże powołanie się na wysmarowane smołą wełniane pończochy małego Serka odniosło pewien skutek. Maria obiecała kupić chłopcu spodnie narciarskie. Mogliśmy nadać rozmowie inny kierunek. Kurtuś zasługiwał na sło­wa pochwały. Na ostatniej wywiadówce profesor Könnermann wy­rażał się o nim z uznaniem.&lt;br /&gt;- Wyobraź sobie, jest na drugim miejscu w klasie. I w sklepie mi pomaga, nie potrafię ci powiedzieć jak.&lt;br /&gt;Pokiwałem więc z uznaniem głową, kazałem jeszcze opisać so­bie najnowsze inwestycje do sklepu delikatesowego. Namawiałem Marię, żeby otworzyła filię w Oberkassel. Moment jest dogodny, koniunktura utrzymuje się nadal - o tym zresztą dowiedziałem się z radia - a potem uznałem, że czas zadzwonić na pielęgniarza. Bruno wszedł i wręczył mi białą torebeczkę z proszkiem musującym.&lt;br /&gt;Oskar miał obmyślony plan. Bez żadnych wyjaśnień poprosiłem Marię o lewą dłoń. Z początku chciała mi dać prawą, poprawiła się potem, potrząsając głową i śmiejąc się podsunęła mi grzbiet lewej dłoni, być może spodziewała się pocałunku. Zdziwienie okazała, gdy odwróciłem ku sobie wewnętrzną stronę dłoni i między wzgórek Księżyca a wzgórek Wenus nasypałem proszku z torebeczki. Pozwo­liła jednak na to i przeraziła się dopiero, gdy Oskar pochylił się nad jej dłonią i kopiec proszku musującego polał obficie śliną.&lt;br /&gt;- Tylko bez głupstw, Oskarze! - Oburzona zerwała się i cofnęła, patrząc ze zgrozą na kipiący, pieniący się zielono proszek. Od czoła w dół spłynął na nią rumieniec. Zaczęła już we mnie kiełkować na­dzieja, gdy ona trzema krokami znalazła się przy umywalce, puściła wodę, obrzydliwą wodę, najpierw zimną, potem ciepłą, na nasz pro­szek musujący, a potem umyła ręce moim mydłem.&lt;br /&gt;- Czasami jesteś doprawdy nieznośny, Oskarze. Co pan Münster­berg sobie o nas pomyśli? - Prosząc o wyrozumiałość dla mnie, po­patrzyła na pielęgniarza, który w czasie mojej próby stał w nogach łóżka. Żeby Marii dłużej nie krępować, odprawiłem go, a ledwie drzwi zamknęły się za nim, poprosiłem Marię ponownie do łóżka.&lt;br /&gt;- Nie pamiętasz? Proszę cię, przypomnij sobie! Proszek musują­cy! Trzy fenigi torebeczka! Przypomnij sobie: wonna marzanka, maliny, jak wspaniale pienił się, burzył, i ta rozkosz, Mario, ta roz­kosz!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-689543370529420398?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/689543370529420398/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=689543370529420398&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/689543370529420398'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/689543370529420398'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/wszystkiemu-winna-bya-susi-kater-nie.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2860108697295989478</id><published>2008-08-03T08:12:00.001-07:00</published><updated>2008-08-03T08:12:09.430-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>A potem przyszła Maria. Uszyła sobie nowy kostium wiosenny, nosi do niego elegancki kapelusz mysiego koloru z wyrafinowanie oszczędnym słomianożółtym przybraniem i nie zdejmuje go nawet w moim pokoju. Przywitała się ze mną roztargniona, nadstawiła mi policzek, włączyła zaraz owo radio turystyczne, które podarowała wprawdzie mnie, ale przeznaczyła chyba na swój własny użytek; bo obrzydliwe pudło ze sztucznego tworzywa w dni odwiedzin musi nam zastępować część rozmów.&lt;br /&gt;- Słyszałeś rano komunikat? Ale bomba! No nie?&lt;br /&gt;- Tak, Mario - odparłem cierpliwie. - Przede mną też nie ukryli śmierci Stalina, ale teraz, proszę cię, zamknij radio.&lt;br /&gt;Maria posłuchała bez słowa, usiadła, nadal w kapeluszu, i zaczę­liśmy jak zwykle rozmawiać o Kurtusiu.&lt;br /&gt;- Wyobraź sobie, Oskarze, ten łobuziak nie chce już nosić dłu­gich pończoch, i to w marcu, a ma być jeszcze zimniej, słyszałam w radio.&lt;br /&gt;Puściłem mimo uszu wzmiankę o komunikacie radiowym, wzią­łem natomiast stronę Kurta w sprawie długich pończoch.&lt;br /&gt;- Chłopak ma już dwanaście lat, Mario, i wstydzi się wełnianych pończoch przed kolegami.&lt;br /&gt;- Dla mnie tam jego zdrowie ważniejsze, będzie chodził w poń­czochach aż do Wielkanocy.&lt;br /&gt;Termin ten wypowiedziała z takim zdecydowaniem, że ostrożnie spróbowałem skłonić ją do ustępstwa:&lt;br /&gt;- W takim razie powinnaś kupić mu spodnie narciarskie, bo dłu­gie wełniane pończochy rzeczywiście są okropne. Przypomnij sobie, jak ty byłaś w jego wieku. Co to się działo na naszym podwórzu przy Labesa? Co zrobili z małym Serkiem, który też musiał zawsze cho­dzić w długich pończochach aż do Wielkanocy? Nuchi Eyke, który poległ na Krecie, Aksel Mischke, który tuż przed końcem zginął w Holandii, i Harry Schlager - co oni zrobili z małym Serkiem? Wy­smarowali mu smołą drugie wełniane pończochy, tak że przykleiły się na dobre i chłopaka trzeba było zawieźć do szpitala.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2860108697295989478?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2860108697295989478/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2860108697295989478&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2860108697295989478'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2860108697295989478'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/potem-przysza-maria.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-1366296675292640294</id><published>2008-08-03T08:10:00.000-07:00</published><updated>2008-08-03T08:11:51.323-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Na białym kręgu mojego bębenka nie sposób eksperymentować. Powinienem był o tym wiedzieć. Moja blacha wymaga zawsze tego samego drewna. Chce, żeby ją pytać bijąc, lubi udzielać dobitnych odpowiedzi albo paplając swobodnie pod pałeczkami pozostawiać pytanie i odpowiedź bez rozstrzygnięcia. Mój bębenek nie jest więc ani sztucznie podgrzewaną brytfanną, na której dusi się surowe mię­so, ani też parkietem dla par, które nie wiedzą, czy do siebie należą. Toteż nigdy, nawet w najbardziej samotnych chwilach, Oskar nie nasypał proszku musującego na blachę, nie domieszał swojej śliny i nie urządził widowiska, którego nie oglądał już od lat, którego tak bardzo mi brak. Wprawdzie Oskar nie mógł całkowicie odmówić sobie próby ze wspomnianym proszkiem, ale działał bardziej wprost, zostawiając bębenek w spokoju; odsłaniałem się więc, bo bez bęben­ka zawsze jestem odsłonięty.&lt;br /&gt;Przede wszystkim o proszek musujący było bardzo trudno. Wy­słałem mojego pielęgniarza do wszystkich sklepów kolonialnych w Grafenbergu, kazałem mu jechać tramwajem do Gerresheim. Pro­siłem też, żeby poszukał w mieście, ale nawet w owych budkach z napojami, jakie spotyka się na końcowych przystankach tramwa­jów, Bruno nie mógł dostać proszku. Młodsze sprzedawczynie w ogóle o nim nie słyszały, starsi budkarze przypominali sobie nie żałując słów, z namysłem - jak opowiadał Bruno - pocierali czoło, mówili: „Człowieku, o co panu chodzi? O proszek musujący? Ależ dawno go już nie ma! Za Wilhelma i jeszcze na samym początku za Adolfa owszem, wtedy był w handlu. To były czasy! Ale może weźmie pan lemoniadę albo coca colę?”&lt;br /&gt;Bruno wypił więc na mój koszt kilka butelek lemoniady i coca coli, nie zdobył dla mnie jednak tego, czego pragnąłem, a mimo to potrafił Oskarowi pomóc. Okazał się niestrudzony: przyniósł mi wczo­raj białą, nie zapisaną torebeczkę; laborantka zakładu dla nerwowo chorych, niejaka panna Klein, z pełnym zrozumieniem zgodziła się poszperać w swoich puszkach, szufladach i kompendiach, wziąć parę gramów stąd, parę stamtąd i po kilku próbach sporządzić w końcu proszek musujący, który - jak opowiadał Bruno - pienił się, łaskotał, zieleniał i bardzo łagodnie zalatywał wonną marzanką.&lt;br /&gt;A dzisiaj był dzień odwiedzin. Przyszła Maria, ale najpierw przy­szedł Klepp. Chyba przez trzy kwadranse śmieliśmy się z byle cze­go. Oszczędzałem Kleppa i jego leninowskie uczucia, nie poruszałem spraw aktualnych, nie wspominałem więc ani słowem o tym ko­munikacie nadzwyczajnym, który za pośrednictwem małego radia turystycznego - Maria podarowała mi je przed kilku tygodniami - powiadomił mnie o śmierci Stalina. &lt;a href="http://www.piraci.osa.pl/art-3.html"&gt;Jack Sparrow&lt;/a&gt; jednak niewątpliwie o tym wiedział, bo na rękawie płaszcza w brązową kratę miał niezdarnie przyszytą czarną opaskę. Potem Klepp wstał i wszedł Vittlar. Obaj przyjaciele chyba znów się pokłócili, bo Vittlar powitał Kleppa śmiejąc się i robiąc z palców diabelskie rogi.&lt;br /&gt;- Śmierć Stalina zaskoczyła mnie rano przy goleniu - zakpił i pomógł Kleppowi włożyć płaszcz. Z lśniącym tłusto szacunkiem w szerokiej twarzy Klepp dotknął czarnego materiału na rękawie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-1366296675292640294?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/1366296675292640294/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=1366296675292640294&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1366296675292640294'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/1366296675292640294'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/na-biaym-krgu-mojego-bbenka-nie-sposb.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2818355654525783471</id><published>2008-08-03T08:09:00.004-07:00</published><updated>2008-08-03T08:10:03.820-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>A gdy już więcej ich nie znalazłem, jakby przypadkiem znala­złem w innych miejscach pieprzniki. A ponieważ rosły one głębiej pod mchem, mój język zawiódł, wyrósł mi za to jedenasty palec, bo dziesięć palców również zawiodło. I w ten sposób Oskar dorobił się trzeciej pałeczki - był już na to dość dorosły. I bębniłem nie w blachę, lecz w mech. I nie wiedziałem już, czy to ja bębnię czy Maria? Czy to mój mech, czy jej? Czy mech i jedenasty palec należą do kogoś innego, a tylko pieprzniki do mnie? Czy ten pan na dole miał swój własny rozum, własną wole? Kto tu płodził - Oskar, on czyja?&lt;br /&gt;I Maria, która u góry spała, a u dołu współdziałała, która chciała niewinnej wanilii i ostrych pieprzników pod mchem, od biedy prosz­ku musującego, ale nie tamtego, którego i ja nie chciałem, który się usamodzielnił, który kierował się własnym rozumem, który dał z sie­bie coś, czego nie dostał ode mnie, który powstał, gdy ja się położy­łem, który miał inne marzenia niż ja, który nie umiał ani czytać, ani pisać, a jednak podpisał się za mnie, który dziś jeszcze chodzi swo­imi drogami, który oddzielił się ode mnie już owego dnia, gdy po raz pierwszy go spostrzegłem, który jest moim wrogiem, z którym stale muszę się sprzymierzać, który mnie zdradza i wystawia na sztych, którego chciałbym zdradzić i sprzedać, którego się wstydzę, które­mu obrzydłem, którego myję, który mnie brudzi, który nic nie widzi i wszystko wywęszy, który jest mi tak obcy, że chciałbym z nim być na pan, który dzisiaj ma zupełnie inną pamięć niż Oskar: bo kiedy Maria wchodzi dzisiaj do mojego pokoju, a Bruno dyskretnie wymy­ka się na korytarz, on nie poznaje już Marii, nie chce, nie może, roz­wala się leniwie, a tymczasem wzburzone serce Oskara dyktuje moim wargom bełkotliwe słowa: „Posłuchaj, Mario, tak mi się marzy, mógłbym sobie kupić cyrkiel i wokół nas zatoczyć koło, mógłbym tym samym cyrklem zmierzyć kąt nachylenia twojej szyi, kiedy czytasz, szyjesz albo jak teraz kręcisz przy moim radiu. Zostaw to radio, tak mi się marzy: mógłbym sobie zrobić zastrzyk w oczy i znów zapła­kać łzami. U najbliższego rzeźnika Oskar odda swoje serce do prze­kręcenia przez maszynkę, jeśli równocześnie ty oddasz swoją duszę. Moglibyśmy też kupić sobie wypchanego zwierzaka, żeby leżał spo­kojnie między nami. Gdybym ja zdecydował się na robaki, a ty na cierpliwość, moglibyśmy pójść na ryby i być szczęśliwi. Albo pro­szek musujący z tamtych czasów, pamiętasz? Ty mnie nazywasz wonną marzanką, ja pienię się, ty chcesz jeszcze więcej, ja ci daję resztę - Mario, proszek musujący, tak mi się marzy!&lt;br /&gt;Czemu kręcisz tym radiem, tylko radia słuchasz, jakbyś nie mo­gła się doczekać komunikatów nadzwyczajnych!”&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2818355654525783471?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2818355654525783471/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2818355654525783471&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2818355654525783471'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2818355654525783471'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/gdy-ju-wicej-ich-nie-znalazem-jakby.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7322823156198364820</id><published>2008-08-03T08:09:00.003-07:00</published><updated>2008-08-03T08:09:29.104-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Dziwnym sposobem od literatury oczekiwałem więcej bodźców niż od nagiego, rzeczywistego życia. Toteż Jan Broński, którego wi­działem przecież wystarczająco często, jak obrabiał moją biedną mamę, niczego właściwie nie mógł mnie nauczyć. Chociaż wiedzia­łem, że owo złożone na przemian z mamy i Jana lub z Matzeratha i mamy, zadyszane, wytężające wszystkie siły, na koniec pojękujące cicho, rozdzielające się kleiście kłębowisko oznacza miłość, to jed­nak Oskar nie chciał wierzyć, że to jest miłość, i z miłości szukał innej miłości, ale wciąż natykał się na miłość skłębioną i nienawidził tej miłości, aż sam jej doświadczył i musiał bronić przed sobą jako jedynie prawdziwej i możliwej miłości.&lt;br /&gt;Maria przyjmowała proszek musujący na leżąco. Ponieważ, led­wie proszek się zapienił, podrygiwała zwykle i tupała nogami, nie­kiedy już po pierwszej rozkoszy koszula odsłaniała jej uda. Za dru­gim razem koszula sunąc po brzuchu zatrzymywała się przeważnie na jej piersiach. Po całych tygodniach napełniania jej lewej dłoni - przedtem przy lekturze Goethego czy Rasputina nie biorąc tej możli­wości pod uwagę - wsypałem resztkę proszku malinowego z torebki w zagłębienie pępka Marii, zanim zdążyła zaprotestować, wypełni­łem je śliną, a gdy w kraterze zaczęło kipieć, Maria nie miała już potrzebnych do wniesienia protestu argumentów, bo pieniący się gwałtownie pępek miał przewagę nad stuloną dłonią. Wprawdzie był to ten sam proszek musujący, moja ślina pozostała moją śliną, także rozkosz nie uległa zmianie, była tylko silniejsza, o wiele silniejsza. Rozkosz wystąpiła z takim natężeniem, że Maria nie mogła jej wprost znieść. Pochyliła się, chciała zdusić językiem pieniące się w pępko­wym naczyńku maliny, jak zazwyczaj, gdy ta spełniła już swoją po­winność, uśmiercała marzankę w stulonej dłoni, ale język jej okazał się za krótki; własny pępek był dla niej bardziej odległy niż Afryka albo Ziemia Ognista. Ja natomiast miałem blisko do pępka Marii i zanurzyłem w nim język, szukałem malin i znajdowałem coraz wię­cej, zatraciłem się w tym zbieraniu, znalazłem się w okolicach, gdzie żaden leśniczy nie pytał o pozwolenie, czułem się zobowiązany wo­bec każdej maliny, miałem już tylko maliny przed oczyma, w głowie, w sercu, w uszach, czułem już tylko zapach malin, tak byłem pochło­nięty malinami, że Oskar zauważył jedynie mimochodem: Maria jest zadowolona z twojej gorliwości w zbieraniu. Dlatego zgasiła świa­tło. Dlatego umie pogrąża się w sen i pozwala ci szukać dalej; bo Maria była bardzo zasobna w maliny.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7322823156198364820?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7322823156198364820/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7322823156198364820&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7322823156198364820'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7322823156198364820'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/dziwnym-sposobem-od-literatury.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-757442506330753862</id><published>2008-08-03T08:09:00.001-07:00</published><updated>2008-08-03T08:09:13.295-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>W ciągu następnych tygodni opróżniliśmy we dwójkę, zawsze w ten sam sposób, ponad tuzin torebek z proszkiem musującym, prze­ważnie o smaku wonnej marzanki, na koniec, gdy marzanki zabra­kło, o smaku cytrynowym i malinowym, doprowadzaliśmy moją śli­nę do wrzenia i uzyskiwaliśmy rozkosz, którą Maria ceniła coraz wyżej. Doszedłem do pewnej wprawy w gromadzeniu śliny, stoso­wałem fortele, które powodowały szybkie i obfite wydzielanie się cieczy, i wkrótce potrafiłem za pomocą jednej torebki proszku obda­rzyć Marię trzykrotnie, raz za razem upragnioną rozkoszą.&lt;br /&gt;Maria była zadowolona z Oskara, nieraz przytulała go do siebie, po zażyciu proszku musującego całowała go nawet dwa lub trzy razy gdzieś w twarz i na ogół szybko zasypiała, przy czym Oskar słyszał, jak w ciemności jeszcze krótko chichotała.&lt;br /&gt;Mnie coraz trudniej było zasnąć. Miałem szesnaście lat, żywy umysł i czułem odpędzającą sen potrzebę ofiarowania mojej miłości do Marii innych, bardziej nieoczekiwanych możliwości aniżeli te, które drzemały w proszku musującym, a zbudzone moją śliną za­pewniały zawsze tę samą rozkosz.&lt;br /&gt;Rozmyślania Oskara nie ograniczały się tylko do owych chwil po zgaszeniu światła. Przez cały dzień medytowałem przy bębenku, kartkowałem zniszczone strony Rasputina, przypominałem sobie dawne orgie lekcyjne między Gretchen Scheffler a moją biedną mamą, ra­dziłem się także Goethego, którego podobnie jak Rasputina miałem w wyjątkach z Powinowactw z wyboru, brałem więc zmysłowość szamana, wygładzałem ją wszechogarniającym zrozumieniem księ­cia poetów, nadawałem Marii powierzchowność carycy, to znów rysy wielkiej księżnej Anastazji, wybierałem damy ze szlachecko-ekscentrycznego otoczenia Rasputina, aby wkrótce, czując odrazę do kobiet zbyt wyuzdanych, widzieć Marię w niebiańskiej przejrzystości Oty­lii albo pod wstydliwie powściąganą namiętnością Charlotty. Siebie samego Oskar widział na przemian jako Rasputina, to znów jako jego zabójcę, bardzo często jako kapitana, rzadziej jako chwiejnego małżonka Charlotty, a raz - muszę się przyznać - jako geniusza, któ­ry w znajomej postaci Goethego unosił się nad śpiącą Marią.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-757442506330753862?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/757442506330753862/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=757442506330753862&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/757442506330753862'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/757442506330753862'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/w-cigu-nastpnych-tygodni-oprnilimy-we.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-6475913517910435497</id><published>2008-08-03T08:08:00.008-07:00</published><updated>2008-08-03T08:09:02.187-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Przed oczyma Oskara długo jeszcze przesuwały się atrakcyjne, odpędzające sen obrazy. Aczkolwiek między ścianami a oknem za­ciemnionym papierem zalegała gęsta czerń, to jednak jasnowłose pie­lęgniarki pochylały się nad poharatanymi plecami Herberta, z białej, wygniecionej koszuli Leo Hysia, to zrozumiałe, wykluwała się mewa i leciała, leciała i roztrzaskiwała się o mur cmentarza, który wyglądał potem jak świeżo pobielony, i tak dalej, i tak dalej. Dopiero gdy przy­bierający wciąż na sile, oszałamiający zapach wanilii sprawił, że film przed snem najpierw zamigotał, potem się urwał, Oskar odnalazł podobnie spokojny oddech, jakim już od dawna oddychała Maria.&lt;br /&gt;Równie skromne przedstawienie dziewczęcych czynności przed zaśnięciem dała mi Maria w trzy dni później. Przyszła w nocnej ko­szuli, pogwizdywała rozplatając warkocze, pogwizdywała jeszcze przy czesaniu, odłożyła grzebień, już nie pogwizdywała, zrobiła po­rządek na komodzie, przesłała fotografii całusa, z przesadnym roz­machem wskoczyła do łóżka, zahuśtała się, sięgnęła po pierzynę i zobaczyła - patrzyłem na jej plecy - zobaczyła torebkę - podziwia­łem jej piękne długie włosy - spostrzegła na pierzynie coś zielonego - zamknąłem oczy i chciałem poczekać, aż przyzwyczai się do wido­ku torebki z proszkiem musującym - raptem zatrzeszczały sprężyny pod rzucającą się w tył Marią, rozległo się pstryknięcie, a gdy na ten dźwięk otworzyłem oczy, Oskar mógł przekonać się o tym, o czym już wiedział: Maria zgasiła światło, oddychała niespokojnie w ciem­ności, nie mogła przyzwyczaić się do widoku torebki z proszkiem musującym; pozostawało jednak rzeczą niepewną, czy wezwany przez nią na pomoc mrok nie wyolbrzymił obecności owego proszku mu­sującego, nie doprowadził do rozkwitu wonnej marzanki i nie przy­pisze mocy kipiącej bąbelkami sody.&lt;br /&gt;Bliski jestem przypuszczenia, że mrok był sojusznikiem Oskara. Bo już po paru minutach - o ile w zupełnie ciemnym pokoju można mówić o minutach - posłyszałem jakieś ruchy u wezgłowia; Maria usiłowała złowić sznur, sznur połknął haczyk i niebawem znów po­dziwiałem piękne długie włosy siedzącej Marii, opadające na nocną koszulę. Jak równomiernie i żółto świeciła żarówka pod pomarsz­czonym pokryciem sypialnianego abażuru. Napęczniała i napięta wznosiła się nadal pierzyna w nogach łóżka. Torebka na samym wierz­chu nie śmiała poruszyć się w ciemności. Babcina koszula Marii za­szeleściła, uniósł się jeden rękaw wraz z należącą do niego dziecinną łapką, a Oskar zebrał ślinę w ustach.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-6475913517910435497?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/6475913517910435497/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=6475913517910435497&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6475913517910435497'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/6475913517910435497'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/przed-oczyma-oskara-dugo-jeszcze.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-5151281883658757556</id><published>2008-08-03T08:08:00.007-07:00</published><updated>2008-08-03T08:08:48.180-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Ten porządek został zakłócony przez moje żądanie. Najpierw mieli mnie położyć na kanapie. Odrzuciłem tę myśl krótko, ale zdecydo­wanie. Wtedy matka Truczinska chciała mi odstąpić swoje stare łóż­ko i zadowolić się kanapą. Ale temu sprzeciwiła się Maria, nie chcia­ła, żeby niewygody zakłócały starej matce nocny odpoczynek. Nie tracąc wielu słów oznajmiła, że gotowa jest dzielić ze mną dawne kelnerskie łoże Herberta i wyraziła to tak: - To ja już będę spać z Oskarkiem w jednym łóżku. On jest taki mały jak pchełka.&lt;br /&gt;Tak więc od następnego poniedziałku Maria dwa razy tygodnio­wo przenosiła moją pościel z naszego parterowego mieszkania na drugie piętro i ścieliła mi oraz mojemu bębenkowi po swojej lewej ręce. W pierwszą skatową noc Matzeratha nie wydarzyło się nic. Łoże Herberta wydawało mi się ogromne. Położyłem się pierwszy, Maria przyszła później. Umyła się w kuchni i wkroczyła do sypialni w śmiesznie długiej i staromodnej sztywnej nocnej koszuli. Oskar oczekiwał, że ukaże się naga i owłosiona, był z początku rozczaro­wany, potem jednak zadowolony, bo materiał z szuflady prababki, lekko i przyjemnie układając się w fałdy, przypominał mu białą draperię pielęgniarskiego stroju.&lt;br /&gt;Stojąc przed komodą Maria rozplatała warkocze i pogwizdywa­ła. Zawsze ubierając się czy rozbierając, splatając czy rozplatając warkocze Maria pogwizdywała. Nawet czesząc się spomiędzy wy­dętych warg wydawała niezmordowanie owe dwa dźwięki, a mimo to nie wpadała na żadną melodię.&lt;br /&gt;Ledwie Maria odłożyła grzebień, pogwizdywanie ustało. Obró­ciła się, jeszcze raz potrząsnęła włosami, zrobiła szybko porządek na komodzie, porządek usposobił ją swawolnie: przesłała ręką całusa sfotografowanemu i wyretuszowanemu wąsatemu ojcu w czarnych hebanowych ramach, potem z przesadnym rozmachem wskoczyła do łóżka, zahuśtała się kilka razy na sprężynach, przy ostatnim huśtnięciu naciągnęła na siebie pierzynę, przykryła się górą pierza aż po brodę, mnie, który leżałem obok pod swoją pierzyną, nawet nie dotknęła, wyciągnęła jeszcze spod przykrycia krągłą rękę, z której zsu­nął się rękaw nocnej koszuli, szukała nad głową owego sznura któ­rym można było zgasić światło, znalazła, zgasiła i dopiero w ciemności powiedziała o wiele za głośno: - Dobranoc. Oddech Marii szybko stał się równomierny. Prawdopodobnie nie tylko tak udawała, ale rzeczywiście zasnęła wkrótce, bo po jej codziennych wyczynach w pra­cy mogły i powinny nastąpić tylko podobnie solidne wyczyny w spa­niu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-5151281883658757556?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/5151281883658757556/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=5151281883658757556&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/5151281883658757556'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/5151281883658757556'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/ten-porzdek-zosta-zakcony-przez-moje.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-7800793606386991016</id><published>2008-08-03T08:08:00.005-07:00</published><updated>2008-08-03T08:08:37.325-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Przypadek, być może posłuszny naszym pragnieniom, sprawił, że wieczorem opisanego przed chwilą dnia plażowego – zjedliśmy zupę jagodową, a potem placki ziemniaczane - Matzerath oznajmił ceremonialnie Marii i mnie, że został członkiem niewielkiego klubu skatowego przy miejscowym komitecie partyjnym, dwa razy w tygodniu będzie wieczorami spotykał się w gospodzie Springera ze swoimi nowymi partnerami, to sami zellenleiterzy, czasem wpadnie także Sellke, nowy Ortsgruppenleiter, już choćby z tego powodu on musi tam bywać i nas niestety zostawiać samych. Chyba najlepiej będzie, jeśli na te skatowe wieczory ulokuje się Oskara u matki Truczinskiej.&lt;br /&gt;Matka Truczinska zgodziła się, tym bardziej że takie rozwiązanie podobało się jej znacznie bardziej aniżeli propozycja, którą Matze­rath bez wiedzy Marii złożył jej poprzedniego dnia. To znaczy, nie ja miałem nocować u matki Truczinskiej, tylko Maria dwa razy w tygo­dniu miała sobie ścielić u nas na kozetce.&lt;br /&gt;Przedtem Maria spała w owym szerokim łożu, na którym za daw­nych czasów mój przyjaciel Herbert układał swoje upstrzone blizna­mi plecy. Ciężki mebel stał w mniejszym pokoju w głębi mieszkania. Matka Truczinska miała łóżko w bawialni. Gusta Truczinska, która po staremu obsługiwała zimny bufet w hotelu „Eden” i tam też miesz­kała, przychodziła nieraz w wolne dni, nocowała rzadko, a jeśli już, to na kanapie. Jeżeli natomiast w mieszkaniu zjawiał się urlopowany z frontu lub delegowany w podróż służbową Fritz Truczinski z pre­zentami z dalekich krajów, to spał w łożu Herberta, Maria w łóżku matki Truczinskiej, a staruszka na kanapie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-7800793606386991016?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/7800793606386991016/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=7800793606386991016&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7800793606386991016'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/7800793606386991016'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/przypadek-by-moe-posuszny-naszym.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2348464236090462741</id><published>2008-08-03T08:08:00.003-07:00</published><updated>2008-08-03T08:08:22.157-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Maria chciała mojej śliny. Od początku ustaliło się, że tylko moja ślina wchodziła w grę. Nie spuszczała ze mnie domagającego się śli­ny spojrzenia a ja winę za tę okropną nieustępliwość przypisywałem płatkom jej uszu, nie zwisającym swobodnie, lecz przyrośniętym. Więc Oskar przełknął, wyobraził sobie rzeczy, na które zwykle płynęła mu ślinka, lecz tym razem, za sprawą morskiego powietrza, sło­nego, przesyconego solą morską powietrza, moje ślinianki zawiodły, musiałem, zniewolony spojrzeniem Marii, podnieść się i ruszyć w drogę. Trzeba było, nie rozglądając się na boki, przejść ponad pięć­dziesiąt kroków po gorącym piasku, wejść po jeszcze bardziej gorą­cych schodkach do kabiny kąpielowego, odkręcić kran, trzymać pod nim odwróconą głowę z otwartymi ustami, napić się, przepłukać usta, przełknąć, żeby Oskar odzyskał ślinę.&lt;br /&gt;Gdy przemierzyłem odległość między kabiną kąpielowego a na­szym białym prześcieradłem, tę bezkresną i otoczoną okropnymi widokami drogę, zastałem Marię leżącą na brzuchu. Głowę ukryła w skrzyżowanych ramionach. Jej warkocze spoczywały bezwładnie na okrągłych plecach.&lt;br /&gt;Trąciłem ją, bo Oskar miał teraz ślinę. Maria nie ruszyła się. Trą­ciłem ją jeszcze raz. Ona nie chciała. Ostrożnie otworzyłem jej lewą dłoń. Ona pozwoliła na to: dłoń była pusta, jakby nigdy w życiu nie widziała wonnej marzanki. Wyprostowałem palce i prawej dłoni: była różowa, o wilgotnych liniach, gorąca i pusta.&lt;br /&gt;Czyżby Maria posłużyła się jednak własną śliną? Czyżby nie mogła się doczekać? A może zdmuchnęła proszek, zdusiła rozkosz, zanim ją poczuła, wytarła dłoń o prześcieradło, aż znowu ukazała się znajoma dziecinna łapka Marii z nieco zabobonnym wzgórkiem Księ­życa, mięsistym Merkurym i jędrnym wzgórkiem Wenus.&lt;br /&gt;Poszliśmy wówczas niebawem do domu i Oskar nie dowie się nigdy, czy Maria już tamtego dnia po raz drugi spieniła proszek mu­sujący, czy też owa mieszanka proszku musującego i mojej śliny dopiero po paru dniach, powtórzona, weszła nam obojgu w nałóg.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2348464236090462741?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2348464236090462741/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2348464236090462741&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2348464236090462741'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2348464236090462741'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/maria-chciaa-mojej-liny.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-3236867867365137928</id><published>2008-08-03T08:08:00.001-07:00</published><updated>2008-08-03T08:08:10.096-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>W dłoni Marii zaczęło syczeć i pienić się. Raptem wonna marzanka wybuchnęła jak wulkan. Zakipiała, nie wiem czyja, zielonka­wa wściekłość. Działo się coś, czego Maria jeszcze nie widziała i nie doznała chyba nigdy, gdyż dłoń jej drżała, trzęsła się, chciała odfrunąć, bo marzanka gryzła ją, przenikała pod skórę, podniecała, dawa­ła jej rozkosz, rozkosz, rozkosz...&lt;br /&gt;Gdy owa zieleń rozrastała się niepowstrzymanie, Maria poczer­wieniała, uniosła dłoń do ust, oblizała jej wewnętrzną stronę wysu­niętym językiem, zrobiła to kilkakrotnie i tak rozpaczliwie, że Oskar skłonny był już sądzić, iż język nie osłabia tej tak podniecającej roz­koszy marzanki, lecz wzmagają do owego punktu, a może ponad ów punkt, który normalnie stanowi granicę wszelkiej rozkoszy.&lt;br /&gt;Potem rozkosz ustąpiła. Maria zachichotała, rozejrzała się, czy marzanka nie ma świadków, a zobaczywszy, że dokoła leżą dyszące w kostiumach, obojętne i brązowe od Nivei krowy morskie, opadła z powrotem na prześcieradło, na tym tak białym tle powoli znikał jej rumieniec wstydu.&lt;br /&gt;Może upał tej południowej pory zdołałby jeszcze nakłonić Oska­ra do snu, gdyby Maria po niespełna pół godzinie nie usiadła znowu i nie odważyła się sięgnąć po napełnioną do połowy torebkę z prosz­kiem musującym. Nie wiem, czy walczyła ze sobą, zanim wysypała resztę proszku na tę stuloną dłoń, której działanie wonnej marzanki nie było już obce. Chyba przez chwilę, jakiej potrzeba, by przetrzeć okulary, trzymała z lewej torebkę, z prawej różową miseczkę, nieru­chomo i przeciwstawnie. Nie znaczy to, że patrzyła na torebkę albo na stuloną dłoń, że wodziła wzrokiem od napełnionej w połowie do pustej; Maria spoglądała pomiędzy torebką a dłonią surowo pociem­niałymi oczyma. Niebawem okazało się jednak, o ile słabsze było surowe spojrzenie od napełnionej do połowy torebki. Torebka zbli­żyła się do stulonej dłoni, dłoń wyszła jej naprzeciw, spojrzenie utra­ciło pocętkowaną melancholią surowość, stało się ciekawe, a w koń­cu już tylko łakome. Z trudem udając obojętność Maria wysypała resztę proszku musującego o smaku wonnej marzanki na swoją pulch­ną, mimo upału suchą dłoń, odrzuciła torebkę i obojętność, zatrzy­mała jeszcze szare spojrzenie na proszku, uwolnioną dłonią podparła napełnioną garść, a potem popatrzyła na mnie, popatrzyła szaro, szarooko domagała się czegoś ode mnie, chciała mojej śliny, czemu nie wzięła swojej, Oskar już nie miał, ona miała na pewno dużo więcej, ślina nie odnawia się tak szybko, powinna była z łaski swojej wziąć swoją, była równie dobra, jeśli nie lepsza, w każdym razie ona mu­siała mieć więcej śliny ode mnie, bo ja tak szybko nic nie mogłem zrobić, poza tym ona była większa niż Oskar.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-3236867867365137928?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/3236867867365137928/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=3236867867365137928&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3236867867365137928'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/3236867867365137928'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/w-doni-marii-zaczo-sycze-i-pieni-si.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-4896566622274486130</id><published>2008-08-03T08:07:00.007-07:00</published><updated>2008-08-03T08:07:59.274-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Podczas gdy Oskar zastanawiał się jeszcze, Maria poczuła pra­gnienie. Także i ja, wbrew woli, przerywając swoje rozmyślania, musiałem przyznać się przed sobą, że porządnie zaschło mi w gardle. Nie mieliśmy kubka, poza tym od wody nadającej się do picia dzieli­ło nas co najmniej trzydzieści pięć kroków, jeśli szła Maria, a około pięćdziesięciu, jeśli ja ruszałem w drogę. Chcąc pożyczyć kubek u kąpielowego i odkręcić kran koło jego kabiny, trzeba było iść po rozpalonym piasku między błyszczącymi kremem Nivea, leżącymi na plecach albo na brzuchu górami mięsa.&lt;br /&gt;Oboje baliśmy się tej drogi i zostawiliśmy torebkę na prześciera­dle. Wreszcie ja ją wziąłem, zanim zdecydowała się na to Maria. Lecz Oskar położył ją z powrotem na prześcieradle, żeby Maria mogła sięgnąć. Maria nie sięgnęła. Więc sięgnąłem ja i podałem torebkę Marii. Maria zwróciła ją Oskarowi. Podziękowałem i ofiarowałem jej. Ona jednak nie chciała przyjąć od Oskara żadnych prezentów. Musiałem więc znów położyć torebkę na prześcieradle. Leżała tam przez dłuższy czas bez ruchu.&lt;br /&gt;Oskar twierdzi, że to Maria po chwili pełnej napięcia wzięła to­rebkę. Nie dość na tym: oderwała pasek papieru akurat tam, gdzie pod kropkowaną linią było napisane: „tutaj rozerwać”. Potem pod­sunęła mi otwartą torebkę. Tym razem Oskar z podziękowaniem odmówił. Maria nadąsała się. Z całą stanowczością położyła otwartą torebkę na prześcieradle. Cóż mi pozostało innego, jak tylko, nie cze­kając, aż proszek być może zmiesza się z morskim piaskiem, sięgnąć po torebkę i zaofiarować ją Marii.&lt;br /&gt;Oskar twierdzi, że to Maria wsadziła palec w otwór torebki, wy­ciągnęła go, uniosła pionowo i pokazała: na brzuścu pojawiło się coś białoniebieskawego - proszek musujący. Ofiarowała mi palec. Oczy­wiście przyjąłem go. Chociaż proszek dostał mi się do nosa, zrobi­łem minę, jakbym skosztował czegoś bardzo smacznego. To Maria stuliła dłoń. I Oskar był zmuszony nasypać jej trochę proszku musu­jącego do różowej miseczki. Nie wiedziała, co ma począć z tą kupką. Pagórek na dłoni był dla niej czymś zbyt nowym i zbyt zaskakują­cym. Wtedy pochyliłem się, zebrałem wszystką ślinę, przekazałem ją proszkowi musującemu, zrobiłem to jeszcze raz i cofnąłem się dopiero wtedy, gdy nie miałem już w ustach ani trochę śliny.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-4896566622274486130?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/4896566622274486130/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=4896566622274486130&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4896566622274486130'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/4896566622274486130'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/podczas-gdy-oskar-zastanawia-si-jeszcze.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2087832214031651603</id><published>2008-08-03T08:07:00.005-07:00</published><updated>2008-08-03T08:07:47.354-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Leżeliśmy na piasku. Maria w zielonym kostiumie z czerwonymi wypustkami, ja wcisnąłem się w swój niebieski. Piasek spał, morze spało, muszle były rozdeptane i nie słuchały. Bursztyny, które po­dobno nie pozwalają zasnąć, znajdowały się gdzie indziej, wiatr, któ­ry wedle tablicy meteorologicznej wiał z południowego wschodu, powoli usypiał, rozległe, z pewnością przemęczone niebo nie prze­stawało już ziewać; także Maria i ja byliśmy trochę znużeni. Wyką­paliśmy się już, po kąpieli, nie przed kąpielą, zjedliśmy coś niecoś. Teraz wilgotne jeszcze pestki wiśni leżały na morskim piasku obok białych już i wyschniętych pestek z zeszłego roku.&lt;br /&gt;Patrząc na tak widome znaki przemijania Oskar posypywał swój bębenek strużką piasku z jednorocznymi, tysiącletnimi i świeżutkimi pestkami wiśni, zrobił więc zegar piaskowy i próbował wczuć się w rolę śmierci, bawiąc się kośćmi. Pod ciepłym, sennym ciałem Marii wyobrażałem sobie części jej na pewno czujnego szkieletu, delekto­wałem się szczeliną między łokciem a kością promieniową, przebiega­łem jej kręgi w wyliczankach, przez dwa otwory kości miednicznej sięgnąłem do środka i bawiłem się wyrostkiem mieczykowatym.&lt;br /&gt;Na przekór igraszkom, którym oddawałem się jako śmierć z ze­garem piaskowym, Maria poruszyła się. Po omacku, zdając się tylko na palce, sięgnęła do torby plażowej i szukała czegoś, a tymczasem ja resztką piasku z ostatnimi pestkami wiśni obdarzyłem na pół już zasypany bębenek. Ponieważ Maria nie znalazła tego, czego szukała, prawdopodobnie organków, wywróciła torbę do góry dnem; nieba­wem na prześcieradle kąpielowym leżały nie organki, ale torebka proszku musującego o smaku wonnej marzanki.&lt;br /&gt;Maria udawała zaskoczoną. Może i była zaskoczona. Ja byłem naprawdę zaskoczony i powtarzałem sobie ciągle, powtarzam to jesz­cze dzisiaj. Jakim sposobem proszek musujący, owa taniocha, którą kupowały sobie tylko dzieci bezrobotnych i sztauerów, bo nie miały pieniędzy na porządną lemoniadę, jakim sposobem ten bubel trafił do naszej torby plażowej?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3056037415927525136-2087832214031651603?l=kot-i-mysz.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/feeds/2087832214031651603/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3056037415927525136&amp;postID=2087832214031651603&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2087832214031651603'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3056037415927525136/posts/default/2087832214031651603'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kot-i-mysz.blogspot.com/2008/08/leelimy-na-piasku.html' title=''/><author><name>Kotimysz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17705372113274922428</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3056037415927525136.post-2506819923068166914</id><published>2008-08-03T08:07:00.003-07:00</published><updated>2008-08-03T08:07:28.408-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Oczywiście każdy przyzna rację Marii. Tylko Oskar nie mógł zgodzić się z tym pomówieniem. Nigdy bym się nie przyznał przed sobą, że torebka proszku musującego za trzy fenigi potrafiła uwieść Oskara. Miałem wtedy szesnaście lat i byłem skłonny przypisywać winę sobie, może Marii, ale w żadnym wypadku proszkowi musują­cemu, który trzeba strzec przed wilgocią.&lt;br /&gt;Zaczęło się to w kilka dni po moich urodzinach. Sezon kąpielowy wedle kalendarza dobiegał końca. Pogoda nie przyjmowała jednak do wiadomości, że to już wrzesień.&lt;br /&gt;Po deszczowym sierpniu lato pokazało, co potrafi; o jego spóź­nionych wyczynach można było przekonać się z tablicy obok plakatu towarzystwa ratowniczego, który przybito na kabinie kąpielowe­go: powietrze: dwadzieścia dziewięć, woda: dwadzieścia, wiatr: południowo-wschodni, na ogół pogodnie.&lt;br /&gt;Podczas gdy Fritz Truczinski jako obergefrajter lotnictwa przy­syłał pocztówki z Paryża, Kopenhagi, Oslo i Brukseli - facet stale odbywał podróże 
